iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Sport / Piłka nożna
+ - 0

Kopacz kopaczowi nierówny

28 12 2010 Weronika Góral Artykuł był czytany 691 razy
Źródło: flickr.com
Źródło: flickr.com

Polska Ekstraklasa gra w najlepsze. I chociaż czasem im to nie wychodzi, oni robią swoje. Taki los, ich sposób na życie. Starają się, ale wychodzi im tak, jakby chcieli, a nie mogli. Ale tak naprawdę nie ma co narzekać.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

Śp. Maciej Kozłowski, wielki sympatyk piłki kopanej, aktor, mawiał, że jeżeli ci się dziecko urodzi rude, z piegami, to będziesz je kochał do sześcianu. Tak samo i z naszą polską ligą. Cieszmy się, że jest, bo jakby nie było, to... by nie było. Ot, co.

Zmierzam do pewnej tezy popartej argumentami. Jest to rzecz istotnie błaha i prosta, ale wymagająca filozoficznego wręcz rozpisania. Więc zaczynajmy.

Wśród naszych ukochanych grajków są szare myszki, ale są też prawdziwe perełki. Bo wśród Karłów zawsze znajdzie się Dżoker. Zawsze. Te brylanciki zazwyczaj święcą przez miesiąc, później niestety ich żywot się kończy. Czasem połysk wraca po kilku miesiącach, a nawet kilkunastu, lecz najczęściej jest tak, iż gdyby je przecierać świeżuteńką ściereczką, to i tak nic z tego nie wyjdzie. Bombkę teoretycznie zawsze doprowadzimy do momentu, gdy będzie służyć za kolorowe lustro, zaś takiego przeciętnego piłkarzyka niekoniecznie. Hmm... nowe prawo fizyki? Prawo średniaka?

Od startu ligi minęły już cztery miesiące (artykuł pisany 28.11). Łatwo można obliczyć, że jest to sierpień, wrzesień, październik i listopad. Taki kwartet. Kwartet, po którego upływie można pokusić się o małe podsumowanko. Spokojnie można skrytykować, pochwalić lub nic nie zrobić. No, bo jak ktoś nie wybiegł na zielony dywanik nawet na sekundę, to przepraszam bardzo, ale co będę oceniać? Ilość pobranej pensji? Jeśli o mnie chodzi mam to głęboko gdzieś. Liczy się gra. Bo boisko zawsze zweryfikuje wszystko. Serio. Piłkarze też są ludźmi. A ludzie są chciwi jak mało które zwierzę. Jeśli jest okazja do zarobienia dodatkowych funduszy, jeżeli ktoś daje, to czemu mamy nie brać? To już taki instynkt, jaki dała nam natura. Kiedy homo sapiens sapiens mieszkał w jaskiniach, musiał wykorzystywać każdą, powtarzam każdą, okazję na zdobycie pożywienia. Nawet zjadłszy dopiero mamuta, zobaczywszy biegnącego dzika, to musiał go upolować. Tak samo i teraz. Jesteś po obiedzie, ale deser jesz. Instynkt. Ale można go zastopować oczywiście. Mamy takie predyspozycje i umiejętności. Też każdy. Tylko siedzi to głęboko w nas, a my niekoniecznie jesteśmy chętni, by to wskrzesić.

Wróćmy jednak do meritum. A tą naszą główną tezą jest fakt, iż również i po polskich boiskach biegają chłopaki z nogami stworzonymi do futbolu. Co prawda raz złapią formę, a potem już ona ucieka, ale jednak kilka meczów moją tą torpedę w stopach. Chociażby te chwilowe wznosy warto oglądać, bo naprawdę jest co. Gol Injaca w meczu z Wisłą to stadiony świata jak nic przecież. A przecież życie chwilą jest pożyteczne. Carpe diem. Cieszmy się, że żyjemy, tu i teraz. Także i z tego, że ten ładnie walnął, a drugi celnie podał. Wreszcie, można by rzec.

Po każdym miesiącu kopania łaciatego przedmiotu robię sobie notatki odnośnie wyróżniających się grajków. I tak sobie patrzę, i tak sobie myślę, i spoglądam, i analizuję… I widzę pewną zależność. Mianowicie, iż tak naprawdę żaden z piłkarzy biegających po polskich boiskach nie utrzymał takiej naprawdę wysokiej, dobrej formy. W sierpniu oglądaliśmy głównie popisy Niedzielana w postaci jego bramek zdobywanych na każdym kroku oraz świetne podania na nos Małkowskiego. Bo chyba pamiętacie „Wtorka” i jego gole oraz skrzydłowego GKS-u, który w którymś z meczów zaliczył trzy asysty? Te, które wyglądały jak kopie normalnie. Rajd i podanie, podanie i rajd, rajd i podanie. Taki schemacik zajefajny i prosty. Przyznam się, iż karierę Macka śledzę od czasu, gdy występował w GKS Jastrzębie Zdroju. Nie wiem, gdzie miałam okazję zobaczyć jego poczynania, w każdym bądź razie od razu zapaliła mi się lampeczka z sygnałem, że to jest naprawdę materiał na nie lada piłkarza. Nie piłkarzyka. Tylko piłkarza. Takiego z krwi i kości. Dlaczego tak sądziłam? Hmm… powodów było wiele. Był waleczny jak Ryszard Lwie Serce, szybki jak torpeda, dynamiczny i do tego te jego przepiękne dryblingi i sprinty po lewej stronie. Mmm! Tylko patrzeć i zazdrościć, że samemu się tak nie umie. Jedyną wadą, jaką dostrzegłam po tej pierwszym oglądnięciu, była skuteczność. Strzelał z różnych pozycji, niekoniecznie zawsze trafnie wybierał, aby właśnie tutaj i w tym momencie walnąć do bramki. Mógł lepiej podać, kiwnąć. Ale nie. Strzelał. Nieskutecznie. Troszkę mi teraz Ariel Borysiuk przypomina właśnie Małkowskiego z lat wcześniejszych, czyli mniej lub więcej sezon 2007/2008. Młodzian z Legii też często uderza z byle jakiego miejsca. Nie mielibyśmy żadnych wątów, gdyby wspomniani wyżej panowie po prostu większość uderzeń kończyli bramką. Wtedy doprawdy nikt nie miałby jakichkolwiek pretensji. Tymczasem Maciej w ciągu 24-ech spotkań zeszłego sezonu zdołał wbić zaledwie jednego gola, zaś jeszcze rok wcześniej, w barwach śląskiej Odry, uderzył cztery razy skuteczniej, co i tak przy 29-krotnym wybiegnięciu na murawę, nie robi wrażenia na przeciętnym obserwatorze, a już tym bardziej na profesjonalnym skaucie z zachodnich zespołów. Ja wiem, że on raczej gra pod zespół, że woli celnie podać, że to i tamto, ale przy takiej liczbie prób, taka ilość zdobytych punktów, jest zbyt znikoma. Bardzo, bardzo znikoma. I jeśli wychowanek MOSiR-u Jastrzębie chce coś osiągnąć, musi coś zmienić. Albo mniej strzelać, a jeszcze więcej podawać, albo po prostu popracować nad skutecznością. Zostać po treningu, postrzelać do bramki. Piłkarzem się jest, a nie bywa. Piłkarz musi, w przypadku zdobywania bramek, być powtarzalny. Musi powtarzać tę czynność często, częściej i najczęściej. Taka robota. A każdy pan, który zawodowo ugania się za piłką i dostaje jeszcze za to kasę, powinien to wiedzieć i wykorzystywać to w praktyce. Jakie znaczenie ma w końcu teoria teoretyczna? Żadne. Nie nauczysz się dobrze pisać, jeśli będziesz tylko i wyłącznie czytał o tym, jak trafnie kogoś opisać. Tak samo i w przypadku sportowca. Nie będziesz dobrze wyćwiczony, jeżeli będziesz jedynie czytał plany treningowe i mówił: „och, to jest to!”. Plan treningowy został stworzony po to, aby go używać, ćwicząc. Taki koksik. Rozpisałam się na temat jednej z rewelacji tego sezonu, ale chyba było warto, co? W końcu Małkowski na pewno się wyróżniał, a kilka faktów z jego gry warto poznać, jeżeli się dotąd ich nie znało. Może wybiegnie on z orzełkiem na piersi, podczas zbliżającego się wielgachnymi krokami Euro 2012? Ja nie wiem, Ty nie wiesz, my nie wiemy, Wy nie wiecie, on nie wie, Smuda też pewnie nie, tylko jeden jedyny Bóg wie. I niech tak zostanie. Przynajmniej będziemy mieli zaskoczenie w dniu, kiedy po raz pierwszy zostanie kopnięta piłka na polsko-ukraińskich terenach. Taki jest minus Boga. Że on wszystko wie. A my wręcz przeciwnie. Nie wiemy nic i możemy się niejednokrotnie zadziwiać, smucić, wzruszać czy radować. Fajno, nie?

Czas więc na coś inniejszego, bo takie ciągłe gadanie o jednym człowieku może naprawdę znudzić, znam to doskonale z własnego, krótkiego żywota. Drugim piłkarzem, który zasłużył w 100% na wymienienie go w tym tekście, jest niewątpliwie i bez żadnych zawikłań, legendarny już, Tomek Frankowski. To, co on robi jest po prostu fenomenalne. Nie gra jakichś fajerwerków, nie robi sztuczki „dookoła świata”, tylko po prostu jego boiskowe cwaniactwo i doświadczenie robią swoje. Zawsze znajdzie się tam, gdzie akurat miała być (i jest) piłka. A przecież on jak mało kto dołożyć stopę umie, w związku z tym jest on aktualnie liderem strzelców Ekstraklasy (stan na 28.11). Co prawda ma już dobre lata na karku, czterdziestka powolutku nadchodzi, ale jak sam mówi dba o siebie i z tego powodu udaje mu się oszukać biologiczny zegar. I co najważniejsze skutecznie. Ponoć je lekkostrawne dania, pija mleko sojowe oraz w lodówce zawsze ma popularny benecol. Swoją drogą, pan Tomek pewnie cholesterolu nie ma podwyższonego, no bo wiecie, benecol, te sterole roślinne robią swoje. Nie zawsze jednak było tak różowo, wszyscy pamiętamy jego nieudane wojaże w różnorakich krajach – Anglia, Hiszpania i USA. Grunt to nie myśleć o przeszłości, tylko żyć chwilą, jak jest w filmie i książce „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, gdzie jeden z nauczycieli dobitnie wyjaśnia swoim uczniom sztukę bytowania na Ziemi. Innym grajkiem z pokolenia wspomnianego wyżej dżentelmena, jest Andrzej Niedzielan. Popularny „Wtorek” jest co prawda nieco młodszy, lecz także trzydziestkę na karku ma. A to już jest taka magiczna granica, nie tylko na piłkarza, ale też i dla zwykłego, przeciętnego Polaka, Europejczyka, obywatela świata. Najlepsze zawody rozgrywał we wrześniu, ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że sierpień czy też październik nie zaliczył on do udanych. Nie wspominam oczywiście listopada z wiadomych, nieszczęśliwych powodów. Bo przecież odkąd odrodził się, jak Feniks z popiołu, w chorzowskim Ruchu, teraz zawsze trzyma równiuteńką formą przez cały czas, a to na pewno ogromny plus, zaleta i dobry argument. Z drugiej jednak strony trudno się dziwić, doświadczony kopacz powinien już mieć wyrobioną cechę, która zwie się: stabilizacja. I to nie tylko na boisku, ale i w dorosłym życiu. Wtenczas już człowiek-piłkarz, wie, że liczy się nie tylko zabawa, ale też zachowania zebranych z trawy funduszy, aby w przyszłości nie pobierać zasiłków dla bezrobotnych. Oczywiście dobrze jest, jeśli dojrzeje już w wieku nawet 17 lat i wówczas nie będzie tylko balował, pił alkohol i palił fajki. To na pewno mu nie pomoże, a wręcz przeciwnie. Ale miało być o najlepszych, więc nie gadajmy teraz o tak głupiej stronie życia, jaką są wszelakie używki i środki psychotropowe. Jeśli jest człowiek mocny i silny, to się im nie oprze. Fakt i realizm:)

Moją uwagę, podczas tych dotychczasowych czterech miesiącach grania, przykuło jeszcze wielu, wielu zawodników. Gdybym miała ich wszystkich tutaj wspominać, byłoby po prostu nie warto. Najprawdopodobniej 70-80% z nich zaiskrzyło na miesiąc i już nigdy później nie wrócą do formy, jaką osiągnęli. To jest paradoks polskich piłkarzy. Potrafią wygrać z Manchesterem City, zaś kilka dni później przegrać z Górnikiem. Hmm, ciekawy materiał dla psychologów, fizyków i biologów. Seryjnie. Przecież, jak już wspominałam w tym tekście, piłkarz musi być w tym aspekcie powtarzalny. Do jego obowiązków należy zwycięstwo. Ma pan co chciał. Cóż, nikt im nie kazał wchodzić właśnie w ten, a nie w inny fach. Sami podjęli tę decyzję, to niech teraz trenują i grają z pozytywnym skutkiem. Nie, żebym sugerowała, iż czasami nie zapieprzają, tylko, że o każdej porze dnia i nocy muszą o tym wiedzieć. A jeśli osoba trzecia coś tam dopowie o pracowitości polskich grajków, niech nie wykrzywiają twarzy, ponieważ pracowitość to jedna z głównych cech potrzebnych do osiągnięcia ogólnie kariery w sporcie. No chyba że masz naprawdę wielgachny talent, ale to już tak na poważnie ogromny. Myślę, że właśnie dzięki obecności znienawidzenia lenistwa, swój dotychczasowy szczyt osiągnął młody Michał Kucharczyk oraz troszkę starszy, Adrian Mierzejewski. Obydwoje rodem z warszawskiego zespołu, jeden strzela gole dla Legii, drugi dla Polonii. Jeżeli chodzi o Michała, znów mogę coś więcej rzec na jego temat, z racji tego, iż jego perypetie piłkarskie śledzę od czasu, gdy „Wojskowi” wyrazili chęć jego zakupu, potem go zakontraktowali, wypożyczyli z powrotem do Świtu i teraz, na sezon 2010/2011, utalentowany zawodnik został włączony do kadry pierwszego zespołu – z pewnością zasłużenie. Chociaż w mediach ogłoszono go już gwiazdą, to na pewno przedwcześnie. Krok do bycia wiodącą postacią niewątpliwie zrobił, ale nazywanie go w tym momencie gwiazdą jest przesadą. Zrozumiejmy, my, kibice, że najpierw ten czy owy pan, musi rozegrać swoje spotkania, strzelić swoje gole, zagrać kilkaset prosto piłkę czy wrzucić gałę na nos. Takie jest nieformalne prawo, przynajmniej tak mi się zdaje. Przecież czy ktoś nazwałby gwiazdą polskiej Ekstraklasy faceta, który rozegrał zaledwie jeden mecz, podał dwa razy prosto i celnie, walnął gole? Jasne, że tak. Tyle że ten ktoś zazwyczaj jest osobą, która nie ma zielonego pojęcia o takim pięknym sporcie, ściślej rzecz biorąc o naszych rozgrywkach. A żeby nazwać kogoś właśnie tym epitetem, trzeba mieć podstawy, trzeba budować na skale, jak mówi chrystusowa przypowieść. Wiosną, Kucharczyk biegał jeszcze na II-ligowych boiskach, dziś jest już podstawowym snajperem Legii. Dlaczego? Chinyama = kontuzja, Mezenga = kompletny niewypał. W takiej sytuacji Maciej Skorża musiał wręcz postawić na Polaka. A ten spłacił się jak tylko mógł. Najpierw zdołał wepchnąć nadmuchany przedmiot do bramki w meczu Pucharu Polski przeciwko Pogoni Szczecin. Wówczas zaczęto o nim mówić, jako o nowym Cezarze Kucharskim. W Warszawie jednak byli już gracze, którzy zapowiadali się na ekstra piłkarzy. Dariusz Zjawiński, Maciej Sawicki czy Maciej Korzym to najdobitniejsze przykłady. Mówi się, że historia zatacza koło. W tym przypadku może tak nie być, ponieważ Michał ma przede wszystkim solidnie umięśniony mózg. Nie chciał od razu stać się graczem Legii, gdyż jego pragnieniem było zdanie matury w Nowym Dworze Mazowieckim. Gdy już uzyskał egzamin dojrzałości, wrócił i zaczął wymiatać na zielonym dywaniku. Drugim argumentem, potwierdzającym tezę, iż jest to ułożony chłopak, świadczy fakt, że jego ojciec to wojskowy, a więc jakieś wychowanie w domu odebrać musiał. Cóż, prawo żołnierza. Kto wie, może za niedługi czas to właśnie on będzie stanowił o sile „Wojskowych”? Oby nie przepadł z łatką wiecznego talentu. Oby.
O Adrianie Mierzejewskim nie będę się mądrować, bowiem chłopaka znam z gry naprawdę krótko. Pamiętam go troszkę jeszcze z płockiej Wisły i to, jakim zaskoczeniem było dla mnie jego przejście do Polonii. Na dzień dzisiejszy z pewnością jego można nazwać supermanem, głównym konstruktorem i dyrygentem klubu Józefa Wojciechowskiego. Spokojnie puka także do drzwi kadry Franciszka Smudy i śmiało można powiedzieć, że jak na razie robi to z powodzeniem.
Oprócz wspomnianych wyżej dwóch pięknych kawalerów, na pewno Dżokerami stały się takie osobniki jak Piotr Celeban, Kamil Grosicki i Sławomir Peszko.
Stopera Śląska zapamiętałam głównie z potyczki z Ruchem, wygranym przez wrocławian 2:1. Jednego z goli strzelił właśnie były grajek Pogoni Szczecin i Korony Kielce. Nie byłoby nic w tym doprawdy dziwnego, w końcu przecież 25-letni piłkarz znany jest ze swojej bramkostrzelności, nawet biorąc pod uwagę, iż jest najbliżej własnej bramki, nie przy przeciwnika, jednak argumentem, ale grał ze złamanym nosem. Twardziel. Walczak. Prawdziwy facet. Oprócz spotkania z chorzowianami swoje trzy grosze wrzucił także w 13 kolejce, gdy to na wyjeździe w Zabrzu podopieczni Oresta Lenczyka rozgromili 4:0 miejscowy Górnik, a Celeban zdołał walnąć aż dwie bramki, zaś trzeciej miał spory udział. W takim razie mam chyba prawo powiedzieć o nim, iż zdołał nas pozytywnie zaskoczyć. Nie na co dzień zdarza się, by defensor był taki wszechstronny, do tego strzelając tyle goli. Good job, mr. Peter.
“Grosika” i Peszkę chyba wszyscy wystarczająco znają. Nie muszę chyba pisać o minionych problemach Kamila z hazardem czy nieudanym pobycie w ojczyźnie czekolady. Nie muszę też wspominać o tym, że Peszko to jeden z lepsiejszych kopaczy w ogóle w naszej ukochanej ojczyźnie. Każdy wie to i to. Więc finisz. No prawie. Snajper „Jagi” wreszcie zrozumiał, że tak samo jak dobrze strzelać, tak samo warto podawać. I to podaje celnie, a uderzając na bramkę robi to niezwykle niebezpiecznie i często też skutecznie. Ma się w końcu od kogo uczyć, „Franek”, mimo że za granicą mu nie wyszło, gwiazdą Ekstraklasy jest i poznał jej kulisy, jej kuchnię, tajniki i tajemnice. Teraz przekazuje je młodszym, żądnym gry kolegom. Jak na razie nauczyciel i mistrz tworzą wypełniającą się parę, na dobre i na złe.
Peszko wreszcie wrócił do formy, jaką prezentował nam w zeszłym sezonie. A wszyscy doskonale pamiętamy, jak to było na początku roku piłkarskiego 2010/2011. Będąc na meczu Lecha z Interem Baku na ulicy Bułgarskiej, szarżujący po prawej flance Sławek, najczęściej tracił futbolówkę przez nieskuteczny drybling i zwody. W ogóle pod koniec meczu już było widać na jego twarzy krople potu, był nieprawdopodobnie zmęczony, przygotowania fizycznego nie miał zbyt dobrego. Widocznie wziął się za siebie, podobnie jak Bułgar, Dimitar Berbatow, który podczas urlopu biegał codziennie po 10 km. Nie wiem, czy i nasz zawodnik tak robił, mimo to na pewno teraz nacierający skrzydłowy jest wytrzymały i jego technika nie pozostawia wiele do życzenia. Chciałoby się powiedzieć: wreszcie. Więc to mówię.

Chyba tyle starczy, co? Zależało mi na szczegółowym opisaniu kilku ludzi, którzy wywarli na mnie ogromne wrażenie, a których grę śledzę od dość długiego czasu. A, że wszyscy czterej zaprezentowali się w mijających czterech miesiącach bardzo korzystnie, podczepić warto ich było do tematu o tym kawałku sezonu. Na koniec przedstawiam moją, subiektywną jedenastkę sierpnia, września, października i listopada, czyli krótko ujmując: najlepszych według Weroniki G. z rundy jesiennej.

Bojan Isailovic (Zagłębie Lubin)
Deleu (Lechia Gdańsk), Andrius Skerla (Jagiellonia Białystok), Piotr Celeban (Śląsk Wrocław)
Edi (Korona Kielce), Ivan Vrdoljak (Legia Warszawa), Adrian Mierzejewski (Polonia Warszawa), Maciej Małkowski (GKS Bełchatów)
Tomasz Frankowski (Jagiellonia), Andrzej Niedzielan (Korona), Kamil Grosicki (Jagiellonia)















+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0