iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Sport / Inne
+ - 3

Kilka refleksji...

14 02 2007 Mariusz Piotrowski Artykuł był czytany 2804 razy

...o sportowych dyscyplinach zespołowych w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem futbolu i piłki ręcznej.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

Zakończone tydzień temu mistrzostwa świata w piłce ręcznej wzbudziły w Polakach wielkie emocje. Raz jeszcze potwierdziła się stara zasada, że jako kibice, bylibyśmy w stanie zakochać się nawet w curlingu czy hokeju na rolkach, gdyby tylko nasi chłopcy odnosili w tych dyscyplinach sukcesy. A przecież, gdy w połowie stycznia rozpoczynał się światowy czempionat szczypiornistów, dla większości z nas była to dyscyplina równie abstrakcyjna, jak te wymienione powyżej. Wraz z kolejnymi zwycięstwami siódemki Bogdana Wenty zwiększało się zainteresowanie publiczności, a coraz więcej osób poznawało zasady tej skądinąd bardzo ciekawej gry (włączając w to nawet komentatora Polsatu, którego postęp widoczny był z transmisji na transmisję) i oglądało ją z zainteresowaniem. Emocje sięgnęły zenitu, gdy musieliśmy mierzyć się z odwiecznymi rywalami zza miedzy – Rosją i Niemcami. Bo sport w wydaniu reprezentacyjnym obok emocji jak najbardziej dobrych, wyzwala też te nieco mniej szlachetne. Historyczne zaszłości, negatywne stereotypy sprawiają, że dla polskiego kibica nie ma większej satysfakcji niż to, że nasi chłopcy dokopią „kacapom”, czy zmiotą w pył „szwabów”. Zwłaszcza w przypadku tej drugiej, finałowej konfrontacji swoje zrobiły media odpowiednio podbijając bębenek. Bulwarówka „Bild” nazwała polskich piłkarzy „brutalami”, wieść o krytycznym artykule (który w rzeczywistości poza tym jednym niefortunnym sformułowaniem był dla Polaków dość pochlebny) szybko przedostała się nad Wisłę wywołując wielką burzę. W odpowiedzi dała o sobie znać ułańska fantazja polskich internautów – gdy na kilku forach internetowych ktoś rzucił link do strony „Bilda” z ankietą, w której fani mieli głosować na to, kto wygra finał, wzięli sprawy w swoje ręce. W ciągu trzech godzin wynik z 70 do 30 procent dla Niemców zamienił się w 97 do 3 na korzyść biało-czerwonych. A gdy doszły do nas wieści o problemach z zakupem biletów przez fanów z Polski, wojna była gotowa. Wojna, w której polscy szczypiorniści okazali się słabsi, co nie umniejsza jednak ich ogromnego sukcesu. Należy wierzyć, że polska piłka ręczna zdoła wykorzystać pozytywną koniunkturę i odbić się od dna, to jednak kwestia na inny artykuł. Sukces Karola Bieleckiego i spółki, podobnie jak ostanie miesiące, tak owocne w sukcesy dla polskich dyscyplin drużynowych skłoniły mnie do wysnucia pewnych wniosków.


Po pierwsze...


Okazuje się, że do odniesienia sukcesu konieczny jest trener z zagranicy, człowiek z zewnątrz ze świeżym podejściem i nieszablonowymi metodami przygotowania swych podopiecznych. Bo choć Bogdan Wenta jest rodowitym gdańszczaninem, wiedzę o trenerskim fachu zdobywał za granicą u boku najlepszych specjalistów. Jako gracz występował m.in. w słynnej Barcelonie, której pozycja w świecie piłki ręcznej jest zbliżona do futbolowego odpowiednika oraz w elitarnej Bundeslidze. Więc mimo iż Polak, można go zaliczyć do trenerskich „stranieri”. A przecież jeszcze trzy miesiące temu cieszyliśmy się z japońskiego sukcesu naszych siatkarzy dowodzonych przez Argentyńczyka Lozano. W tyle nie pozostali futboliści, którzy pod koniec roku zanotowali zwyżkę formy. Już dawno polski zespół nie pokonał przecież w meczu o stawkę drużyny ze ścisłej światowej czołówki, a duża w tym zasługa Leo Benhakeera. W tej paradzie wiekopomnych zwycięstw nieco niezauważony, choć równie istotny postęp zanotowali koszykarze. Pod wodzą Andreja Urlepa, charyzmatycznego szarlatana ze Słowenii przebrnęli przez eliminacje i po raz pierwszy od 10 lat zakwalifikowali się do Mistrzostw Europy, które we wrześniu odbędą się w Hiszpanii. Idąc dalej regułą obsadzenia obcokrajowca w roli trenera kadry, można się spodziewać renesansu wielkiej formy „złotek” i to niezależnie od tego, czy schedę w zespole siatkarek obejmie Massimo Bonita czy Allesandro Chiappini.


Po drugie...

 
Wraz z sukcesami zagranicznych szkoleniowców należy odłożyć do lamusa tzw. „polską szkołę trenerską”. Zapoczątkowały ją w latach siedemdziesiątych wielkie zwycięstwa naszych drużyn dowodzonych przez tak wybitnych fachowców jak Górski, Wagner, czy Piechniczek. Osiągane wyniki mówiły same za siebie: medale mistrzostw świata, olimpijskie laury, plejada wybitnych wychowanków. Ale to było kiedyś. Wtedy najlepszym lekarstwem na każdy problem była dyscyplina i katorżnicza praca na treningach, która przynosiła efekty. Dziś, w dobie profesjonalizacji, to nie wystarczy. Współczesny trener musi być po trochu psychologiem, strategiem i mediatorem. Musi mieć zgrany sztab ludzi odpowiadających za najmniejsze detale, od odpowiedniej diety po odnowę biologiczną podopiecznych. Niestety, wielu polskich trenerów wciąż tkwi w przeświadczeniu, że wystarczy, gdy sportowiec będzie na treningu wylewał siódme poty, a sukcesy same przyjdą. Zresztą, podpierając się przykładem futbolu – po raz ostatni polscy szkoleniowcy trenowali kluby z czołowych lig zagranicznych 15 lat temu. Henryk Kasperczak w Montpellier, a Zbigniew Boniek w AS Bari. Obaj zresztą raczej za zasługi w karierze piłkarskiej niż trenerski fach, obaj skończyli swą przygodę w tych klubach szybko (zwłaszcza Boniek, który choć był piłkarzem wybitnym, trenerem wręcz przeciwnie, o czym świadczy nawet, by daleko nie szukać, jego ostatni epizod w roli trenera polskiej reprezentacji 4 lata temu). Niestety, o polskich szkoleniowcach pamięta się w tej chwili głównie na Czarnym Lądzie (wspomniany wcześniej Kasperczak, który z sukcesami prowadził m.in. reprezentacje Senegalu, czy Tunezji oraz trenerski obieżyświat Wojciech Łazarek), czy równie egzotycznych krajach arabskich (Antoni Piechniczek pracujący swego czasu w ZEA) lub azjatyckich (Andrzej Strejlau w Chinach).


Po trzecie...


Z klęską polskich trenerów wiąże się też problem z wychowaniem dobrych zawodników, a mówiąc ściślej – marnowanie talentów. Jak to się dzieje, że w wieku juniorskim nasi zawodnicy zdobywają laury w konfrontacji z rówieśnikami z innych krajów, a gdy rozpoczynają zawodową karierę, zatrzymują lub niejednokrotnie cofają się w rozwoju? Przykładów mamy tu bez liku. Z reprezentacji U-16 Andrzeja Zamilskiego, która w 1993 zdobyła Mistrzostwo Europy Juniorów w piłce nożnej karierę (ale też nie taką, do jakiej predestynowały go ogromne możliwości) zrobił tylko Mirosław Szymkowiak. Pozostali członkowie złotej drużyny w najlepszym razie byli lub są ligowymi przeciętniakami (Szulik, Bledzewski) lub dramatycznie roztrwonili swój talent kończąc na boiskach w niższych ligach (kreowany kiedyś na następcę słynnego ojca Maciej Terlecki). Tak samo ma się sprawa z wicemistrzami Europy Michała Globisza w tej samej kategorii wiekowej z 1999 roku. Kilku ligowców, jeden Wojciech Łobodziński pukający nieśmiało do wrót reprezentacji (chociaż na dzień dzisiejszy traktowany raczej jako rezerwa z głębokiego zaplecza) i pierwsze przypadki świetnie zapowiadających się karier zakończonych fiaskiem (Sebastian Mila, w przeszłości nawet kandydat na lidera reprezentacji, kilka tygodni temu wyrzucony z przeciętnej Austrii Wiedeń podpisał kontrakt z norweską Valereengą Oslo). A siatkarze? Złote pokolenie juniorów, które za Ireneusza Mazura zdobywało medale z najcenniejszych kruszców w kategorii juniorów aż do końca zeszłego roku stanowiło przecież synonim złudnej nadziei i niewykorzystanej szansy. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele. Na pewno ważnym problemem był stres i presja, z którą sportowcy nie zawsze sobie radzą. Przecież nawet za czasów Lozano Polacy przegrywali mecze wygrane, jak np. w czerwcu 2005 ulegając w półfinale Ligi Światowej Serbom 2-3 mimo prowadzenia 2-0 w setach i 23-18 w trzeciej rozgrywce. Raz jeszcze powtórzę – trener musi być dobrym psychologiem, musi umieć dotrzeć do swoich zawodników i umiejętnie ich zmobilizować jednocześnie sprawiając, że przestaną im się trząść nogi. Inny mankament kryje się w samym systemie szkolenia młodzieży, który w Polsce od dawien dawna postawiony był na głowie. Zamiast żmudnego trenowania technicznego elementarza w szkoleniu juniorów główny nacisk kładzie się na siłę, szybkość i wytrzymałość. I w ten sposób faktycznie w wieku 16 lat nasze byczki będą lepsze od Włochów, czy Francuzów, jednak z upływem czasu zaniechania dokonane w młodym wieku będą odbijać się coraz większą czkawką. Nie dziwmy się więc, że od lat czekamy na drugiego Lubańskiego, podczas gdy Rooney, czy Owen debiutowali w reprezentacji Anglii mając 18-19 lat, od razu stanowiąc o sile tych drużyn. W szkoleniu na szczęście wiele zmienia się lepsze – powstają specjalistyczne szkółki piłkarskie, prężnie działają Szkoły Mistrzostwa Sportowego, a na efekty tych działań nie trzeba długo czekać. Najzdolniejsi piłkarze młodego pokolenia są wypatrywani i szkoleni w najlepszych klubach Europy, m.in. Chelsea, Arsenalu, czy nawet Realu Madryt (który do swej juniorskiej drużyny skaptował od razu 3 najzdolniejszych zawodników Wodzisławskiej Szkółki Piłkarskiej).


Po czwarte...


Oczywiście za ten stan rzeczy nie można obwiniać tylko trenerów. Wiele zależy od mentalności samych zawodników, która często pozostawia wiele do życzenia. Uderzająca do głowy sodówka, zachłyśnięcie nagłym sukcesem, minimalizm w zakładanych celach i osiadanie na (zazwyczaj skromnych) laurach to główne grzechy zabijające niektóre wybitne jednostki. W światku futbolistów nie od dziś funkcjonuje powiedzenia „Kto pije, ten gra, kto nie pije, nie gra”. W ostatni poniedziałek Dziennik i Wyborcza niezależnie od siebie wydrukowały artykuły o Krzysztofie Baranie i Marku Szemońskim – dwóch piłkarzach z wielkimi perspektywami, których kariera została zastopowana przez wódkę i rozrywkowy tryb życia. Patologia zaczyna się jednak już u najmłodszych. Dwa lata temu głośna była sprawa 19-letniego Łukasza Mierzejewskiego (członka wspomnianej wcześniej drużyny juniorskiej Globisza), który oskarżony przez młodą Finkę o gwałt przesiedział kilka tygodni w więzieniu. Sprawę udało się wyjaśnić, ale czy zgwałcił, czy sama mu dała nie jest problemem najważniejszym. Ważniejsze jest prowadzenie się młodych gwiazdek. Jednak w tym aspekcie także zmienia się bardzo wiele. Kluby, istniejące pod szyldem sportowych spółek akcyjnych coraz bardziej się profesjonalizują i tego samego wymagają od swoich podopiecznych. Podpisują z zawodnikiem kontrakt i wymagają dobrego prowadzenia się i odpowiednich rezultatów, w przeciwnym razie nie wahają się przed wyrzuceniem delikwenta na bruk. Także sportowcy zdają się rozumieć, jak ważny jest odpowiedni tryb życia i ciężka praca, które mogą zaowocować choćby wyższym kontraktem i transferem do zagranicznego klubu. No właśnie...


Po piąte...


Obalony został też mit o szkodliwości zagranicznych wyjazdów polskich sportowców. Jeszcze w latach 90-tych, gdy jakiś piłkarz wybierał się na saksy, spokojnie można było postawić na nim krzyżyk. Winą za to można było w pewnym sensie obarczyć mentalność, jaką nasi zawodnicy wynieśli z czasów komunizmu. Wtedy wyjazdy do zagranicznych klubów były możliwe dopiero po trzydziestym roku życia i traktowane przez sportowców raczej jako okazja do odłożenia trochę grosza na emeryturę. Nierzadko też dobrze zapowiadający się sportowcy doznawali szoku widząc sumę kontraktu w nowym zagranicznym klubie kilkakrotnie większą niż w Polsce i w szoku tym trwali aż do całkowitego stracenia formy. Zresztą, gdy nawet Polacy wyjeżdżali za granicę, to do przeciętnych klubów, gdzie i tak najczęściej spełniali drugorzędne role. Od czasu transferów Zbigniewa Bońka do Juventusu i Józefa Młynarczyka do FC Porto można policzyć na palcach jednej ręki piłkarzy, którzy trafili do dobrych zespołów i faktycznie stanowili o ich sile (m.in. Roman Kosecki w Atletico Madryt, Piotr Nowak w TSV Monachium, czy Andrzej Juskowiak w Sportingu Lizbona). Dziś jest na szczęście inaczej. Wyjazd zagraniczny jest poza okazją do uzyskania większych apanaży także szansą na sportowy awans, czy przeniesienie się do jeszcze lepszego klubu. Trzymając się piłkarskiego przykładu, futboliści coraz częściej lądują w dobrych klubach. Ireneusz Jeleń jest główną siłą ataku francuskiego Auxerre, a Tomasz Kuszczak zadomowił się w bramce Manchesteru United. Co kilka miesięcy w brytyjskiej prasie powracają spekulacje, że Artur Boruc z Celticu Glasgow będzie następcą legendarnego Jensa Lehmanna w Arsenalu Londyn, a jeszcze kilka tygodni temu o Radosława Matusiaka z GKS Bełchatów biło się pół piłkarskiej Europy. W innych dyscyplinach jest zresztą podobnie. Szlak przetarli siatkarze – zaczęło się od braci Stelmach, a po nich coraz więcej reprezentantów kraju przenosiło się do najlepszej na świecie ligi włoskiej. Zdobywali tam doświadczenie i uczyli się nowych rzeczy, które w pełni zaprocentowały podczas mistrzostw w Japonii. Nie inaczej jest z dwukrotnymi mistrzyniami Europy w siatkówce kobiet, które w większości postanowiły wyemigrować do najsilniejszych lig świata (Włochy, Rosja, Hiszpania). A piłkarze ręczni? Cała pierwsza siódemka kadry Bogdana Wenty ogrywa się w Bundeslidze, gra tam też kilku rezerwowych z tej drużyny, którzy uzupełnieni są o graczy z ligi polskiej. I Ci grający w Niemczech wcale nie są rezerwowami w podrzędnych klubikach, przeciwnie – stanowią o sile czołowych firm, takich jak Flensburg, czy Magdeburg. Widać ogromny postęp, jaki dały im występy na niemieckich parkietach w porównaniu do czasów polskiej ligi, której poziom jest mówiąc oględnie dość słaby.


Po szóste...


Zagraniczne wyjazdy mają też ten atut, że sportowcy spotykają się z profesjonalnym podejściem do zawodu. Uczą się grać pod presją, rozładowywać stres, sami dbają o utrzymanie się w dobrej kondycji, bo na ich miejsce w klubie czeka kolejka chętnych, głodnych sukcesu następców. Świetnie podsumował to trener Beenhaker mówiąc, że przez tydzień zgrupowania nie jest w stanie uczynić, by piłkarze skakali wyżej, biegali szybciej, czy kopali mocniej. Od tego jest codzienna harówka w klubach i on, jako trener musi im zaufać. Selekcjonerowi pozostaje więc nauczyć zawodników taktyki i odpowiednio zmobilizować, co jak się okazało, wychodzi Holendrowi całkiem zgrabnie.

Sukcesy polskich drużyn mają też jasne przełożenie na poziom tych dyscyplin w kraju. Zwiększa się zainteresowanie nimi młodych ludzi, podnosi się też poziom rozgrywek ligowych. Dobrym przykładem jest koszykówka, która przeżywała w końcu ubiegłego wieku prawdziwy boom i napływ wielkich pieniędzy. Dzisiejszej zawodowej ligi nie musimy się wstydzić konfrontując ją z innymi krajami (gdyby tylko nie ta masa obcokrajowców blokujących szanse rozwoju polskim graczom). Podobnie jest z ekstraklasą siatkarzy, w której gra obecnie większość reprezentantów kraju. Powód jest prozaiczny – w Polsce można obecnie zarobić pieniądze porównywalne z najlepszymi drużynami w Europie, a zarazem znika problem bariery językowej i kulturowej. Mam nadzieję, że tak samo stanie się z rozgrywkami szczypiornistów. W tej chwili liga jest kompletnie zapomniana, mecze rozgrywane są w obskurnych halach, a większość drużyn nie ma pieniędzy na nic ponad podstawowe potrzeby. Życzyłbym szczypiorniakowi podobnego boomu, jakie przeżyły już koszykówka i siatkówka. Ale to temat na zupełnie inny artykuł...





+ - 3

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Magdalena Danaj

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0