Hotel, gdzie sny pachną dotykiem
Artykuł był czytany 2678 razyW pokoju półmrok. Podchodzę lekkim krokiem do biurka. Wycieram palec w białą chusteczkę, naciskam guzik „Power”. Komputer skrzeczy cichutko, siadam na fotelu i zaczynam pisać.
Kolejne, bardzo intensywne pływy. Policzkują się wzajemnie. Gesty rąk wzmocnione dźwiękiem, światłem. Ja – widz - czuję namacalny, niemal fizyczny ból. Mam ochotę uciec stamtąd: nie nadaję się na teatralnego widza. Za bardzo poddaję się fali. On ogląda mecz, Dudek stoi na bramce. Piwo pewno lodowate, przeraźliwie skrzypi kanapa. Ona bierze prysznic. Modlitwa: zatrzymany czas. Zsakralizowane zwykłe czynności, nie ma dźwięku organów: tylko brzęcząca mucha klepie własne pacierze. Odmierza kolejne sekundy wieczności. Czuć upływ czasu. Jak nawijają się na szpulę mijające chwile.
Alkowa. On finguje pewien gest, który zakwitł między nimi wcześniej – gest nienawiści zamienia w gest miłości. Ręka sunie po karku. Aksamitnie (mój kark reaguje. Podnoszą się na nim wszystkie mikroskopijne włoski). Lepki, gęsty seks. Przypominają mi się spółkujące z gracją koty, które kilka dni temu widziałam na trawniku. Dotyk. Nie ma nic oprócz niego. Widać tylko te dwa, splecione miłośnie ciała, tyle pokazuje smuga światła. Reszta to cień, być może już nie istnieje żadna „reszta”. W miarę trwania sceny przypominam sobie, że mam piersi, że są ciężkie i skowane w niewygodny ciuch. Jakby trochę za mały, nie wiedzieć czemu, szorstki.
Pierwszy śnieg. Uch, jak beztrosko hasają po zaśnieżonym podwórzu! Aż chce się schłodzić rozpalone nadmiernie, łaknące ciało. W Nich obudziły się nagle dzieci, jedno bardziej psotne od drugiego. Dobrze, że jest ta scena, wyciszy trochę rozszalałe zmysły, zajmie je czymś innym: z gorącej sypialni wygoni w lodowaty, pogodny poranek. Radość życia tryska w błękit i ludzi na widowni.
Sztuka to owoc pracy i jednocześnie manifest programowy Stowarzyszenia Teatralnego „Hotel pod Aniołem”: tworzy je dwójka aktorów i znany reżyser, Piotr Cieplak. Manifest to zaskakujący, wymykający się z wszelkich szufladek, nieszablonowy. Teatr połączony z malarstwem, kipi emocjami: tak, że nie bardzo można mówić o nim bez ich użycia. Scena wypełniona przedmiotami, a jedyny zdefiniowany kształt – to mała filiżanka. Na początku przedmiotów było więcej, ale ubywały – została tylko ona. Wystarczy, przedmioty stwarza widz, aktorzy tylko mu w tym pomagają: oglądający czuje się twórcą świata na równi z reżyserem. Wychodzi z wyzwolonymi emocjami, lekki – oczarowany. Oklaski długo nie milkną. W kieszeni dużej sceny Kieleckiego Centrum Kultury staje się coś cudownego: miejsce dziwne na wystawianie sztuk, ale idealne dla tego projektu. Który nie boi się przestrzeni innej niż teatralna, a nawet potrzebuje czegoś innego. W Wiedniu grany był w fabryce kabli, w Bonn – w opuszczonym domu towarowym. Wynająć pokój w „Hotelu” Kielce będą mogły przynajmniej raz w miesiącu: trzeba się spieszyć, bo szybko zaczyna brakować miejsc.
... gdzie moja biała chusteczka? Muszę wytrzeć palec. Otrząsnąć się – wytrzepać zza kołnierza lekkie jak puch, pióra z anielskiego skrzydła. I pójść zrobić kawę, skupić się... zaparzę ją w białej filiżance.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 5
Och, naprawdę dobra recenzja!
Niezwykły nawet jak na ten gatunek subiektywizm sprawia, że zastanawiam się, czy "kolejne, bardzo intensywne pływy" to literówka, czy efekt zamierzony. I wcale mi to nie psuje przyjemności z lektury :)
Choć byłoby to trudne do pogodzenia z olbrzymią emocjonalnością tej poetyckiej relacji, brakuje mi trochę odniesień do innych sztuk czy choćby książek, filmów. Trudno przez to ocenić, na ile sztuka "Hotelu pod Aniołem" jest rzeczywiście oryginalna i odświeżająca, a na ile wpisuje się w (nienowy przecież) nurt "nowego brutalizmu".
Tym niemniej, lektura tego artykułu dała mi bardzo dużo radości i z pewnością wzbogaci smak mojej porannej kawy...
Bardzo osobiste i zrozumiałe
test
podoba mi sie :)













