Kultura / Teatr
Uważajcie – Drapieżne Lwy czekają na Was na ulicach, w szkole, w domu…
Artykuł był czytany 51188 razyBardzo rzadko teatr nie kończy się w teatrze, potrafi a nawet zmusza do analiz, przemyśleń, rozważań i przypomina najciemniejsze myśli. Męczy i długo nie daje spokoju, a nawet staje się przez moment światełkiem w często szarej „bramy” codziennego dnia. Seans „Lwa na ulicy” w łódzkim Teatrze im. Jaracza, dzięki Mariuszowi Grzegorzkowi i jego aktorom, jest właśnie takim teatrem. To nie jest dramat, to kilkadziesiąt dramatów, to nie jest spektakl – tylko metafizyczne przeżycie, to także nie jest sposób w jaki Judith Thompson (autorka dramatu na podstawie, którego powstała sztuka) chciała wyjść z tarapatów finansowych w jakich była przed napisaniem tekstu – to zderzenie naszej natury z duchowością.
Wchodzę na Małą Scenę i od razu stałem się uczestnikiem w wędrówce zamordowanej przed laty ISOBEL – w tą postać wciela się rewelacyjna Marieta Żukowska – która potrafiła wzbudzić we mnie łzy, złość, uśmiech – grając każdą częścią swojego ciała – od roztańczonych i rozszalałych nóg i rąk – poprzez lekkie drgania wargą, powieką czy nawet skupiając tylko swój wzrok. Portugalka ISOBEL zmarła mając 9 lat – ale jej duch nie odchodzi. Trwa między dwoma światami – i to właśnie jej obecność pomaga pozostałym bohaterom sztuki odkrywać emocje, wyzwalać skrywane emocje i uczucia tłumione przez codzienne maski w pracy, szkole czy w rodzinnym domu. Od samego początku stoi na straży – sprawiając wrażenie bardziej obłąkanej niż nieżywej – i ostrzegająca przed „lwem na ulicy”.
Lew jest tutaj symbolem zła – czającym się w nas, odsłaniający mroczną, nie do końca znaną stronę ludzkiej natury. Dziewczynka błąka się pomiędzy różne światy, spotyka dzieci, dorosłych, poznaje ich konflikty, wnika w ich umysły i dokonuje analiz na naszych oczach. Czasem w roli statysty, innym razem wysuwa się na pierwszy plan. Próbuje pociągać za sznurki zdarzeń, ale często nawet jej, istocie bez ciała i bez doczesności, brakuje siły. Świat jest zły i niewiele można na to poradzić. Nawet dobre duchy przegrywają.
Wszystkie przedstawiane wydarzenia grane są przez pięć postaci, które grają wiele ról – wszystkie wydają się zwykłe i codzienne na pierwszy rzut oka – później reżyser sięga głębiej – i otwiera ludzkie natury. Grzegorzek celnie wpisał rozmaite wydarzenia – od zabawnych po ponure - w niesamowitą scenę na kształt kwadratu – gdzie aktorzy na oczach widzów – przebierają się w kolejne ciuchy imitujące suknie i garnitury – tutaj popis dała Violetta Jeżewska. Zmieniająca się wewnętrzność bohaterów widoczna jest zewnętrznym odzieniem. Połączona jest tu pewna umowność z realizmem – niby wszystko jest normalnie, mężczyźni noszą garnitury, swetry, kobiety – garsonki czy sukienki. A jednak nic nie jest tak jak zawsze, bowiem wszystkie tradycyjne stroje zostały wymalowane na cieniutkich drelichach aktorów. Taki zabieg odbiera opowieści realność, każe uciekać od dosłowności, traktować ją w dwóch wymiarach. Buduje odbiór przedstawienia, aktorom zaś narzuca charakter poszukiwań. Wszyscy aktorzy fenomenalnie grają swoich wiele ról – i kto robi największe wrażenie :
o może Mariusz Ostrowski w odsłonie skrytego zabójcy z ciężkimi przeżyciami z dzieciństwa czy skrywającego okrucieństwo i obojętność pod maską idealnego młodzieńca i bożyszcza wszystkich prywatek
o a może jednak Matylda Paszczenko – raz jako upośledzona dziewczyna z wybujałą wyobraźnią, trzeźwo patrząc na świat bez nadziei na lepsze jutro czy chociażby jako wyuzdana kurwa i grająca wprost, bez fałszywego wstydu.
o nie można zapomnieć też o Ireneuszu Czopie – raz jako bezbronne dziecko wtulające się w pierś matki z morderczymi wizjami – innym razem z maską mężczyzny z pozoru ambitny, tętniący życiem i szczęśliwy w małżeństwie, który tak naprawdę ukrywa dzikie rządze i niestandardowe pozycje seksualne balansujące na granicy gwałtu
o warto wspomnieć też o Urszuli Gryczewskiej jako nadgorliwa matka i przewodnicząca spotkań rodzicielskich upatrująca w jedzeniu słodyczy przyczynę późniejszych problemów młodzieży z uzależnieniami czy także w roli bezwzględnej reporterki, która pod płaszczem pozornej wrażliwości i apatii stara się dorobić zawodowo
o nie można też zapomnieć o Ewie Wiśniewskiej – Audykowskiej – może trochę w cieniu, ale wspaniale uzupełnia obsadę – przedstawiając najczęściej kobiety nie radzące sobie zupełnie w życiu – upatrując całe swoje szczęście w posiadaniu faceta – czy także balansując na granicy przerysowania – kochającą matkę, która nie chce wierzyć w to co jej przedstawia rzeczywistość.
Widać w tej sztuce zespół, widać w niej prawdę – w sumie doliczyłam się ponad 20 scenek i akcji na scenie (spektakl trwa 200 minut) – wszystkie prawdziwe – pomimo pozorności sceny, kostiumów. Niezwykłe jest utożsamianie się z bohaterami. Przedstawione sytuacje starają się ukazać moment powstawania agresji – najpierw tej wewnątrz – niegroźnej jak to sobie zawsze tłumaczymy – która w końcu doprowadza do nieszczęścia – tutaj symbolizuje to ISOBEL.
Przeżycie jest niesamowite – po raz pierwszy wstałam zupełnie spontanicznie z krzesła i zaczęłam klaskać – nie było to wymuszone- jak to do tej pory robiłam – faktem iż wszyscy wstają. To były moje prawdziwe emocje. Na końcu ISOBEL przemówiła do widzów słowami:
„chcę byście żyli swoim życiem”. Wziąłem sobie to do serca, a jednocześnie ostrzegam, niczym ISOBEL – uważajcie – wokół nas, a także w samych nas drzemią negatywne emocje, zło i mroczna strona – nie dajmy im wyjść na ulicę!!!
Wchodzę na Małą Scenę i od razu stałem się uczestnikiem w wędrówce zamordowanej przed laty ISOBEL – w tą postać wciela się rewelacyjna Marieta Żukowska – która potrafiła wzbudzić we mnie łzy, złość, uśmiech – grając każdą częścią swojego ciała – od roztańczonych i rozszalałych nóg i rąk – poprzez lekkie drgania wargą, powieką czy nawet skupiając tylko swój wzrok. Portugalka ISOBEL zmarła mając 9 lat – ale jej duch nie odchodzi. Trwa między dwoma światami – i to właśnie jej obecność pomaga pozostałym bohaterom sztuki odkrywać emocje, wyzwalać skrywane emocje i uczucia tłumione przez codzienne maski w pracy, szkole czy w rodzinnym domu. Od samego początku stoi na straży – sprawiając wrażenie bardziej obłąkanej niż nieżywej – i ostrzegająca przed „lwem na ulicy”.
Lew jest tutaj symbolem zła – czającym się w nas, odsłaniający mroczną, nie do końca znaną stronę ludzkiej natury. Dziewczynka błąka się pomiędzy różne światy, spotyka dzieci, dorosłych, poznaje ich konflikty, wnika w ich umysły i dokonuje analiz na naszych oczach. Czasem w roli statysty, innym razem wysuwa się na pierwszy plan. Próbuje pociągać za sznurki zdarzeń, ale często nawet jej, istocie bez ciała i bez doczesności, brakuje siły. Świat jest zły i niewiele można na to poradzić. Nawet dobre duchy przegrywają.
Wszystkie przedstawiane wydarzenia grane są przez pięć postaci, które grają wiele ról – wszystkie wydają się zwykłe i codzienne na pierwszy rzut oka – później reżyser sięga głębiej – i otwiera ludzkie natury. Grzegorzek celnie wpisał rozmaite wydarzenia – od zabawnych po ponure - w niesamowitą scenę na kształt kwadratu – gdzie aktorzy na oczach widzów – przebierają się w kolejne ciuchy imitujące suknie i garnitury – tutaj popis dała Violetta Jeżewska. Zmieniająca się wewnętrzność bohaterów widoczna jest zewnętrznym odzieniem. Połączona jest tu pewna umowność z realizmem – niby wszystko jest normalnie, mężczyźni noszą garnitury, swetry, kobiety – garsonki czy sukienki. A jednak nic nie jest tak jak zawsze, bowiem wszystkie tradycyjne stroje zostały wymalowane na cieniutkich drelichach aktorów. Taki zabieg odbiera opowieści realność, każe uciekać od dosłowności, traktować ją w dwóch wymiarach. Buduje odbiór przedstawienia, aktorom zaś narzuca charakter poszukiwań. Wszyscy aktorzy fenomenalnie grają swoich wiele ról – i kto robi największe wrażenie :
o może Mariusz Ostrowski w odsłonie skrytego zabójcy z ciężkimi przeżyciami z dzieciństwa czy skrywającego okrucieństwo i obojętność pod maską idealnego młodzieńca i bożyszcza wszystkich prywatek
o a może jednak Matylda Paszczenko – raz jako upośledzona dziewczyna z wybujałą wyobraźnią, trzeźwo patrząc na świat bez nadziei na lepsze jutro czy chociażby jako wyuzdana kurwa i grająca wprost, bez fałszywego wstydu.
o nie można zapomnieć też o Ireneuszu Czopie – raz jako bezbronne dziecko wtulające się w pierś matki z morderczymi wizjami – innym razem z maską mężczyzny z pozoru ambitny, tętniący życiem i szczęśliwy w małżeństwie, który tak naprawdę ukrywa dzikie rządze i niestandardowe pozycje seksualne balansujące na granicy gwałtu
o warto wspomnieć też o Urszuli Gryczewskiej jako nadgorliwa matka i przewodnicząca spotkań rodzicielskich upatrująca w jedzeniu słodyczy przyczynę późniejszych problemów młodzieży z uzależnieniami czy także w roli bezwzględnej reporterki, która pod płaszczem pozornej wrażliwości i apatii stara się dorobić zawodowo
o nie można też zapomnieć o Ewie Wiśniewskiej – Audykowskiej – może trochę w cieniu, ale wspaniale uzupełnia obsadę – przedstawiając najczęściej kobiety nie radzące sobie zupełnie w życiu – upatrując całe swoje szczęście w posiadaniu faceta – czy także balansując na granicy przerysowania – kochającą matkę, która nie chce wierzyć w to co jej przedstawia rzeczywistość.
Widać w tej sztuce zespół, widać w niej prawdę – w sumie doliczyłam się ponad 20 scenek i akcji na scenie (spektakl trwa 200 minut) – wszystkie prawdziwe – pomimo pozorności sceny, kostiumów. Niezwykłe jest utożsamianie się z bohaterami. Przedstawione sytuacje starają się ukazać moment powstawania agresji – najpierw tej wewnątrz – niegroźnej jak to sobie zawsze tłumaczymy – która w końcu doprowadza do nieszczęścia – tutaj symbolizuje to ISOBEL.
Przeżycie jest niesamowite – po raz pierwszy wstałam zupełnie spontanicznie z krzesła i zaczęłam klaskać – nie było to wymuszone- jak to do tej pory robiłam – faktem iż wszyscy wstają. To były moje prawdziwe emocje. Na końcu ISOBEL przemówiła do widzów słowami:
„chcę byście żyli swoim życiem”. Wziąłem sobie to do serca, a jednocześnie ostrzegam, niczym ISOBEL – uważajcie – wokół nas, a także w samych nas drzemią negatywne emocje, zło i mroczna strona – nie dajmy im wyjść na ulicę!!!
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 2
muszę to zobaczyć - chyba że ściemniałeś
byłem na tym - trochę inaczej to odebrałem od Ciebie ale ogólnie byłem pod wrażeniem














