iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Sport / Inne
+ - 1

Ana I Waleczna

07 07 2007 Seweryn Lipoński Artykuł był czytany 2362 razy
Źródło: www.wimbledon.org
Źródło: www.wimbledon.org

W czwartek, na korcie centralnym Wimbledonu, widzowie byli świadkami najlepszego jak dotąd spotkania kobiet w tegorocznym turnieju. Serbka Ana Ivanović pokazała charakter, pokonując Nicole Vaidisovą po trzech zaciętych setach: 4-6, 6-2, 7-5.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Nie jestem wielkim fanatykiem tenisa, jednak od czasu do czasu – zwłaszcza przy okazji turniejów wielkoszlemowych – lubię spędzić dwie czy trzy godziny, oglądając w akcji najlepsze tenisistki i najlepszych tenisistów świata. W tegorocznym Wimbledonie zawodnicy zmagają się głównie z deszczem, który nieustannie krzyżuje im szyki w najmniej spodziewanych momentach. Najlepszym na to przykładem jest mecz Rafaela Nadala ze Szwedem Robinem Soderlingiem, który trwał na dobrą sprawę aż pięć dni – od soboty do środy, i przerywany był siedmiokrotnie. Organizatorzy mają poważny problem, gdyż wiele wskazuje na to, iż turniej nie skończy się w niedzielę, jak zaplanowano, tylko potrwa dłużej.

Gdy jednak pogoda okazuje się łaskawsza, na główny plan powracają zawodnicy. A im bliżej do końca rozgrywek, tym więcej niespodzianek. Szczególnie w turnieju kobiet. Odpadły już najwyżej rozstawione Maria Sharapova i Amelie Mauresmo. W czwartek długimi momentami wydawało się, że ich los podzieli nr 6 turnieju, czyli urodziwa Serbka Ana Ivanović. Finalistka tegorocznego French Open zmierzyła się w meczu ćwierćfinałowym z rozpędzoną Czeszką, Nicole Vaidisovą (właśnie ona pokonała w poprzedniej rundzie obrończynię tytułu, czyli Mauresmo).

Eksperci przewidywali wyrównane spotkanie, a faworytkę niezwykle ciężko było wskazać. Szybko też okazało się, iż nie pomylili się w swoich prognozach. Już pierwszy set pokazał, że żadna z zawodniczek nie będzie w tym spotkaniu dominować, zaś im dłużej trwał mecz, tym większa towarzyszyła mu dramaturgia. Obydwie zawodniczki dopadały krótkie kryzysy, a szala zwycięstwa przechylała się kilkakrotnie – to na jedną, to na drugą stronę. Ostatecznie z pojedynku zwycięsko wyszła Ana Ivanović. Z perspektywy zakończonego już spotkania mogę śmiało powiedzieć, iż był to najlepszy indywidualny występ tenisistki, jaki kiedykolwiek widziałem. 19-letnia Serbka zaprezentowała wszystko, co najważniejsze w sportowej rywalizacji: waleczność, zapał do gry, wiarę w końcowy sukces, bez zapominania o zasadach fair play. Dzięki temu wygrała mecz, który już wydawał się przegrany, i awansowała do półfinału londyńskich rozgrywek.

Zaczęła mecz spokojnie, może nawet ospale, przez co dała się przełamać już w pierwszym gemie. Później serwowała lepiej, jednak straty nie zdołała odrobić. Młodsza od niej o rok Czeszka była zdecydowanie agresywniejsza, częściej atakowała, potrafiła znakomicie wykorzystać słabszą stronę Ivanović, jaką tego dnia stanowił jej bekhend. Pierwszy set zakończył się wynikiem 6-4 dla Vaidisovej, co zwiastowało ogromne emocje w dalszej części gry.

Strata własnego serwisu już na początku drugiego seta – podobnie jak i w pierwszym – była już poważnym ostrzeżeniem dla serbskiej zawodniczki. Ivanović szybko zrozumiała, że na kolejne błędy nie może sobie pozwolić. Toteż momentalnie odrobiła breaka, zaczęła grać lepiej i pewniej, jednak znajdująca się w wysokiej formie Vaidisova wcale nie spuszczała z tonu. Mecz wyrównał się, w większości gemów dochodziło do gry na równowagi i przewagi. Przy kolejnym podaniu Ivanović Czeszka miała szansę na kolejne przełamanie, jednak Ivanović wybroniła się, by po chwili wygrać gema przy serwisie rywalki. I to w jakim stylu – do zera!

Był to kluczowy moment drugiego seta, w którego końcówce Vaidisova wyraźnie osłabła. Zupełnie jakby sparaliżowała ją stawka, o którą grała. Zaczęła wyrzucać piłki w aut, popełniać proste błędy. Przestały wychodzić jej drop-shoty, ataki i crossy… przestało wychodzić wszystko. Tymczasem Ana grała coraz lepiej, wyraźnie rozkręcając się w tej części gry. Wreszcie ujrzeliśmy ją taką, jak na kortach Rolanda Garrosa. I ten entuzjazm, z jakim uchwyciła odpowiedni rytm… Wygrała swoje podanie, by następnie nie dać szans Vaidisovej i znów przełamać ją, wygrywając drugiego seta 6-2.

Można powiedzieć, że w tym momencie mecz zaczął się od początku. A zarazem nadeszły prawdziwe emocje. Wydawało się, że rozochocona dobrą passą Ivanović pójdzie za ciosem. Ale i Czeszka nagle przypomniała sobie, że jest czternastą rakietą świata. Odzyskała świeżość i zapał do gry, w niepamięć puściła przegrany drugi set. Siłą i szybkością uderzeń na pewno przewyższała tego dnia Anę. Rzucając wszystkie siły do ataku, zdołała wybić ją z rytmu i przełamać jej serwis, wychodząc na prowadzenie 3-1 w drugim secie. W takich chwilach jedno przełamanie nierzadko okazuje się decydujące, toteż koniec Ivanović wydawał się bliski. Zwłaszcza gdy przy stanie 4-2 jej rywalka miała szansę na kolejne break pointy.

Kilka minut później było już 5-3 i zwycięstwo czeskiej blondynki było na wyciągnięcie ręki. Gdy do tego Serbka wyrzuciła kolejny forhend w aut, pojawiły się dwie piłki meczowe – szansa, by zakończyć to już teraz, nie czekając na własny serwis…

Wtedy to Ana wróciła do gry. Coś się w niej zagotowało, zawrzało; ta spokojna z reguły twarz pokryła się gniewem. Znikł z niej uśmiech, którym podczas tak wielu spotkań darzyła sympatyków tenisa. Mogę śmiało napisać, że po raz pierwszy widziałem Anę Ivanović zdenerwowaną. Ale zdenerwowaną w sensie pozytywnym. Chyba nawet nie myślała o tym, że jest o krok od porażki. Ona? Ona, która pokonywała już w tym roku Sharapovą, Williams?... Nie, ona z pewnością nie wiedziała, że może przegrać, nie dopuszczała do siebie takiej myśli. Po prostu denerwowała się oddalającym zwycięstwem, i tym bardziej zapałała chęcią do jeszcze lepszej gry. Słowiańska, burzliwa krew nakazała jej walczyć do końca.

Dwie piłki meczowe obroniła w sposób tak prosty, i tak doskonały zarazem, jak gdyby grała towarzysko z niedoświadczoną juniorką. Obroniła dwa meczbole, wybroniła i trzeci. Biegała po całym korcie, zbiegała do siatki, atakowała z głębi. Dobiegała do każdej piłki. Vaidisova odpuściła, zaskoczona tą nagłą przemianą rywalki, by po chwili oddać swoje podanie. 5-5 i znów po równo w trzecim secie! Niemal pewne zwycięstwo wymknęło się czeskiej tenisistce z rąk.

A przecież nie grała słabo. Też starała się, atakowała, pozostając przy tym w ogromnym skupieniu. Tę jej koncentrację widać było za każdym razem, gdy tylko znalazła się przed kamerą. Przez większość meczu grała wspaniale i skutecznie zarazem; jestem pewien, że tego dnia mogłaby ograć każdą tenisistkę świata: Venus Williams, Justine Henin, Jelenę Janković…

Ale nie Anę Ivanović. Ta, niesiona entuzjazmem po odrobieniu strat, grała jak natchniona. Przy każdym punkcie tak, jakby walczyła o życie. Sprzyjało jej przy tym szczęście – raz piłka po taśmie spadła na połowę rywalki, a później, w podobnej sytuacji, po uderzeniu Nicole pozostała po jej stronie. Ivanović przeżywała to zresztą niesamowicie. Po każdej akcji wydawała okrzyk – to radości, to przepełniony złością po zepsutej piłce, choć tych drugich było znacznie mniej. Nie rzucała jednak rakietą ani nie wygrażała sędziemu, jak to zdarzało się już czynić m.in. Marii Sharapovej. I ta zaciśnięta pięść, ten energiczny szał po kolejnych winnersach, jakie przybliżały ją do półfinału.

Kto nie widział tej końcówki, ten nigdy nie pojmie ogromnej waleczności i siły charakteru 19-letniej Serbki. Nic to, że grała z kontuzją (przez cały mecz ze specjalnym opatrunkiem na kolanie). Nic to, że niedysponowany był tego dnia jej bekhend. Chyba samą ambicją wygrałaby ten mecz, a przecież doszły do tego wielkie umiejętności. Vaidisova nie potrafiła już dłużej stawiać oporu. Pękła, a przegrywając 5-6, przy drugiej piłce meczowej dla rywalki, podwójnym błędem serwisowym zakończyła spotkanie.

Ivanović wygrała, bo zdecydowanie bardziej tego chciała i walczyła. Nie grała może pięknie, na pewno niezbyt finezyjnie, lecz w najważniejszych momentach okazała się nie do złamania. Już dzień później, w półfinale, jej słabości obnażyła Venus Williams, eliminując 19-latkę z turnieju, lecz dam głowę, że nie miało to dla niej większego znaczenia. Jej prawdziwy wielki mecz rozegrał się w czwartek. Ci, którzy to widzieli, na długo zapamiętają jej heroiczną walkę o pozostanie w grze i piękny uśmiech, jaki powrócił na jej twarz, gdy zwycięstwo stało się faktem. Zapewne oglądać go będziemy jeszcze nie raz i nie dwa.




+ - 1

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Agnieszka Owczarczak , ramedlaW eiseH

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 1

1. ramedlaW | 23:38 15-01-2008

OK, OK... wszystko pięknie... ale sporo za długie jak dla mnie. Stąd solidne opóźnienie w przeczytaniu artykułu. Trudno było się mi zmobilizować. Jednakże oceny to i tak nie zmieni.