iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Sport / Piłka nożna
+ - 0

Raport reprezentacyjny

09 12 2006 Bartek Kulesza Artykuł był czytany 1732 razy
Źródło:
Źródło:

Rok 2006 w wykonaniu reprezentacji Polski to idealna sinusoida. Awans a później porażka na Mistrzostwach Świata, zwycięstwa i porażki w eliminacjach Mistrzostw Europy i fantastyczny mecz z Portugalią.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Wraz z ostatnim gwizdkiem podczas środowego meczu ZEA - Polska nasza reprezentacja zakończyła oficjalne występy w 2006 r. Z racji tego i faktu, że jesteśmy narodem lubującym się w podsumowaniach i rozpamiętywaniu przeszłości, przedstawię krótki raport.

Niemiecka klęska

Naturalnie najważniejszym miernikiem gry naszej kadry w roku AD 2006 musi być niemiecki Mundial. Jednak jak wypadli podopieczni Pawła Janasa dobrze pamiętamy. Kompromitująca gra z Ekwadorem, zakończona porażką 0-2. Waleczna, ale bezskuteczna gra z gospodarzami i również porażka (tym razem "tylko" 0-1). I po dwóch meczach, podobnie jak na poprzednim mundialu, musieliśmy pakować się do już domu. Ostatni mecz i zwycięstwo 2-1 nad Kostaryką chluby naszym Orłom nie przyniósł. Realna szansa na II rundę została zaprzepaszczona, a fantastyczna postawa kibiców pozostała jedynym pozytywnym akcentem. Ponownie popełniono te same błędy, co 4 lata wcześniej. Zamiast konsekwencji mieliśmy zmiany w ostatniej chwili: składu (nieobecność Dudka i Frankowskiego), organizacji gry (ze zbilansowanej na typowo defensywną) i taktyki (z 4-4-2 na 4-5-1). O ile decyzje personalne nie miały wielkiego znaczenia sportowego, wpłynęły bardzo na atmosferę. Do tego zakaz kontaktu z mediami, zamieszania z konferencjami i fatalne wyniki sparingów połączone z upokarzającym błędem Kuszczaka, rozbiły ekipę na drobne. Każdy trener wie, że bez atmosfery nic się nie osiągnie, nie będzie mobilizacji. Nie będzie wyniku. Wiedzieli wszyscy, poza Engelem w 2002 (nie zabrał Iwana) i Janasem. System 4-5-1 preferuje silnego napastnika w typie Rasiaka a nie Żurawskiego, na którego zdecydował się Janas. I nie chodzi mi o posadzenie gracza Celitcu na ławce, ale wykorzystanie jego gry tak, jak robi to teraz trener Beenhakker. Żal, że Szymkowiak pojechał bez formy, co było widać gołym okiem, a najlepszy nasz zawodnik - Ireneusz Jeleń - grzał ławę. Naturalnie błędy wytyka się łatwo po fakcie, a w trudnych momentach łatwo o błąd i przeoczenie. Ale my powinniśmy się uczyć na błędach, inaczej niczego nie osiągniemy.
Mundial był porażką, a jak to w futbolu bywa po przegranych mistrzostwach następuje zmiana pokoleniowa. I choć poprzednim razem było o niej tylko głośno, teraz za sprawą nowego trenera, Leo Beenhakkera, stała się faktem. W chwili obecnej brakuje Dudka, Baszczyńskiego, Szymkowiaka, Bosackiego, Jopa czy Kosowskiego, którzy stanowili o sile reprezentacji jeszcze rok temu.

Idzie nowe, idzie lepsze?

Beenhakker na pierwszym zgrupowaniu po objęciu reprezentacji, zaskoczył wszystkich. Ale nie ilością debiutantów i ludzi zagadek, ale tym że powołał piłkarzy sprawdzonych, którzy otwarcie mówili, że się czują wypaleni. Porażka z Danią nie była dotkliwa, gra nie była widowiskowa, bo taka po prostu być nie mogła. Holender dokonał przeglądu starej armii i wiedział, gdzie potrzebuje świeżej krwi.

Polska kontra Beenhakker

Niestety holenderski szkoleniowiec musiał radzić sobie nie tylko z czysto sportowymi problemami, ale z polskimi "kolegami po fachu" i niewdzięcznymi, szukającymi sensacji mediami. Stwierdzenie, że polscy trenerzy nie są zacofani, pomimo braku sukcesów "polskiej" szkoły futbolu od blisko 25 lat, było tragikomiczne (nie liczę trenera Kasperczaka - szkoła francuska i reprezentacji młodzieżowych). Ataki pseudo fachowców, jak Jan Tomaszewski, skutecznie psuły atmosferę wokół kadry i po raz kolejny ukazały prawdziwy obraz środowiska. Dodatkowo negatywna prasa musiała odbić się nam wszystkim czkawką. Czyhanie na błąd lub pretekst do kolejnej lawiny nie trwało długo.

Klątwa ME

Porażka w pierwszym meczu eliminacyjnym z Finlandią 1-3 wywołała burzę. Większość chciała głowy trenera, gra była fatalna, a media już skreśliły szanse Polaków na debiut na ME. Prośby trenera w niczym nie pomogły, a zdanie, jakie wyrobił sobie o nadwiślańskich mediach, mogło ulec tylko pogorszeniu. Mimo to Holender nie poddał się i chwała mu za to. Odważnie wprowadził do kadry Golańskiego, zrezygnował z Jopa, postawił na Radomskiego i Lewandowskiego, Żurawskiego mianował kapitanem, a Dudka zostawił już na zawsze na ławce na Anfield Road. I gdy przepracował kolejne kilka dni ze swoimi podopiecznymi, Ci odwdzięczyli mu się lepsza grą, ale tylko remisem 1-1 w meczu z Serbią. Bramkę w debiucie strzeliła wschodząca gwiazda reprezentacji Radosław Matusiak z GKSu BOT Bełchatów, który może już uchodzić za symbol reprezentacji pod wodzą Holendra.

Światełko w tunelu

Naturalnie gromy nadal spadały na głowę Beenhakkera, gdyż Polska po dwóch meczach miała tylko 1 punkt na koncie. Trener uspokajał, że zostało jeszcze 32 do zdobycia, prosił o wsparcie i wyrozumiałość. Cóż, nie zna Polaków. Kolejne spotkanie to zdecydowanie "must win", jak powiedział trener kadry i tak też się stało. W Ałma Acie Polacy pokonali 1-0 Kazachstan i nie tylko te 3 punkty były ważne, ale narodziny lidera Euzebiusza Smolarka i pojawienie się w kadrze Grzegorza Bronowickiego. Klocki w układance Beenhakkera zaczęły do siebie pasować. Reprezentanci odbyli 10-dniowe zgrupowanie i powoli zaczynali rozumieć filozofię i pomysł na grę utytułowanego trenera. Beenhakker wiedział, co robi, konsekwentnie dążył do swojego celu, cierpliwie czekał na efekty swojej pracy. I doczekał się.

Magia z Kotła Czarownic

11.10.2006 Chorzów. Tę datę na pewno zapamięta wielu kibiców, bo właśnie w tym dniu Polska reprezentacja pokonała 2-1 Portugalię, czwartą drużynę świata. Od poprzedniego równie spektakularnego zwycięstwa minęło 20 lat. W Polsce zapanowała euforia, wszystko za sprawą magicznej gry całego zespołu, taktyki wpojonej przez trenera i dwóch goli Ebiego Smolarka. W ciągu kilku godzin nieprzychylnie nastawione gazety wychwalały Holendra pod niebiosa. Cóż, hipokryzja to zbyt małe słowo. Trzeba przyznać, że gra naszej reprezentacji budziła podziw, a gwiazdy Barcelony, Chelsea, Porto i Benfiki nie miały nic do powiedzenia. Mogliśmy być dumni. Gra kadry zaczynała wyglądać bardzo obiecująco, a postawa Golańskiego, Bronowiskiego, Lewandowskiego czy Błaszczykowskiego była dla wielu szokiem. Było jeszcze za wcześnie na pochopne wnioski, ale wyglądało, że narodził się zespół. Potwierdził to miesiąc później wygrywając bezdyskusyjnie 1-0 w Brukseli z Belgią, pomimo braku 5 podstawowych graczy. Po pięciu meczach eliminacji Polacy mają 10 pkt. i zajmują trzecie miejsce w grupie, tracą tylko punkt do prowadzącej Finlandii. W tym miejscu należy podkreślić profesjonalizm Holendra, który nie popadał w panikę, gdy nie było wyników i nie popadł w huraoptymizm po zwycięstwach nad Portugalią i Belgią. Konsekwencja i intuicja są na razie najbardziej widocznymi atutami byłego trenera Realu Madryt. Teraz nie pozostaje nic innego, jak podtrzymać dobra passę i atmosferę, bo Beenhakker daje nadzieję, że magia z Kotła Czarownic to nie był jednorazowy wybryk

Moja ocena roku Reprezentacji Polski to 3+




+ - 0

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Agnieszka Owczarczak

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0