iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Styl Życia / Hobby i czas wolny
+ - 2

Wyrosnąć ze szkolnej ławy

13 12 2006 Anna Poszepczyńska Artykuł był czytany 3252 razy
Źródło:
Źródło:

Gdy uzbrojeni w butelki po wódce i maturalne świadectwa żegnaliśmy się na progu naszej szkoły, z alkoholowego zamroczenia wybijał się głos rozsądku i silne poczucie realizmu. Nie było obietnic, że częste spotkania i telefony; nie było też łez, że skończyła się jakaś era. Nie było sentymentów, bo nimi gardziliśmy, ani lawiny uczuć, bo wydawały nam się obrzydliwie śmieszne. Był tylko pomysł, że zobaczymy się za kilka lat i przekonamy się, co wyszło z naszych ambitnych planów. I to nam się udało.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
W chłodne, majowe popołudnie spotykamy się na Polach Mokotowskich. Spłoszone słońce od czasu do czasu niepewnie wygląda zza chmur, rozrzedzony kapuśniaczek raz po raz sączy się i zanika, a mroźny wiatr – niczym fale przypływu – rozbija się o nasze ciała. Schronieni pod parasolami „Zielonej Gęsi” nieśmiało wtulamy się w siebie – nie tyle z tęsknoty, co z zimna, choć byłabym nieuczciwa przemilczając fakt, że w kilku dziewczęcych oczętach pojawiły się łzy. Być może jedynie od wiatru.

Po pierwszych, jakże sztucznych, wyrazach radości, pamięci i czego tam sobie nie zechcesz, na stolikach pojawia się trzydzieści piw, które – zgodnie z założeniem – znacznie rozluźniają atmosferę. Po pierwszym łyku połowa zebranych odpala papierosy, reszta udaje, że im to zupełnie nie przeszkadza, a im więcej dymu ulatuje, tym barwniejsze wracają wspomnienia. Jak na „dziesięcio-minutówkach” się wymykaliśmy ze szkoły i za rogiem, na ulicy Ludwiki, w pośpiechu paliliśmy L&M Lights za 4,15 polskich złotych. I że nie ważne, czy deszcz, czy mróz, czy upał, regularnie – co 45 minut – meldowaliśmy się na swoim posterunku; wtedy jeszcze bardziej dla pozorów niż na skutek prawdziwego uzależnienia. Ktoś tam wspomina, że ulicą Ludwiki przynajmniej raz dziennie przejeżdżała Straż Miejska i się nas pytała, czy sprzedajemy narkotyki, a ktoś inny dodaje, że w bramie obok mieszkała nasza matematyczka i się skarżyła, że przez nas firanki jej śmierdzą fajkami. Osobiście akcji z firankami już nie pamiętam, ale po trzecim piwie prawdziwość każdej opowieści zaczynamy weryfikować ilością przytakujących osób, bo zazwyczaj każdy ma własną wersję danej historii.

Zgodni jesteśmy jedynie co do tego, że byliśmy klasą sprawiającą najwięcej kłopotów wychowawczych i przynajmniej raz w tygodniu ktoś z nas lądował na „dywaniku” u dyrektora. Dyrektor też zresztą nie był lepszy i dostaliśmy go niejako z odrzutu, gdyż z poprzedniego liceum został „wydalony”, po tym jak zrobił bobasa jakiejś uczennicy. Co prawda autentyzmu owej plotki nigdy nie weryfikowaliśmy, ale nie przeszkodziło nam to wypominać panu dyrektorowi tej historii przy każdej, nadarzającej się okazji. A im bardziej się denerwował, tym więcej mieliśmy uciechy. Niestety – zgodnie z prawami fizyki, wpojonymi nam w szkolnej ławie – każda nasza akcja wyzwalała reakcję z jego strony; i to oczywiście taką skierowaną przeciwko nam.

Za sprawą naszej walki z osobą dyrektora, znakomitą większością ciała pedagogicznego i samą instytucją szkoły, przez kolejne lata licealnej edukacji systematycznie pozbawiono nas kolejnych „przywilejów”. Nie mogliśmy więc przebywać w sali informatycznej bez nadzoru, po tym jak założyliśmy wrogą szkole stronę internetową, gdzie zamieszczaliśmy fotomontaże nauczycielskich podobizn oraz zabroniono nam publicznych występów na uroczystościach szkolnych, po przedstawieniu, w którym sparodiowaliśmy zachowania i teksty naszych pedagogów. Kolegów, którzy założyli zespół muzyczny spotkała dodatkowa kara w postaci czasowej konfiskaty sprzętu, pod zarzutem tworzenia utworów „obrażających uczucia religijne, nawołujących do szerzenia nienawiści oraz naruszających dobre imię naszej szkoły”. Zarekwirowano nam także kasetę video z filmem ukazującym naszą codzienną, szkolną egzystencję – rzekomo ze względów bezpieczeństwa.

Najwięcej sensacji wywołała jednak nasza „podziemna gazetka”. W opozycji do oficjalnej, szkolnej prasy pod postacią magazynu „Koperek” (od szacownego patrona naszej szkoły – Mikołaja Kopernika), która zamieszczała relację ze szkolnych imprez, słodziła nauczycielom i propagowała koszmarną, uczniowską poezję, stworzyliśmy pismo prześmiewcze, szydercze i do bólu szczere, pod kryptonimem „Szczypiorek”. Pełni żalu, goryczy i przeświadczenia, że nikt nas nie rozumie, przelewaliśmy na naszą „zieleninę” wszystko to, co nas gryzło i uwierało. Wiedzieliśmy, że nikt nas nie posłucha, ale i tak musieliśmy krzyczeć. „Szczypiorek” rozwijał się prężnie przez prawie dwa lata, a nam udało się zachować anonimowość, aż do feralnego dnia, gdy przyłapano naszego kolegę na kolportażu gazetki w łazienkach. Po godzinach tortur, próśb, gróźb i telefonie do rodziców nieszczęśnik sprzedał nas za cenę własnego wybawienia.

Od tego dnia mieliśmy zakaz posiadania jakiejkolwiek prasy na terenie szkoły pod groźbą wydalenia, a gdy dotrwaliśmy do maturalnej klasy na drzwiach naszej biblioteki pojawiła się kartka: „zakaz wypożyczania książek uczniom klasy IVc”. Do dzisiaj nie wiemy dlaczego. Mimo to wszystkie utrudnienia i komplikacje dzielnie znosiliśmy, choć bez takiego zapału i energii jak niegdyś. Nie chciało już nam się walczyć. Chciało nam się wyć. Wyć, a potem jeszcze pić.

No i tak piliśmy. Przed lekcjami, po lekcjach, a czasem nawet w trakcie. Na imprezach szkolnych i oczywiście na studniówce. W czasie matur uczniowie innych klas wymykali się do łazienek, żeby zerknąć na ukryte tam książki i ściągi – my wymykaliśmy się żeby się napić, albo zajarać szlugi. Patrzyliśmy z pogardą na te nieboraczki, wertujące zaciekle mądre stronice w poszukiwaniu cennych odpowiedzi i strzepując na podłogę popiół drwiliśmy z ich przyziemnych problemów. Wiedzieliśmy, że my już dawno poznaliśmy odpowiedź na najważniejsze pytanie i szybko przekonaliśmy się na własnej skórze, że życie jest jednak do dupy. Widać oni potrzebowali na to trochę więcej czasu. A maturę i tak zdaliśmy. Wszyscy. Pytanie tylko, kto lepiej na tym wyszedł?

Z czasem się jednak trochę pozmieniało, a nasza wesoła gromada podzieliła się na tych, którzy pozostali na etapie szkolnym – pijąc, włócząc się i mając wszystko w dupie – oraz na tych, którzy postanowili zboczyć w nieco inną stronę. A jednak z pozoru ciężko odróżnić dawny kwiat polskiej młodzieży od dzisiejszej przyszłości naszego narodu. W końcu większość dziewczyn zmieniła jedynie kolor swoich włosów, ich długość, bądź rozmiar sukienek. Większość facetów zmieniła wyłącznie swoje dziewczyny. Po kilku godzinach rozmowy mam wrażenie, że od ostatniego spotkania minęło kilkanaście dni i dopiero, gdy zaczynają zagłębiać się w opowieści o swoim aktualnym życiu, dostrzegam, że jednak upłynęło te kilka lat. To tak, jakby ktoś przeniósł cię w świat jakiejś magicznej bajki, a potem nagle walnął obuchem w głowę i przywrócił do dziwnej rzeczywistości.

Po szalonych małolatach pozostał już tylko błysk w oku na wspomnienie dawnych wybryków i chwil. Teraz studiują, pracują, zakładają rodziny, prowadzą samochody i wynajmują własne mieszkania. Zaledwie kilka osób jest nadal na garnuszku u rodziców i szwęda się po uczelniach powielając licealne schematy. Większość przeszła już jednak normalny proces dorastania – z gorszym, bądź lepszym skutkiem i mniej lub bardziej dotkliwymi konsekwencjami. Z grona „szczypiorkowiczów” jeden studiuje równolegle na trzech kierunkach, drugi zajmuje kierownicze stanowisko w zagranicznej firmie, trzeci co pół roku zmienia uczelnię, a czwarty uczęszcza na spotkania AA – tak hobbystycznie. Z kolei z trzech moich najbliższych koleżanek jedna ma już męża, druga dziecko, a trzecia kuratora. Ja mam dwa króliki, więc chyba i tak najlepiej na tym wyszłam.

Wtem powiernica naszej rocznikowej księgi rozpościera przed nami karty naszej przeszłości, a tam, każdy na oddzielnej stronie ma swoje zdjęcie, podpisy wszystkich pozostałych, komentarze nauczycieli oraz kilka słów o własnych planach na przyszłość. Z mojej stronicy zerka zdjęcie multikolorowej, rozkrzyczanej małolaty, z włosami upiętymi w dwa różki sterczące na czubku głowy i w przerażająco mocnym makijażu. Pod fotką widnieje kilka ciepłych słów od mojej wychowawczyni, z których rozczytać jestem w stanie jedynie fragment o „pomiocie szatana” oraz dowcipne komentarze moich kolegów. Cyniczny uśmiech pojawia się także na mojej twarzy, gdy dochodzę do własnej deklaracji, która donosi, że „chciałabym zmieniać świat”. Pocieszam się tym, że równie absurdalne zamiary moich kolegów także pozostały wyłącznie w świecie fantazji.

W szczęśliwym dniu naszego spotkania mało jest jednak miejsca na troski i żale. Kolejne piwo, kolejne fajki, coraz częstsze uśmiechy, wspomnienia z przeszłości i bardziej aktualne opowieści. I zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Migają nam przed oczami te z klasowych wycieczek, gdy uciekaliśmy przez okna pensjonatu z trzeciego piętra, żeby zobaczyć na plaży wschód słońca oraz te z imprez i studniówki, do których pozowaliśmy z bardzo dziwnymi minami i w wyjątkowo nienaturalnych pozach. Przeplatają się także te z wesel, narodzin, chrzcin i ślubów z artystycznymi wizjami trudnych do zidentyfikowania przedmiotów, które niegdyś wydawały nam się sztuką.

Czasem mam wrażenie, że zerkają na mnie z tych fotek starzy znajomi, a czasem, że to już zupełnie obcy mi ludzie. Sztucznie wymuszona reintegracja ukazuje, że jednak teraz więcej jest między nami różnic niż podobieństw, których nie jest nam w stanie zrekompensować nawet wspólna przeszłość. Choć wspomnienia i historie z dawnych lat wywołują uśmiech na każdej twarzy, bieżące opowieści wyraźnie ukazują różnice naszych odmiennych światów i spotykają się z mniejszą aprobatą słuchających.

Zamężne i dzieciate rozpływają się w zachwytach nad rodzinnym życiem, samotne „kobiety sukcesu” chełpią się swoją niezależnością i wizją wspaniałej kariery. A jedne i drugie obnoszą się z mniej lub bardziej skrywaną pogardą dla swych „przeciwniczek”. Mamy także podział na wiecznych studentów, intelektualistów, tych ciężko pracujących i opierdalających się w najlepsze. Rozmowy o clubbingu przecinają się z dyskusjami o współczesnej kulturze i sztuce, Mundialu, centrach handlowych i międzynarodowej polityce. A żaden temat nie interesuje wystarczająco dużej grupki uczestników, żeby mógł zaistnieć na dłużej niż kilka chwil.

Tworzą się więc grupki tych wiecznie niezadowolonych z życia, tych, którzy przesiadają się bliżej baru, dziewczyn krążących nieustannie do łazienki, pochłoniętych w dyskusjach o nowym kremie i początkujących intelektualistów, debatujących o polityce, ekonomii i „wielkim świecie”. Jedni się chwalą, inni są nieśmiali, cześć standardowo użala się nad sobą, by pocieszać mógł ich ktoś. Jeszcze przed północą nasza grupka znacznie się przerzedza; bo jutro praca, bo studia, bo mąż czeka, a dziecko pewnie płacze. Pozostają ci najbardziej wytrwali, lecz po wyczerpaniu się wspólnych tematów, w akompaniamencie krępującej ciszy, także oni powoli się ulatniają.

Zostaję w końcu sama z koleżanką od pamiątkowej księgi, a im dłużej patrzę na uśmiechające się z niej zdjęcia, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bezpowrotność tamtych chwil jest ich największą zaletą. Czteroletni okres liceum był jedną wielką przygodą – mogliśmy się wyszaleć, wykrzyczeć, zasmakować dorosłości, a jednocześnie stale byliśmy asekurowani jakąś niewidzialną siatką dzieciństwa, która chroniła nas przed bolesnym upadkiem. To tak, jakbyś jadąc na wycieczkę zboczył nieco z zaplanowanej trasy i wkroczył na kilka krótkich chwil w magiczny, nieznany świat. Początkowo powrót do rzeczywistości wydaje się bolesny, lecz choć z perspektywy miło wspominasz beztrosko spędzone dni, to jednak takie jednorazowe doświadczenie zdecydowanie ci wystarczy.

I tak sobie siedzimy we dwie i o niczym rozmawiamy, a ja w dawnych zdjęciach próbuję odnaleźć przyszłego ekonomistę, lekarza, prawnika, polonistkę, politologa, matematyka i weterynarza. Ciężko mi jest jednak dostrzec zarówno fryzjerkę, mechanika, informatyka, fizyka, jak i elokwentną lingwistkę. Zaskakujące jest to, że nie ma ani jednej osoby, która nie poszłaby na wyższą uczelnię, choć większość po parę razy zmieniała kierunek studiów. Po prostu szukaliśmy własnej drogi.

Wracając do domu zastanawiam się, jak będzie wyglądało nasze spotkanie za kilka kolejnych lat. Czy już w ogóle nie będziemy mieli o czym rozmawiać? A może jakoś wyrównają się nasze życiowe sytuacje i wszyscy żonaci, mężaci i dzieciaci umówimy się na herbatkę bądź lampkę czerwonego wina i wymienimy się informacjami o rodzinnych życiach, uciążliwych pracach, mieszkaniowych kredytach i niesprawiedliwych podatkach.

Po powrocie, na dnie szuflady znajduję nieco wyblakłe zdjęcie, z którego szczerzy się gromada beztroskich dzieciaków. Kilkunastoosobowa grupka narwańców w krótkich rękawkach i spodenkach tarza się po wielkich zaspach śniegu, świętując pierwszy dzień zimy. I wtedy wiem, że nigdy nie będzie już między nami tak samo i wiem, że nie będzie mi się chciało pić całymi dniami, skakać z trzeciego piętra, buntować się przeciwko całemu światu dla samego triumfu niesubordynacji, ani beztrosko tarzać się po śniegu. I wiem, że będę tęsknić za grupą utraconych przyjaciół, radosnych psot i jakże wygodnego dzieciństwa. I wiem, że już żadne z nas nigdy nie zakosztuje tak nieograniczonego poczucia wolności.





+ - 2

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Magdalena Danaj , Krzysiek semp

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 4

1. Krzysiek | 17:08 14-06-2006

Kurcze, aż mi się sentymentalnie zrobiło :) Chyba mój ulubiony tekst z tych, któych miałem przyjemność zaakceptować na tej stronie ;)

2. Maciek | 18:16 14-06-2006

Szczerze mówiąc historia życia autorki niewiele mnie obchodzi, nie akceptuję bo nie spełnia wymogów tekstu publicystycznego

3. Barnaba | 18:25 13-12-2006

Fantastyczny tekst. Dzięki :)

4. gfgfdg | 20:52 22-01-2007

Mnie się podobało :) Dość mocno różnie się przekonaniami w pewnych sprawach od autorki tekstu, jednak sposób w jaki opisuje licealne życie naprawdę ma moc przypomnienia różnych szalonych pomysłów :D