Kultura / Wystawy
Timothy Breading - artysta z przypadku?
Artykuł był czytany 1232 razyKiedy wymęczeni czterogodzinnym spacerem opuszczaliśmy sale Metropolitan Museum of Art, nogi same wiodły nas na Upper West Side. Zbyt zmęczeni by nimi kierować, nie mieliśmy również siły by obronić się przed sztuką.
Gdzieś przy drodze, pośrodku Central Parku Tim znalazł płytę kompaktową. Napis „hard rock” komponował się z jej kruchością jak trep z tiszertem. Coś nie pasowało… Bliższa ściana chodnika, którym poruszaliśmy się wśród zieleni, obłożona była kamiennymi blokami, mniej więcej do wysokości 1,5 metra. Tytuł (?) płyty o wiele bardziej pasował do tej ściany…
Timothy nie boi się ścian – pisywał na nich poezje, pryskał je sprayem, malował. W rodzinnym Oregonie znany był ponoć pod pseudonimem „moth”. Teraz spojrzał na mur i mamrocząc coś wetknął płytę „hard rock” w szczelinę skał.
- What did you say?
- Nothing.
- But you said something.
- Art… - znowu wymamrotał i pomaszerował dalej.
- …kind of – odpowiedziałem i wywiązała się dyskusja
Czy można odrzucać przypadek, zostawiając boską ingerencję? Czy można zostawić przypadek w twórczości „praktycznej”, ale odrzucić go z twórczości artystycznej? Jeśli jednak zostawimy przypadek, jak nie wpaść w szpony postmodernizmu? Czy gest, odruch to już akt twórczy? Czy o twórczości możemy mówić dopiero wtedy, gdy będzie świadomym nawykiem albo wręcz gdy stanie się wymiarem osobowości? Może jednak przeciwnie – tylko świadoma akcja z założeniem artystycznym ma prawo być nazwana sztuką? Karmione próbami odpowiedzi, pytania mnożyły się same.
Nie odnaleźliśmy się w gąszczu kwestii, które sami sobie zadaliśmy. Jednak pierwsza w życiu instalacja jakiej dokonał Tim napędzała nas w drodze do domu. Zapomnieliśmy o zmęczeniu, a nogi bez udziału naszej zaprzątniętej świadomości spisały się wyśmienicie. Były jeszcze wyprawy do Whitney, Guggenheim i Cooper-Hewitt, były kraby, zdobione ramy, mydło i witraże… Tim przekonuje mnie do dziś dnia, że to był jednak art…
Timothy nie boi się ścian – pisywał na nich poezje, pryskał je sprayem, malował. W rodzinnym Oregonie znany był ponoć pod pseudonimem „moth”. Teraz spojrzał na mur i mamrocząc coś wetknął płytę „hard rock” w szczelinę skał.
- What did you say?
- Nothing.
- But you said something.
- Art… - znowu wymamrotał i pomaszerował dalej.
- …kind of – odpowiedziałem i wywiązała się dyskusja
Czy można odrzucać przypadek, zostawiając boską ingerencję? Czy można zostawić przypadek w twórczości „praktycznej”, ale odrzucić go z twórczości artystycznej? Jeśli jednak zostawimy przypadek, jak nie wpaść w szpony postmodernizmu? Czy gest, odruch to już akt twórczy? Czy o twórczości możemy mówić dopiero wtedy, gdy będzie świadomym nawykiem albo wręcz gdy stanie się wymiarem osobowości? Może jednak przeciwnie – tylko świadoma akcja z założeniem artystycznym ma prawo być nazwana sztuką? Karmione próbami odpowiedzi, pytania mnożyły się same.
Nie odnaleźliśmy się w gąszczu kwestii, które sami sobie zadaliśmy. Jednak pierwsza w życiu instalacja jakiej dokonał Tim napędzała nas w drodze do domu. Zapomnieliśmy o zmęczeniu, a nogi bez udziału naszej zaprzątniętej świadomości spisały się wyśmienicie. Były jeszcze wyprawy do Whitney, Guggenheim i Cooper-Hewitt, były kraby, zdobione ramy, mydło i witraże… Tim przekonuje mnie do dziś dnia, że to był jednak art…














