iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Styl Życia / Hobby i czas wolny
+ - 0

Deficyt c12h22o11

13 12 2006 Tomasz Łukasz Tokarski Artykuł był czytany 2685 razy

Piękna jest jesień tego roku! Brzmi to jak kiepski żart niepoprawnego optymisty, ale niech będzie. Spoglądam na zegarek. Komparacja godziny i ilości światła daje wynik zatrważający. Rzekłby ktoś – depresyjny, ale nie! Dzisiaj ostro walczę o dobry nastrój.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Jest ciężko, ale mam swoje atuty. Skończyłem zajęcia! To bardzo duży plus dzisiejszego dnia. Pora już wrócić do domu i beztrosko oddać się błogiemu stanowi nieważkości egzystencji.
Ale nim to nastąpi, czeka mnie droga do domu. Stoję na przystanku i marznę piętnaście minut, bo autobus, którym chciałem jechać, zamknął mi drzwi przed nosem, po heroicznym stumetrowym sprincie. I można by się nawet zdenerwować na chamstwo kierowców, ale już przywykłem do tego typu zachowań, więc kwituję to tylko sztandarowym hasłem każdego zdesperowanego człowieka: do diaska!
Po odczekaniu słusznego czasu nadjeżdża autobus. Naturalnie napchany w sposób przekraczający unijne normy, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Grzecznie wsiadam i staram usadowić się w sposób nie grożący trwałym uszczerbkiem na zdrowiu. W końcu te dwadzieścia minut trzeba jakoś przebytować. Jadę: cieszę się, że wsiadłem do autobusu i to mi wystarcza. Żyję euforyczną myślą o tym, że jadę do domu po męczących zajęciach, gdzie czeka na mnie aromatyczna kawa z cukrem w asyście słodziutkiej czekolady. No i oczywiście wieczór wypełniony pracowitym obijaniem się. Piątki mam wolne od zajęć, więc czwartek jest Mekką Lenistwa i Oazą Nic-Nie-Robienia.
W końcu mój przystanek. Dopchać się do drzwi nie jest wcale łatwo, ale przy odpowiednio twardych i wyrobionych łokciach możliwe.
Po drodze do sklepu. Czekolada musi być. Skoro planuję lenić się cały wieczór, to bez czekolady nie można sobie tego wyimaginować...
No i jestem: Moje Mieszkanie. Błoga cisza. Lokatorów nie ma. Nie przejmuję się tym. Buty w kąt. Kurtka zawisła na oparciu krzesła. Bezwiednie i bezładnie zalegam na łóżku. Ależ dobrze! Woda na kawę powoli się smaży, więc wszystko w porządku. Patrzę na zegarek. Grubo po 21.00 – w sam raz na ostatnią kawę tego wieczoru...
Uwielbiam, gdy zapach kawy swobodnie unosi się w powietrzu... Coś wspaniałego. Znajomi zawsze dziwili się, że bezczeszczę ten napój bogów bezecnym zwyczajem dodawania do niego cukru. Zwyczaj ów wyniosłem z domu rodzinnego i przyzwyczaiłem się do niego na tyle, że nie wyobrażam sobie rozdzielania tych dwóch substancji.
Kawa pełna majestatu, delikatnie paruje z ulubionej filiżanki. Czekolada lubieżnie rozwarta pozuje na stole i kusząco nęci do zawarcia bliższej znajomości. Sięgam po cukier, aby dopełnić rytuału i złożyć w ofierze te miliony białych ziaren, gdy nagle... SZOK!!! Skończył się CUKIER! Z niedowierzaniem lustruję pojemnik, aby wyprowadzić się z błędnego przekonania. Niestety, cukier rzeczywiście wyszedł. Czuję, jak ziemia rozwiera się pod moimi stopami. Staram się uspokoić i wymyślić w miarę sensowny plan szybkiego reagowania antykryzysowego. Co by tu zrobić?! Jeden rzut przekrwionego oka na zegarek nie pozwala stwierdzić dokładnie godziny, gdyż oczy dziwnie napełniają się jakąś nieznaną cieczą, rozmywając fosforowe cyferki zegara. Umysł podsuwa iście szatańską myśl. SKLEP! I już euforia napełnia moje ciało: w jednym mgnieniu myśli jestem ponownie ubrany, portfel w kieszeni i już ręka spoczywa na klamce, gdy doznaję bolesnego olśnienia: zbyt dużo wody upłynęło tego dnia, aby jakikolwiek sklep był jeszcze w stanie mi pomóc. Co zrozumiałe, wywołuje to we mnie kolejną falę zwątpienia i depresji. Ale nie poddam się! Nie dziś!
Mój umysł zaczyna szybciej funkcjonować, pobudzony desperacją i chęcią osiągnięcia stanu sensoryczno-metafizycznej nirwany. Można by pójść do sąsiadki ze szklaneczką, którą ona łaskawie napełniłaby białą rozkoszą, ale pomysł odpada pod naporem tych samych argumentów dotyczących sklepu. Sytuacja wydaje się być krytyczna, beznadziejna, fatalna..., nikt nie jest w stanie zrozumieć tego stanu, jeśli nie pije kawy z cukrem. To jest tak nierealne i abstrakcyjne, że wprost nie do oddania słowami. TRAUMA.
Zmęczony opadam na łóżko..., oczy znowu nabiegają substancją wodopodobną, zniechęcenie osiąga apogeum, wznoszę się na szczyty desperacji. I już... jeszcze chwilka... Sam nie wiem, co robię. Ciało odmawia posłuszeństwa. Umysł przestaje pracować. Ręka bezwiednie zmierza w kierunku filiżanki. Zbliżam usta do świętokradczego napoju. Lecz wtedy nachodzi mnie zbawienna myśl: TORBA! (Znajomi zawsze na mnie dziwnie patrzyli, gdy zabierałem zbędny cukier z kawiarń, gdy potem musiałem wysypywać rozprute saszetki z torby, słodkich kieszeni... ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!)
W jednym ruchu leniwych wskazówek zegara jestem przy torbie. Zawartość nie stawiała oporów. Niestety, cukru nie wykryto. Nic to. Rzucam się do plecaka, aby tam także rozpocząć poszukiwania. Plecak pofrunął w kąt, nic jednak nie powiedział.
Czas powoli ucieka, cyferki ślimaczą się, a ja ciągle bez spełnienia. Atrybuty boskości kawy w zatrważającym tempie rozmywają się w zagęszczonej atmosferze wnętrz, sama ona zaczyna powoli gasnąć i zanikać, a ja nie jestem w stanie w żaden sposób temu przeciwdziałać. To jest jak koszmar, z którego chcę się jak najszybciej obudzić. Ale znikąd ratunku, więc bezperspektywicznie trwam – zmięty i przeżuty – w drapieżnej konwencji oniryczności.
I wszystko skończyłoby się pewnie moją klęską, gdyby nie rozpaczliwy zbieg okoliczności łagodzących. Rzutem oka z miejsca klęski spoglądam na kurtkę. Doczołgawszy się do niej, w celu opisania swoich rozterek egzystencjalnych komuś, kto zrozumiałby moje cierpienie, sięgam do kieszeni, w której po chwili lustracji odnajduję białą torebkę z napisem głoszącym wieczną chwałę firmie M. Cukier! Eureka!
Jestem uratowany! Moja radość jest tak wielka, że nie jestem w stanie się cieszyć. Skrajnie wyczerpany emocjonującym wieczorem padam na łóżko, gorączkowo ściskając w dłoni torebkę szczęścia, która nadała mojemu życiu nowy sens. Z zamkniętymi oczyma rozkoszuję się szczęściem i wpływem, jakie to zdarzenie ma na resztę mojego życia. Od dzisiaj nic już nie będzie takie samo. Nic! I gdy z błogim uśmiechem na ustach oddaję się marzeniom, nawet nie wiem kiedy, przenoszę się ...do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych... gdzie mogę dowolnie rozkoszować się swoją ukochaną kawą...

...Kolejny dzień witam z niewinnym rozrzewnieniem i słodką dłonią, z której leniwie i lubieżnie, ziarnko po ziarnku wycieka szczęście i euforia wczorajszego wieczoru. Gdzieś ulotnił się strach i trwoga poszukiwań. Każdy zakamarek ciała wypełnia uczucie spełnienia. Każda jedna synapsa przewodzi informację o błogostanie ciała i umysłu. Jest przepięknie. Pełen entuzjazm. Tylko kawa zimna...




+ - 0

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Agnieszka Owczarczak

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 3

1. XYZ | 16:26 27-12-2006

ładnie napisane :)

2. Marta | 23:54 28-12-2006

Duży plus za optymizm. Pozdrawiam

3. Aleksandra | 22:40 12-02-2007

kawa z cukrem jest niedobra. /subiektywnie/
ale już sam zapach kawy działa cuda. /niepodważalne/
heroiczny sprint sprawdza się tylko w 'ruchomym zamku hauru' /obiektywnie w polskiej rzeczywistości/

miło być szczęśliwym i miło szcześcia /euforii/ gratulować.
gratuluję zatem.