Styl Życia / Hobby i czas wolny
A teraz utworzymy problem
Artykuł był czytany 1053 razy
Kiedy nasze życie przepełnione jest wszechogarniającym szczęściem, kiedy oprócz przyziemnych i nikomu niepotrzebnych spraw nie odnajdujemy w nim żadnych wad i rażących minusów to czym prędzej trzeba je znaleźć.
Życie człowieka jest dość cykliczne. Przynajmniej ja zawsze tak uważałam. Podstawową różnicą pomiędzy mną, a niektórymi innymi osobnikami polega na tym, że ja staram się wyciągać wnioski z tej cykliczności. Osobnik E. (nazwijmy go umownie tak, bowiem wstawienie tu całego imienia i tak nie zmieni sensu tego tekstu) wraz z osobnikiem M. nie posiadają tej cennej zdolności.
Jak co roku przed świętami pojawia się problem wigilii. Tego gdzie będzie, jaka będzie, kto co przyniesie i dlaczego akurat tyle. Te z pozoru błahe pytania przerodzić się mogą w istną kłótnię o walory, jakość i ilość produktów żywnościowych na polskim rynku. Istnieje przecież kwestia różnych cen, konkurencyjności, menadżerskiego i negocjacyjnego sprytu, który nie wszystkim jest dany. Osobnik A. jest tego świadomy. Podobnie jak osobnik K. i B. Pojawiają się raptem nowatorskie rozwiązania, których tłumaczenia zajęłoby mi o wiele dłużej niż mogę sobie na to pozwolić. Dość po tym, że ostatecznie na moje spontaniczne:
-Ok, dajmy temu spokój. Idźmy dalej.
... wszyscy milkną i ku mojemu zdumieniu oraz bojowemu nastawieniu do walki o dobro wspólnej wigilii faktycznie przechodzimy do punktu drugiego. To koronny dowód na to, jak ważna była owa kwestia. Nagle okazuje się, że stworzony problem jedzeniowy zręcznie przeradza się w problem - nazwijmy go - czasowy. Odgórnie przekazany nakaz mówi wyraźnie o wigilii pomiędzy godziną jedenastą a dwunastą, bądź też pomiędzy dwunastą a każdą następną, na zasadach dowolności.
- Przecież każdy głupi wie, że tradycja wigilijna jest miażdżąco dłuższa od idei jej organizowania w szkołach czy korporacjach.
Konsternacja i pary oczu we mnie utkwione wyraźnie dały mi znak, że mój przekaz był zbyt skomplikowany. Ponawiam próbę:
- Pokażcie mi normalnego człowieka, który na uprzejmą prośbę o zainicjowanie wigilii od godziny ósmej powie "nie, przepraszam bardzo, nie można się lenić. trzeba pracować i uczyć się, nie ma mowy".
Brak sprzeciwów i zręczne przejście do kolejnego problemu znowu mnie zaskoczyło.
- Co z prezentami? Odnowiliśmy ładny zwyczaj ich dawania, więc będziemy go kontynuować - ten autorytarny ton... - pytanie tylko czy zostajemy przy eleganckich herbatach czy zmieniamy je na czekolady? - B. doskonale wie co powiedzieć, żeby wszcząć ogólnonarodowy spór o wyższości herbaty nad banalnymi czekoladkami.
- Niech zostaną herbaty. Mamy herbaciarnię pod nosem. - pragmatyzm i funkcjonalność położenia budynku zwyciężyły.
Wszystkich zadziwiła jednak opinia E., która podniesionym teatralnie głosem ogłosiła, że
- Skoro pozbawia się nas prawa do wigilii, to nikomu niczego dawać nie musimy!
Nagromadzenie zaprzeczeń wprawiło mnie w osłupienie i powróciły okrutne wspomnienia logiki, która wyraźnie mówiła, że ... Nie. Te wspomnienia są jednak zbyt okrutne.
Chciałam pominąć błyskotliwą wypowiedź A., która rzuciła niby od niechcenia, że niepotrzebne nam są śledzie, bo...
- ... kto je śledzie w wigilię?
No właśnie. Kto?
Jak co roku przed świętami pojawia się problem wigilii. Tego gdzie będzie, jaka będzie, kto co przyniesie i dlaczego akurat tyle. Te z pozoru błahe pytania przerodzić się mogą w istną kłótnię o walory, jakość i ilość produktów żywnościowych na polskim rynku. Istnieje przecież kwestia różnych cen, konkurencyjności, menadżerskiego i negocjacyjnego sprytu, który nie wszystkim jest dany. Osobnik A. jest tego świadomy. Podobnie jak osobnik K. i B. Pojawiają się raptem nowatorskie rozwiązania, których tłumaczenia zajęłoby mi o wiele dłużej niż mogę sobie na to pozwolić. Dość po tym, że ostatecznie na moje spontaniczne:
-Ok, dajmy temu spokój. Idźmy dalej.
... wszyscy milkną i ku mojemu zdumieniu oraz bojowemu nastawieniu do walki o dobro wspólnej wigilii faktycznie przechodzimy do punktu drugiego. To koronny dowód na to, jak ważna była owa kwestia. Nagle okazuje się, że stworzony problem jedzeniowy zręcznie przeradza się w problem - nazwijmy go - czasowy. Odgórnie przekazany nakaz mówi wyraźnie o wigilii pomiędzy godziną jedenastą a dwunastą, bądź też pomiędzy dwunastą a każdą następną, na zasadach dowolności.
- Przecież każdy głupi wie, że tradycja wigilijna jest miażdżąco dłuższa od idei jej organizowania w szkołach czy korporacjach.
Konsternacja i pary oczu we mnie utkwione wyraźnie dały mi znak, że mój przekaz był zbyt skomplikowany. Ponawiam próbę:
- Pokażcie mi normalnego człowieka, który na uprzejmą prośbę o zainicjowanie wigilii od godziny ósmej powie "nie, przepraszam bardzo, nie można się lenić. trzeba pracować i uczyć się, nie ma mowy".
Brak sprzeciwów i zręczne przejście do kolejnego problemu znowu mnie zaskoczyło.
- Co z prezentami? Odnowiliśmy ładny zwyczaj ich dawania, więc będziemy go kontynuować - ten autorytarny ton... - pytanie tylko czy zostajemy przy eleganckich herbatach czy zmieniamy je na czekolady? - B. doskonale wie co powiedzieć, żeby wszcząć ogólnonarodowy spór o wyższości herbaty nad banalnymi czekoladkami.
- Niech zostaną herbaty. Mamy herbaciarnię pod nosem. - pragmatyzm i funkcjonalność położenia budynku zwyciężyły.
Wszystkich zadziwiła jednak opinia E., która podniesionym teatralnie głosem ogłosiła, że
- Skoro pozbawia się nas prawa do wigilii, to nikomu niczego dawać nie musimy!
Nagromadzenie zaprzeczeń wprawiło mnie w osłupienie i powróciły okrutne wspomnienia logiki, która wyraźnie mówiła, że ... Nie. Te wspomnienia są jednak zbyt okrutne.
Chciałam pominąć błyskotliwą wypowiedź A., która rzuciła niby od niechcenia, że niepotrzebne nam są śledzie, bo...
- ... kto je śledzie w wigilię?
No właśnie. Kto?
















