Podobno ostateczny cios zadany żelaznym ostrzem gilotyny daje przyjemne uczucie chłodu. Teoria łaskawa, choć niezbyt pocieszna dla jej praktyków. Być może gdzieś w dalekiej, transcendentnej rzeczywistości rozprawiają na ten temat dwie osoby- francuska królowa i lekarz, który ujednolicił wykonywanie wyroków śmierci tym diabolicznym narzędziem.
Maria Antonina żyła trzydzieści osiem lat i większość tego krótkiego życia poświęciła sztuce. Interesowała się między innymi budową nowych teatrów, jednak prawdziwą jej miłością – większą nawet niż mąż – była muzyka. Królowa od dziecka uczyła się grać na klawesynie, zaś jej ulubionym instrumentem była harfa. Filozofia życiowa tej rozrzutnej Austriaczki nie była nazbyt skomplikowana, jednak Maria zapisała się w kartach historii jako bardzo zła postać. Ale dlaczego? Przez wiele lat była promotorką talentów muzycznych, naśladowano jej sposób bycia, aż w rezultacie przyciągnęła do Paryża licznych niemieckich lutnistów. Królowa wywarła duży wpływ na politykę Ludwika XVI, czym udowadnia słynną myśl, mówiącą iż: Mężczyzna jest głową, a kobieta szyją, która tą głową kręci. Zarzucano jej rozrzutność oraz wyliczano nadmierne wydatki na bale, stroje i biżuterię. Ale czy nie była to jedynie dbałość o wizerunek dworu i króla? Postać Marii Antoniny - podobna do materialistycznej Scarlett o’Hary – już dawno przeminęła z wiatrem. Jednak królowa nie lubiła odkładać niczego na jutro. Żyła chwilą, tkwiła w wyidealizowanym świecie, przez cały swój krótki żywot ukrywała się za kurtyną teatru, jaki sama sobie stworzyła. Gdyby ubrać tę Austriaczkę w kimono, byłaby jedyną jasnowłosą marionetką w japońskim teatrze. Dziś jest już tylko lalką bez głowy, należącą do małej Wednesday Addams. Antonina sprytnie wplątana w aferę naszyjnikową stała się jedną z bohaterek, jakie zainspirowały Charlesa Shyera do nakręcenia głośnego filmu. I choć aktorka Joely Richardson bardzo skrupulatnie oddała cechy królowej Francji, Maria Antonina zawsze pozostanie nieodgadniętym zjawiskiem. Jej makiawelizm i zamiłowanie do sztuki było tak ogromne, że gdyby żyła wiecznie – sama mogłaby stać się muzą słynnych twórców. To do niej mógłby pisać Mickiewicz swe wiersze tytułowane "Do M***". Tą ją uczyniłby Fellini jedną z bohaterek "Słodkiego życia". Jej rysy można by odnaleźć na obrazach Picassa. Kim byłaby dziś ta próżna i lekkomyślna, ale zarazem kreatywna i niepospolita osoba? Cierpienie jakiego doznała pod koniec życia śmiało stoi na równi z męką Joanny d’ Arc i sześciu żon Henryka VIII. Maria Antonina była kobietą zwykłą i oryginalną zarazem. Nie była ani dobra ani zła, ani chłodna ani ognista. A Ty, czytelniku, pamiętasz ją jeszcze? Z pewnością nie zapadłaby Ci głęboko w pamięć, gdyby nie straszne czasy rewolucji. Dotychczas żyła pewnie przy rozchodzącym się dźwięku harfy, nosząc maskę i żyjąc na deskach własnego teatru. Lecz prawdziwą można ją było ujrzeć dopiero uwięzioną między deskami, pod ostro zakończonym wyrokiem śmierci. Pewnie dlatego jedna z jej ostatnich myśli brzmi: Dopiero w nieszczęściu dowiaduje się człowiek, kim jest w rzeczywistości.
przyjemny w czytaniu tekst, o czasach sprzed epidemi słynnej już buławinki czerwonej.Dobrze powracać do dawnych czasów, kiedy spalona ziemia przez obłędne socjalne systemy i chore rewolucje, nie potrafi już niczego sama urodzić, i przenosić wszystko co wartościowe na grunt współczesności.Chciało by się czytac takie teksty codziennie.
Taka osobowość znalazła się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie, co kosztowało ją życie. Ale tak do końca to nie wiem po co ten artykuł został napisany.