Styl Życia / Hobby i czas wolny
Coś Ci kupić?
Artykuł był czytany 1240 razy
Zakupy to jest to, co przyciąga rzesze, łączy ludzi, jednoczy masy. Z drugiej strony rozbija rodziny, skłóca małżeństwa, doprowadza do łez i przyprawia o ból głowy.
Przyznam się otwarcie, że na zakupy wolę chodzić sama. Biorę odpowiedzialność za moją osobę, moją torbę, względnie mój koszyk. Nie muszę szukać wzrokiem mojego towarzysza czy stresować się nigdzie go nie widząc. Idąc z R. do wielkiego sklepu, w którym jest więcej półek niż mieszkań w moim bloku można doznać lekkiej paniki. Pomimo tego, że naprawdę rzadko wybieram się z R. do sklepu nie mogę zaprzeczyć, że zdarza mi się to robić.
-Zostań tu. T. poszła na talerze, a ja idę tam. - R. pokazał mi bliżej nieokreślony kierunek.
Stoję na środku sklepu, T. już dawno straciłam z oczu, R. poszedł w zupełnie inne półki.
-Agata! - lubię dyskretne zachowania w miejscach publicznych, R. macha do mnie z drugiego końca sklepu.
- Co tak stoisz, kupujemy z T. pieczywo. Chcesz bagietkę?
- Nie, nie chcę.
- Kupię, zjesz.
- Naprawdę nie chcę.
- Bagietka z masłem? - negocjacje trwają.
- Dobrze, kup jedną. - kapituluję. Po chwili R. wraca z trzema bagietkami pod pachą, cebularzem, pizzą, bułkami z pieczarkami i bułkami z serem.
Zmieniamy dział. Wchodzimy z lodowatą strefę maseł, serków topionych, past z tuńczyka, śmietany i jogurtów. Wybieram sobie miejsce przy mleku i stoję.
- Zobacz, tam jest promocja. - R. dostrzeże wszystko.
- Mhm. - nie wykazuję entuzjazmu z powodu promocji jakiegoś serka, który na pewno nie jest smaczny - ten ser na pewno jest niesmaczny, gdyby był dobry to ludzie kupowaliby go bez promocji - dodaję.
- Wziąć ci? - R. idzie już w stronę stoiska. Znowu nie wiem gdzie jest T. Muszę zmienić miejsce postoju, bo jakaś nabiałowa rodzina rozpoczęła dywagacje o mleku. Przyglądam się bliżej jogurtom owocowym.
- Trzymaj. - wiedziałam, że to zrobi.
- Mówiłam, że nie chcę - walka z wiatrakami...po co ja to mówię?
- Dobry! - R. idzie po następny. Ja przeżuwam giętki ser i zatapiam się w lekturę składu owocowego.
- Kupić ci jogurt? - R. nie może pozostawić mojego zainteresowania jogurtem bez komentarza.
- Nie, nie chcę. Nie lubię owocowych.
- Kup sobie.
- Naprawdę ich nie lubię, czytam z nudów.
- To weź pitny. O tu stoją. Może być truskawkowy? T. nas woła, chodź, co tak stoisz. - jogurt ląduje w koszyku, a ja wraz z nim zostaję pchnięta na napoje.
Pech chciał, że stanęłam przy piwie malinowym.
- Kupię ci piwa.
- Nie mam ochoty.
- Oj kupię ci, tu jest taniej, ile? dwa? - R. rozpoczyna pertraktacje.
- Jedno. - i tak nie wygram.
R. wstawia dwie butelki i rusza do T., która jest w trakcie refleksji nad wodą mineralną. Gdy zgrzewka wody już stoi w wózku nieśmiało pytam:
- Może pójdziemy już do kasy?
- A cukier? - R. wie, co powiedzieć, żeby zasiać w T. nutę wątpliwości.
- Masz rację, cukier. - T. nieświadomie podchwyciła.
Idziemy na stoisko z cukrem. Traf chce, że tuż obok znajdują się budynie i olejki do ciast.
- Kupić ci budyń?
- Nie, dzięki. Nie mam ostatnio ochoty na budyń. - odpowiadam łudząc się, że dłuższe zdanie lepiej podziała na R.
- Czekoladowy. Zobacz jaki fajny. To dobra firma. Wezmę ci jeden?
- Jeden możesz wziąć.
R. niepostrzeżenie wrzuca cztery budynie i pędzi do T., aby pomóc w wyborze co najmniej trzech niezbędnych do życia olejków. Już, już witałam się z gąską przy kasie nr 10, gdy R. zapytał T. czy aby na pewno mamy w domu szampon?
- Mamy. - odpowiada T.
- Ale się kończy? - R. walczy
- Nie wiem ... - i złapał T. na niewiedzy. Jeżeli nie jesteś pewien, czy coś masz - kup to.
Wybór szamponu trwał z dziesięć minut, podczas gdy ja kombinowałam gdzie się ustawić, żeby pozbawić R. kolejnego argumentu, że musimy koniecznie kupić to, przy czym stoję. Wybrałam pościel. Odprężyłam się. Radośnie macham do R. i T. i zawracam do kas.
- Patrz jaka ładna pościel. Swoją drogą czy nie uważasz, że ... - na szczęście T. przerywa tę myśl, bo ma zasadę, że na kupno rzeczy większych i trwalszych poświęcić trzeba przynajmniej dwa osobne dni.
Stanęłam przy kasie. R. niedbale rzuca okiem na wszystko to, co się tam znajduje.
- Masz gumę?
- Mam.
- Kupiłaś gazetę? - to do T.
- Kupiłam.
- Kupię picie. Dopiero teraz czuję, jak bardzo chce mi się pić. - to fascynujące, że dopiero teraz.
- Mój profesor przedsiębiorczości w liceum zawsze mówił, że najdrożej jest przy kasie. - zauważyłam bystro.
- Zarabiam, stać mnie. - skwitował to R.
Wieczór, spokojny seans serialu. Jem bagietkę z masłem.
- O proszę! I co jesz? - krzyknął R. a mnie bułka stanęła w poprzek gardła.
- Bagietkę z masłem? - odpowiadam nieśmiało.
- Ale w sklepie co było? Nie chcę, nie chcę, nie chcę.
No bo co będzie leżała ta bagietka i schła. Skoro mogę zjeść?
-Zostań tu. T. poszła na talerze, a ja idę tam. - R. pokazał mi bliżej nieokreślony kierunek.
Stoję na środku sklepu, T. już dawno straciłam z oczu, R. poszedł w zupełnie inne półki.
-Agata! - lubię dyskretne zachowania w miejscach publicznych, R. macha do mnie z drugiego końca sklepu.
- Co tak stoisz, kupujemy z T. pieczywo. Chcesz bagietkę?
- Nie, nie chcę.
- Kupię, zjesz.
- Naprawdę nie chcę.
- Bagietka z masłem? - negocjacje trwają.
- Dobrze, kup jedną. - kapituluję. Po chwili R. wraca z trzema bagietkami pod pachą, cebularzem, pizzą, bułkami z pieczarkami i bułkami z serem.
Zmieniamy dział. Wchodzimy z lodowatą strefę maseł, serków topionych, past z tuńczyka, śmietany i jogurtów. Wybieram sobie miejsce przy mleku i stoję.
- Zobacz, tam jest promocja. - R. dostrzeże wszystko.
- Mhm. - nie wykazuję entuzjazmu z powodu promocji jakiegoś serka, który na pewno nie jest smaczny - ten ser na pewno jest niesmaczny, gdyby był dobry to ludzie kupowaliby go bez promocji - dodaję.
- Wziąć ci? - R. idzie już w stronę stoiska. Znowu nie wiem gdzie jest T. Muszę zmienić miejsce postoju, bo jakaś nabiałowa rodzina rozpoczęła dywagacje o mleku. Przyglądam się bliżej jogurtom owocowym.
- Trzymaj. - wiedziałam, że to zrobi.
- Mówiłam, że nie chcę - walka z wiatrakami...po co ja to mówię?
- Dobry! - R. idzie po następny. Ja przeżuwam giętki ser i zatapiam się w lekturę składu owocowego.
- Kupić ci jogurt? - R. nie może pozostawić mojego zainteresowania jogurtem bez komentarza.
- Nie, nie chcę. Nie lubię owocowych.
- Kup sobie.
- Naprawdę ich nie lubię, czytam z nudów.
- To weź pitny. O tu stoją. Może być truskawkowy? T. nas woła, chodź, co tak stoisz. - jogurt ląduje w koszyku, a ja wraz z nim zostaję pchnięta na napoje.
Pech chciał, że stanęłam przy piwie malinowym.
- Kupię ci piwa.
- Nie mam ochoty.
- Oj kupię ci, tu jest taniej, ile? dwa? - R. rozpoczyna pertraktacje.
- Jedno. - i tak nie wygram.
R. wstawia dwie butelki i rusza do T., która jest w trakcie refleksji nad wodą mineralną. Gdy zgrzewka wody już stoi w wózku nieśmiało pytam:
- Może pójdziemy już do kasy?
- A cukier? - R. wie, co powiedzieć, żeby zasiać w T. nutę wątpliwości.
- Masz rację, cukier. - T. nieświadomie podchwyciła.
Idziemy na stoisko z cukrem. Traf chce, że tuż obok znajdują się budynie i olejki do ciast.
- Kupić ci budyń?
- Nie, dzięki. Nie mam ostatnio ochoty na budyń. - odpowiadam łudząc się, że dłuższe zdanie lepiej podziała na R.
- Czekoladowy. Zobacz jaki fajny. To dobra firma. Wezmę ci jeden?
- Jeden możesz wziąć.
R. niepostrzeżenie wrzuca cztery budynie i pędzi do T., aby pomóc w wyborze co najmniej trzech niezbędnych do życia olejków. Już, już witałam się z gąską przy kasie nr 10, gdy R. zapytał T. czy aby na pewno mamy w domu szampon?
- Mamy. - odpowiada T.
- Ale się kończy? - R. walczy
- Nie wiem ... - i złapał T. na niewiedzy. Jeżeli nie jesteś pewien, czy coś masz - kup to.
Wybór szamponu trwał z dziesięć minut, podczas gdy ja kombinowałam gdzie się ustawić, żeby pozbawić R. kolejnego argumentu, że musimy koniecznie kupić to, przy czym stoję. Wybrałam pościel. Odprężyłam się. Radośnie macham do R. i T. i zawracam do kas.
- Patrz jaka ładna pościel. Swoją drogą czy nie uważasz, że ... - na szczęście T. przerywa tę myśl, bo ma zasadę, że na kupno rzeczy większych i trwalszych poświęcić trzeba przynajmniej dwa osobne dni.
Stanęłam przy kasie. R. niedbale rzuca okiem na wszystko to, co się tam znajduje.
- Masz gumę?
- Mam.
- Kupiłaś gazetę? - to do T.
- Kupiłam.
- Kupię picie. Dopiero teraz czuję, jak bardzo chce mi się pić. - to fascynujące, że dopiero teraz.
- Mój profesor przedsiębiorczości w liceum zawsze mówił, że najdrożej jest przy kasie. - zauważyłam bystro.
- Zarabiam, stać mnie. - skwitował to R.
Wieczór, spokojny seans serialu. Jem bagietkę z masłem.
- O proszę! I co jesz? - krzyknął R. a mnie bułka stanęła w poprzek gardła.
- Bagietkę z masłem? - odpowiadam nieśmiało.
- Ale w sklepie co było? Nie chcę, nie chcę, nie chcę.
No bo co będzie leżała ta bagietka i schła. Skoro mogę zjeść?
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 3
radze zwrocic tez na zaprojektowanie sklepow , wszystko jest tam doglebnie przemyslane , od wysokosci danego produktu na polce po umieszczenie pieczywa zawsze na koncu sklepu...
to blog?
własnie! :/














