Intelektualny Hedonizm
Artykuł był czytany 2870 razyRozwalony na kanapie leń uruchamiając odbiornik TV wyłącza świadomość i pozwala wlewać w siebie strumień bodźców, który zalepi jego mózg i spuści stan wielobarwnej hipnozy.
Porównanie rozłożenia zgrubień na kościach piszczelowych neandertalczyka i homo sapiens pozwoliło archeologom wysunąć hipotezę o znacznie większej ruchliwości tego drugiego. Nasi przodkowie w odróżnieniu od neandertalczyka wędrowali dużo i daleko, jakby w poszukiwaniu miejsca dogodnego do życia nie potrafili zaspokoić się byle czym. Obserwując ich współczesnych potomków trudno w to uwierzyć. Ciekawość świata w jego rozciągłości fizycznej i intelektualnej poczęła być wypierana przez zasadę, że wysiłek jest niepożądany i należy go unikać. Pracę zarobkową przeważnie traktujemy jak przykry obowiązek. Gdyby tak trafiła się szóstka w totolotku bez żalu i wahania porzucilibyśmy ciasne biuro, albo budowę (co komu tam przypadło) i uwolnieni od wszelkich konieczności wpłacili pieniądze na konto, aby żyć z procentów. Ale skoro póki co trzeba jeszcze męczyć się od świtu do wieczora, to przynajmniej po pracy oczekujemy odrobiny relaksu. Naprzeciw naszym potrzebom wychodzą firmy wyspecjalizowane w oferowaniu odmóżdżającego wypoczynku.
Masowe zapotrzebowanie na dobra kultury, siłą rzeczy, podobnie jak w wielu innych dziedzinach ludzkiej aktywności, w wieku XX zaczęło być zaspokajane w skali przemysłowej i na zasadach rynkowej konkurencji. Fabryki kultury w walce o klientów prześcigają się w spełnianiu oczekiwań przeciętnego odbiorcy. Klientela to młodzież zmęczona szkołą lub styrani pracownicy, w wolnym czasie szukający rozrywki, która jak narkotyk stępi ich zmysły przeciążone całodzienną aktywnością narzuconą przez pracodawcę. Łakną odskoczni, zapomnienia w przyjemności, a nie intelektualnych wyzwań. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniom spracowanego ludu popkultura oferuje produkty niewymagające przy konsumpcji męczącej interpretacji. Symbolem umysłowego lenistwa może być telewizor wyposażony w pilota. Rozwalony na kanapie leń uruchamiając odbiornik TV wyłącza świadomość i pozwala wlewać w siebie strumień bodźców, który zalepi jego mózg i spuści stan wielobarwnej hipnozy. Audiowizualna zupa płynąca telewizyjnymi kanałami jest uwarzona zgodnie z przepisem na bezpostaciową i otępiającą magmę. Działa bardziej na ciało niż na umysł.
Dostawcy rozrywki, zwanej kulturą masową, są nastawieni na zysk, dlatego dbają, aby ich towar lokował się na poziomie ciut poniżej intelektualnych możliwości przeciętnego odbiorcy. Tylko taki produkt nie znuży widza, a osiągając określoną sprzedaż przyniesie spodziewany dochód. Zaciekła konkurencja przyczynia się do docierania do jak najniższych, czy nawet pierwotnych, potrzeb i instynktów człowieka, stąd współczesna rozrywka ocieka przemocą i seksem, a przede wszystkim unika jak ognia niejednoznaczności zmuszającej widza do wysilenia szarych komórek i zajęcia jakiegoś stanowiska. Dopuszczalne są tylko zagadki o niskim poziomie trudności, tak wyważone, aby ich adresat nie zniechęcił się po drodze, lecz dotarł do rozwiązania i osiągnął satysfakcję, za której przyjemność zapłacił. W przeciwnym wypadku uzna kulturalny wyrób za niezrozumiały, czyli głupi i w rezultacie następnym razem skorzysta z oferty konkurencji.
Pierwszymi klientami, płacącymi z cudzego portfela, są dzieci. Hasło „bawiąc uczyć” odchodzi do lamusa. Zawartość edukacyjna przekazów skierowanych do najmłodszych jest minimalizowana na rzecz części rozrywkowej. Za przykład mogą posłużyć Teletubisie. Nieprzypadkowo cztery stworki mają tylu zaciekłych adwersarzy wśród dorosłych. Człowiek myślący kategoriami przyczynowo-skutkowymi nie przyswaja bezładnie polepionych sekwencji i Teletubisie wydają mu się nierozumną, alogiczną paplaniną. Dorosły, przyzwyczajony do sensowności świata, oczekuje także od bajek dozy realizmu, chociażby w następstwie zdarzeń. Dzieci nie podnoszą takich zarzutów. Przykute do telewizora śledzą poczynania swoich ulubieńców.
Teletubisie to kolorowy ruchomy obrazek, kontynuacja kręciołków, lampek i innych gadżetów przyciągających uwagę niemowlaków. Wydaje się, że świat bezpłciowych stworków jest dopasowany pod każdym względem do możliwości intelektualnych najmłodszych. Przyciąga żywymi kolorami i gładkimi konturami, zaś niekonsekwentną akcją odzwierciedla sposób, w jaki nasi milusińscy postrzegają rzeczywistość. Jest dziecięcą krainą rządzącą się dziecięcymi prawami. Teletubisie proporcjami ciała i sposobem poruszania się przypominają kilkulatki, nawet słońce ma twarz dziecka i śmieje się radośnie jak szczęśliwy bobas. Komunikacja werbalna dostosowana jest do poziomu pierwszych lat życia. Teletubisie operują ubogim słownictwem scementowanym uproszczoną gramatyką, często powtarzają słowa i wyrażenia. Oglądając program dziecko przenosi się do szczęśliwej Teletubilandii, żłobka, w którym wszystkie pragnienia się spełniają, rówieśnicy są zawsze skorzy do zabawy i żaden dorosły nie ogranicza swobody i nie narzuca swojej woli. Teletubisie oczarowują dzieci jak melodia szczurołapa. Działają dobrze spreparowaną mieszanką bodźców, jednak z tradycyjnie pojmowaną bajką nie mają nic wspólnego, bowiem nie posiadają fabuły, którą dziecko musiałoby śledzić, aby wyciągnąć wnioski z poszczególnych scen i czerpać satysfakcję z rozszyfrowanej pointy. Zamiast obserwować i dociekać mały widz cieszy się każdym obrazkiem aktualnie wyświetlanym na ekranie, bo Teletubisie nie pobudzają szarych komórek do pracy, do składania postrzeżonych elementów w całość. Są jak słodka papka, jak kleik, którego nie trzeba gryźć.
Produkcje dla dorosłych, chociaż nieco bardziej złożone, oparte są na podobnym schemacie. W kinematografii, szczególnie amerykańskiej, miarą sukcesu filmu są dolary uzyskane z biletów. Film produkowany jest z myślą o jego przyszłej sprzedaży. Inwestorzy nie dbają o oryginalność produkcji, lecz o opinię widzów, która bezpośrednio przekłada się na zysk lub stratę. Autorskie pomysły reżysera i scenarzysty są na drugim planie – na pierwszym mus, że film ma się podobać. Nim rozpocznie się ich masowa dystrybucja filmy coraz częściej poddawane są takim samym testom marketingowym, jak wszystkie inne produkty. Zakończenie „Patriot games” z Harrisonem Fordem w roli głównej było dwukrotnie zmieniane pod wpływem wrażeń eksperymentalnej widowni. Konsultacje po pierwszym pokazie ujawniły, że publiczność uznała zakończenie za zbyt brutalne (Ford wbijał swemu oponentowi nóż w serce). Przerobiony finał również nie znalazł uznania (Ford dusił przeciwnika pod wodą), aż w końcu sięgnięto po wypróbowany sposób i rozprawę z negatywną postacią zakończono wielką eksplozją, co zostało z entuzjazmem przyjęte przez próbną publikę. Treści, które uzyskają aprobatę, zaspokojają oczekiwania widzów i zostawiają ich w miłym nastroju, utrwaleniu przekonania, że Kula Ziemska porusza się po prawidłowej orbicie i wszystko jest na swoim miejscu. Widzowie wyjdą z kina zadowoleni. Zapamiętają twarz aktora odgrywającego główną rolę i z chęcią kupią bilet na następny film, w którym zostanie obsadzony, spodziewając się równie przyjemnych wrażeń, szczęśliwi, że uniknęli konfrontacji z myślą obcą, obligującą do rozważań i jakiegoś ustosunkowania się, z myślą, która niepokoi odmiennością od własnych przekonań.
Obniżanie intelektualnej poprzeczki jak na dłoni widać na przykładzie telewizyjnej publicystki. Merytoryczne deliberacje są wypierane przez cyrkowe przekrzykiwanki pokroju „Co z tą Polską?” Tomasza Lisa, gdzie niskie zagrywki (podobno poważnych) polityków publiczność kwituje jarmarcznym tupaniem, gwizdami i śmiechem. Dzięki temu program cieszy się dużą popularnością, gdyż nawet niezbyt wyrobiony politycznie widz może go sobie oglądać i żywić przekonanie, że uczestniczy w ważnej publicznej polemice, jednocześnie bawiąc się przy tym wybornie, bo program bardziej niż debatę przypomina pikantny talk show, w którym docinają sobie wzajemnie dwie zwaśnione o miedzę rodziny. Również serwisy informacyjne zaliczają niższe loty, odkąd socjologiczne badania ustaliły, iż widzowie chętnie wybierają je spośród telewizyjnej oferty, gdyż wypełnieniem obywatelskiej powinności tłumaczą sobie czas spędzany przed szklanym ekranem. Nadawcy zwietrzywszy magnetyzm wiadomości zarządzili ich gruntowną reformę. Także na tej karcie historii polskich mediów niechlubnie zapisał się Tomasz Lis, przerabiając kolejne programy informacyjne na modłę sensacyjnych brukowców, zastępując rzetelną informację nacechowanymi emocjonalnie komentarzami. Byle nie trudzić przysłowiowego Kowalskiego frasunkiem samodzielnego myślenia i nie stawiać go przed pytaniami, na które nie potrafi niezwłocznie odpowiedzieć, lecz zaspokoić jego potrzebę posiadania własnej opinii poprzez wdrukowanie weń poglądów zgodnych z zamierzeniami redakcji.
Nie ma takich zakamarków, w które nie wcisnąłby się biznes, więc co dopiero tak rozległe pole obfitości, jak literatura. Współcześnie słowo „bestseller” oznacza tekst na tyle nieskomplikowany i łatwy w odbiorze, że może być odkodowany przez miliony ludzi reprezentujących różne warstwy społeczne i odrębne kultury. Literatura popularna odfiltrowuje treści abstrakcyjne, wyraz niespokojnej duszy autora, i do druku oddaje jedynie jednowymiarowe, linearne opisy przygód i myśli bohaterów. Jej sztandarowym przedstawicielem jest Michael Crichton, absolwent Harvard Medical School. Powieści Crichtona są idealnym materiałem na film i wiele z nich doczekało się kinowych adaptacji. Przeniesieniu ich na taśmę celuloidową sprzyja prosta narracja, która jest zwykłym chronologicznym zapisem zdarzeń - czytelnik dostaje podany na talerzu każdy ruch bohatera i każdy jego stan emocjonalny, wyjaśnione i niepozostawiające wątpliwości. Jednocześnie Crichton stosuje te same metody budowania napięcia i ucieka się do tych samych stereotypów i sztuczek, co hollywoodzcy twórcy. Postaci to kukiełki, których jedynym celem jest rozwijanie sensacyjnej akcji, manekiny bez głębi osobowości. Zrozumienie ich motywów nie nastręcza odbiorcy trudności: jedni bohaterowie są źli, drudzy dobrzy. Zwykle raz na powieść ktoś zdradza, albo odkrywa swoje prawdziwe oblicze i z jednej kategorii przechodzi do drugiej. Lektura powieści Crichtona to wystawianie w wyobraźni kolejnych scen, wewnątrzumysłowa kinowa projekcja obrazów, niewymagająca uruchomienia abstrakcyjnego myślenia potrzebnego do identyfikacji pojęć bez prostego odnośnika w cielesności.
Na fenomen obniżania poziomu skomplikowania wyrobów kultury zwrócił moją uwagę kilka lat temu J.B. – Francuz, z którym mieszkałem przez pewien czas pod jednym dachem dublińskiego hostelu. Pewnego dnia J.B. ściągnął z Internetu jakąś starą grę i obwieścił, że jest niezwykle trudna i trzeba się nielicho namęczyć, żeby odnieść najmniejsze zwycięstwo. Westchnął tęsknie za starymi czasami i rozżalił się, że teraz już takich gier nie robią i że dzisiejsze gry są łatwe i przeznaczone dla tumanów. Zastanowiwszy się nad kierunkiem ewolucji kolejnych części Warcrafta przyznałem mu rację.
W jaką grę przyjemniej jest grać? Wymagającą treningu i mozolnego dochodzenia do wprawy, czy w grę, którą szybko opanujemy i bez większych kłopotów nauczymy się pokonywać stawiane przed nami przeszkody? Ile porażek zniechęca przeciętnego gracza i skłania go do zarzucenia podejmowania kolejnych prób? Jeżeli firmy dostarczające rozrywkę chcą prosperować i mnożyć zyski muszą wiedzieć takie rzeczy. I wiedzą. Dzięki temu mogą dostosować swój produkt do naszych umiejętności, predyspozycji i możliwości. Zarabianie pieniędzy przesłania inny, chyba ważniejszy cel – rozwój intelektu poszczególnych jednostek i całych społeczeństw.
Człowiek z natury swojej dąży do upraszczania, zapewnienia sobie wygody i niwelowania wysiłku. Dzięki temu przyjmują się wynalazki, które wyręczają nas w zajęciach nużących i wyczerpujących. Nazywamy ten proces postępem. Jeśli jednak wolnorynkowa zasada zaspokajania potrzeb zaczyna funkcjonować w przemyśle dóbr kulturalnych stajemy przed niebezpieczeństwem folgowaniu lenistwu intelektualnemu. Konkurencja na polu dóbr kultury sprowadza się do podzielenia rynku na segmenty grupujące osoby o podobnym wyrobieniu w konsumpcji niematerialnych towarów i następnie dostarczeniu poszczególnym grupom lekkostrawnej kulturowej pożywki. Rywalizacja o klienta implikuje ciągłe obniżanie poziomu dostępnej oferty. O ile ułatwianie człowiekowi przemieszczania się poprzez udoskonalanie środków transportu może w odległej o tysiąclecia przyszłości doprowadzić do tego, że przesiądziemy się na mikropoduszkowce i zanikną nam mięśnie nóg, o tyle analogiczny proces w dziedzinie sprawności umysłu oznacza utratę cechy wyróżniającej nasz gatunek, czyli twórczego i krytycznego myślenia.
Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:
Agnieszka Owczarczak , Łukasz Kupis, Grzegorz RogowskiDodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 2
ciekawy tekst
ciekawy teks














