Kultura / Teatr
Granice śmieszności przekroczyć
Artykuł był czytany 4499 razyJak się jest kabaretem Mumio, można powalić publiczność "Piosenką o Sokole". Teatr to już całkiem co innego. Teatr zobowiązuje. Do teatru się idzie na sztukę przez duże esz. Czasem tylko doszukując się esz można niefortunnie przeoczyć sztukę przez duże HA
Spektakl "Śmierdź w górach" we wrocławskim teatrze muzycznym Capitol nie doczekał się wielu pochlebnych opinii. Niezrażona krytyką, kupiłam bilet na siedzenie w pierwszej strefie, załatwiłam zastępstwo na wieczorne zajęcia w szkole, w której uczę i poszłam wreszcie na własne oczy to niesławne cudo zobaczyć. Wzięłam ze sobą dwóch przyjaciół - jednego nie do końca przekonanego, drugiego od dawna będącego ofiarą słabości do musicali.
Znając wcześniejszą twórczość reżyserów "Śmierdzi" - Konrada Imielę i Cezarego Studniaka z Formacji Chłopięcej Legitymacje, ich hymn o prodiżu i "Hambrrydę", znając ich "Wiatry z mózgu", znając również twórczość Tymona Tymańskiego, wiedziałam mniej więcej czego się po spektaklu spodziewać: abstrakcji, absurdu i zmyślności stylizowanej na bezmyślność. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że chłopaki zafundują naszej trójce wieczór marzeń. I dokładnie tak się stało. Chyba od czasów "Mayday" nie uśmiałam się w teatrze tak serdecznie. Chwilami na siłę musiałam się uspokajać, żeby nie przeoczyć kolejnych scen.
Coś jednak było nie tak - w publiczności coś nie zagrało. Już po premierze spotkałam się z opowieściami o tym, jak to niektórzy ludzie wychodzili ze spektaklu nie doczekawszy nawet przerwy. Tym razem nic takiego się nie wydarzyło, i ale salwy śmiechu miały miejsce nader rzadko. Wraz z moimi przyjaciółmi śmiejąc się po pachy czasem zaraziliśmy tych czy owych, ale w ogólnym rozrachunku słychać było głównie naszą trójkę. Zastanowiło mnie dlaczego.
Pomyślałam, że chybaśmy się niektórzy przyzwyczaili sądzić, że ten teatr, to taka strrrasznie poważna sprawa, że się nie wypada głośno śmiać, przeklinać i zachowywać niekonwencjonalnie. Chyba idąc do teatru spodziewamy się sztuki przez duże esz, głębokich przesłań i treści skłaniającej do refleksji i wieczornych dyskusji przy lampce wina. Gdyby po prostu nazwać "Śmierdź w górach" kabaretem, bez wątpliwości zebrałaby lepsze recenzje. Ale gdzie w teatrze miejsce na naćpanych kolorowych hipisów, na zastępową przeżywającą rozkosze podczas lektury kawałów, na człowieka, mieszkającego w Bieszczadach imitowanych przez wielki balon, i żyjącego z pisania tychże kawałów, a także karmiącego córkę ptasią karmą, na harcerską sprawność 20 lat milczenia, na zupę grzybową i wypalanie traw, na harcerza z wielką biedronką wytatuowaną na ramieniu, na zniewieściałego księdza, na chłopca na posyłki o imieniu "Spierdalaj", na piosenkę o asortymencie w spożywczym i na barana z wielkimi rogami grającego smyczkiem na gitarze elektrycznej? Nie ma.
Podobnie jak i zupełnie niedawno nie było w teatrze miejsca na banalne "West Side Story", kolorowego i niewerbalnego "Skata", ani na zamerykanizowaną "Gorączkę" . Nie było, bo gdyby było, to nie pojawiłby się poseł LPR Janusz Dobrosz, ze swoim stwierdzeniem, że "w Teatrze Muzycznym gloryfikuje się narkotyki, erotyzm, dewiację nazywaną eksperymentem, stek wulgaryzmów i dziwactw" i ze swoją walką przeciwko dyrektorowi teatru. Tymczasem pojawił się, i w zdaniu "wszystko to Capitol serwuje swoim widzom zamiast klasycznego repertuaru" udało mu się ująć sens zjawiska. Społeczeństwo nie jest gotowe na gwałtowne zmiany. Musi do nich powoli dojrzewać. Ale prędzej czy później faktycznie dojrzewa, a z czasem nawet się z nich cieszy. Gdyby tak nie było, nie miałabym problemu z kupnem biletów na spektakle wystawiane po raz n-ty. Pozostając przy "Skrzypku na dachu" na wieki wieków Capitol szybko by się skończył. Popatrzmy z resztą na warszwską Romę - broadwayowskie "Koty", sztampowe "Grease", groteskowy "Taniec Wampirów" i sprzeczna z wartościami "Moja mama Janis". Odzew? Kolejki przy kasach, tłumy na sali i rezerwacje na miesiąc przed. Skoro więc nauczyliśmy się już tolerować, a nawet lubić w teatrze prostą rozrywkę ubraną w doskonałe choreografie i aranżacje, to może i nauczymy się lubić tak samo ubraną sztukę absurdu?
Pomyślałam jeszcze, że absurd - czy to w teatrze czy poza nim - jest ryzykowny. Trzeba naprawdę wyjść poza to wszystko, z czego nauczyliśmy się śmiać, poza granice rozsądku i schematy łańcuchów przyczynowo-skutkowych, pozwolić sobie na wyłączenie postrzegania rzeczywistości jako rzeczywistości, pozwolić sobie na olbrzymi dystans. Na absurd trzeba być gotowym. Jeśli się nie jest gotowym, ma się duże szanse pomylić absurd z głupotą. A wtedy absurd przestaje bawić. Wiem z doświadczenia. Przez większość życia nienawidziłam kultowego dla mnie dzisiaj Monty Pythona.
Być może w kasie Capitolu powinno się rozdawać kwestionariusz następującej treści:
------------------------------
1. Czy śmieszy Cię kawał:
W Ełku zorganizowano międzynarodowy zlot frajerów. Przyjechało 167 frajerów z całego świata. Zlot odwołano.
2. Czy śmieszy Cię kawał:
Co mówi Batman, jak chce, żeby Robin wsiadł do Batmobilu?
"Robin, wsiądź do Batmobilu!"
3. Czy śmieszy Cię kawał:
Rozmawiają dwa pączki.
-Wiesz, zdawałem wczoraj na uniwersytet.
-I co przyjęli cię?
-No co ty, pączka?!
Jeśli na co najmniej dwa z powyższych pytań odpowiedziałeś/aś "TAK", "Śmierdź w górach" to spektakl dla Ciebie. W przeciwnym razie zapraszamy na inne pozycje z naszego repertuaru.
------------------------------
I owszem, zdarzały się w "Śmierdzi" sceny mniej śmieszne, ale naszej trójce były one potrzebne na złapanie oddechu.
Znając wcześniejszą twórczość reżyserów "Śmierdzi" - Konrada Imielę i Cezarego Studniaka z Formacji Chłopięcej Legitymacje, ich hymn o prodiżu i "Hambrrydę", znając ich "Wiatry z mózgu", znając również twórczość Tymona Tymańskiego, wiedziałam mniej więcej czego się po spektaklu spodziewać: abstrakcji, absurdu i zmyślności stylizowanej na bezmyślność. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że chłopaki zafundują naszej trójce wieczór marzeń. I dokładnie tak się stało. Chyba od czasów "Mayday" nie uśmiałam się w teatrze tak serdecznie. Chwilami na siłę musiałam się uspokajać, żeby nie przeoczyć kolejnych scen.
Coś jednak było nie tak - w publiczności coś nie zagrało. Już po premierze spotkałam się z opowieściami o tym, jak to niektórzy ludzie wychodzili ze spektaklu nie doczekawszy nawet przerwy. Tym razem nic takiego się nie wydarzyło, i ale salwy śmiechu miały miejsce nader rzadko. Wraz z moimi przyjaciółmi śmiejąc się po pachy czasem zaraziliśmy tych czy owych, ale w ogólnym rozrachunku słychać było głównie naszą trójkę. Zastanowiło mnie dlaczego.
Pomyślałam, że chybaśmy się niektórzy przyzwyczaili sądzić, że ten teatr, to taka strrrasznie poważna sprawa, że się nie wypada głośno śmiać, przeklinać i zachowywać niekonwencjonalnie. Chyba idąc do teatru spodziewamy się sztuki przez duże esz, głębokich przesłań i treści skłaniającej do refleksji i wieczornych dyskusji przy lampce wina. Gdyby po prostu nazwać "Śmierdź w górach" kabaretem, bez wątpliwości zebrałaby lepsze recenzje. Ale gdzie w teatrze miejsce na naćpanych kolorowych hipisów, na zastępową przeżywającą rozkosze podczas lektury kawałów, na człowieka, mieszkającego w Bieszczadach imitowanych przez wielki balon, i żyjącego z pisania tychże kawałów, a także karmiącego córkę ptasią karmą, na harcerską sprawność 20 lat milczenia, na zupę grzybową i wypalanie traw, na harcerza z wielką biedronką wytatuowaną na ramieniu, na zniewieściałego księdza, na chłopca na posyłki o imieniu "Spierdalaj", na piosenkę o asortymencie w spożywczym i na barana z wielkimi rogami grającego smyczkiem na gitarze elektrycznej? Nie ma.
Podobnie jak i zupełnie niedawno nie było w teatrze miejsca na banalne "West Side Story", kolorowego i niewerbalnego "Skata", ani na zamerykanizowaną "Gorączkę" . Nie było, bo gdyby było, to nie pojawiłby się poseł LPR Janusz Dobrosz, ze swoim stwierdzeniem, że "w Teatrze Muzycznym gloryfikuje się narkotyki, erotyzm, dewiację nazywaną eksperymentem, stek wulgaryzmów i dziwactw" i ze swoją walką przeciwko dyrektorowi teatru. Tymczasem pojawił się, i w zdaniu "wszystko to Capitol serwuje swoim widzom zamiast klasycznego repertuaru" udało mu się ująć sens zjawiska. Społeczeństwo nie jest gotowe na gwałtowne zmiany. Musi do nich powoli dojrzewać. Ale prędzej czy później faktycznie dojrzewa, a z czasem nawet się z nich cieszy. Gdyby tak nie było, nie miałabym problemu z kupnem biletów na spektakle wystawiane po raz n-ty. Pozostając przy "Skrzypku na dachu" na wieki wieków Capitol szybko by się skończył. Popatrzmy z resztą na warszwską Romę - broadwayowskie "Koty", sztampowe "Grease", groteskowy "Taniec Wampirów" i sprzeczna z wartościami "Moja mama Janis". Odzew? Kolejki przy kasach, tłumy na sali i rezerwacje na miesiąc przed. Skoro więc nauczyliśmy się już tolerować, a nawet lubić w teatrze prostą rozrywkę ubraną w doskonałe choreografie i aranżacje, to może i nauczymy się lubić tak samo ubraną sztukę absurdu?
Pomyślałam jeszcze, że absurd - czy to w teatrze czy poza nim - jest ryzykowny. Trzeba naprawdę wyjść poza to wszystko, z czego nauczyliśmy się śmiać, poza granice rozsądku i schematy łańcuchów przyczynowo-skutkowych, pozwolić sobie na wyłączenie postrzegania rzeczywistości jako rzeczywistości, pozwolić sobie na olbrzymi dystans. Na absurd trzeba być gotowym. Jeśli się nie jest gotowym, ma się duże szanse pomylić absurd z głupotą. A wtedy absurd przestaje bawić. Wiem z doświadczenia. Przez większość życia nienawidziłam kultowego dla mnie dzisiaj Monty Pythona.
Być może w kasie Capitolu powinno się rozdawać kwestionariusz następującej treści:
------------------------------
1. Czy śmieszy Cię kawał:
W Ełku zorganizowano międzynarodowy zlot frajerów. Przyjechało 167 frajerów z całego świata. Zlot odwołano.
2. Czy śmieszy Cię kawał:
Co mówi Batman, jak chce, żeby Robin wsiadł do Batmobilu?
"Robin, wsiądź do Batmobilu!"
3. Czy śmieszy Cię kawał:
Rozmawiają dwa pączki.
-Wiesz, zdawałem wczoraj na uniwersytet.
-I co przyjęli cię?
-No co ty, pączka?!
Jeśli na co najmniej dwa z powyższych pytań odpowiedziałeś/aś "TAK", "Śmierdź w górach" to spektakl dla Ciebie. W przeciwnym razie zapraszamy na inne pozycje z naszego repertuaru.
------------------------------
I owszem, zdarzały się w "Śmierdzi" sceny mniej śmieszne, ale naszej trójce były one potrzebne na złapanie oddechu.
Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:
Rafał Janik , Bartek Urban, Daniel Mucha, Arvind JunejaDodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 7
az chcialbym to obejrzec :)
No, brawo, dobry artykuł.
ciekawe...
Brzmi zachęcająco. Szkoda, że będzie to kolejna rzecz, którą będę musiała zapisać sobie w notesie z adnotacją "NIE OBEJRZAŁAM". Po "Tańcu Wampirów", "Mayday", "Jeźdźcu Burzy" i paru innych... :(
Śmierdź wraca na deski Capitolu w marcu, może nic straconego :)














