Styl Życia / Inne
A dobro dziecka?
Artykuł był czytany 3017 razyAfera, która wybuchła w polskiej polityce, a konkretnie w Samoobronie, zaabsorbowała wszystkich. Gazety prześcigały się w domysłach. Programy publicystyczne gościły polityków takiej czy innej opcji, którzy wypowiadali się na takie czy inne tematy. Kto jest winny? Co trzeba zrobić? Kto za tym stoi? Sama „poszkodowana” też od kamer nie stroniła. Premier z powodu afery przełożył ważną wizytę na Litwie. Wiadomości TVP na żywo łączyły się z Łodzią, żeby tylko pokazać spragnionym newsa ludziom, czy poseł Łyżwiński jest ojcem dziecka czy też nie. Wydaje się, że w całej tej sprawie zapomniano o najważniejszym, właśnie o dziecku.
Wszyscy, a może większość ludzi, mówi dziś o „seksaferze” w Samoobronie. Moi sąsiedzi, którzy polityką raczej się nie interesują, już wiedzą, kim jest Aneta K, kim p. Łyżwiński, kim tajemnicza sekretarka Maga itd. Wszyscy prześcigają się (a raczej prześcigali) w domysłach typu „Jest ojcem czy nie jest”? Wszyscy mieli też gotową receptę na to, co powinien w tej sytuacji zrobić premier, choć każdy trochę inną. Nawet firmy buchmacherskie oferowały możliwość postawienia pieniędzy „za” lub „przeciw” ojcostwu posła Samoobrony.
W tej wielkiej ogólnonarodowej dyskusji zabrakło głosów (może były, ale osobiście ich nie słyszałem), które poruszyłyby temat dziecka, czy też nawet dzieci. Nikt nie zastanawiał się, jak musi teraz czuć się mała trzyletnia dziewczynka, która jest ciągana od prokuratury do badań DNA i od kamery do kamery. Cóż z tego, że jej twarz pozostaje zakryta. Nie zmienia to faktu, że dziecko to cierpi, a jeśli nie, to będzie narażone na cierpienia w przyszłości. Największą winowajczynią, w mej skromnej opinii, choć nie jedyną, jest tutaj p. Aneta Krawczyk. Matka dziecka chyba zapomniała, co to znaczy być matką. Postawiła swe dobro prywatne wysoko ponad dobrem dziecka. Nie mówię tu o tym, że oskarżyła posła Łyżwińskiego o molestowanie (choć tu też nasuwają się różne pytania), ale o tym, że nagle i to na wizji stwierdziła, że jest on ojcem jej dziecka. Owszem, to też mogła zrobić, ale nie było potrzeby informowania o tym całej Polski. Przez to wciągnęła w całą tą aferę nie tylko swoją najmłodszą córkę, ale także pozostałą dwójkę dzieci. Dzieci te, jak mniemam, z racji tego że są starsze to albo chodzą do szkoły, czy też przedszkola, albo niedługo będą do nich chodziły. Jak mają się czuć teraz takie dzieci w szkole, gdy nagle wszyscy wiedzą, kim są? Jak mają reagować na dwuznaczne spojrzenia czy wypowiedzi rówieśników? Jak w takiej sytuacji zachowają się nauczyciele, czy rodzice innych dzieci? Jakich upokorzeń i nieprzyjemności może doznać cała trójka nie tylko w szkole, ale także na ulicy, w sklepie, czy na wakacjach? P. Aneta K. zafundowała nie tylko sobie, ale także swoim dzieciom „niechlubną popularność”. Popularność ta, z tego, co dziś widać, chyba jeszcze wzrośnie, bo kto wie, ilu jeszcze posłów czy też radnych będzie wzywanych na testy DNA? Ilu jeszcze świadków zezna, że wie, kto jest ojcem dziecka, że widziało, czy słyszało to i owo? Jak długo dziecko będzie ciągane po sądach, prokuraturach? Czy w przyszłości dziecko to nie będzie narażone na wścibskie pytania dziennikarzy, na kamery? Czy życie wszystkich trojga dzieci nie ulegnie diametralnej zmianie na niekorzyść? Jedynym ratunkiem wydaje się być możliwość wybuchnięcia kolejnej afery w polskiej polityce i może wtedy podobnie jak słynne „taśmy prawdy,” „seksafera” przejdzie w słuszną bądź też niesłuszną niepamięć.
Niestety to nie koniec afer z pierwszych stron gazet, w których pominięte zostały dzieci biorące udział w tych aferach. Ostatnio ujawniona impreza faszystowska na Śląsku z udziałem czy też bez udziału członków Młodzieży Wszechpolskiej miała także inne oblicze. Na zdjęciu z tej imprezy, które można zobaczyć w Newsweeku z dziesiątego grudnia, widać małego chłopca, który wraz z innymi osobami, ochoczo unosi rękę w nazistowskim geście. Mimo że ludzie uczestniczący w takiej „imprezie” są częścią czegoś, w mej opinii haniebnego, to robią to z własnej i nieprzymuszonej woli. Natomiast dziecko, które jest tego częścią, nie wie, i nie może wiedzieć, co znaczą symbole i gesty, które są tam propagowane. Rodzice tego dziecka przedkładają własne potrzeby, czy też po prostu zwykłą chęć zabawienia się nad dobro dziecka. Dziecko, które słyszy i widzi to, co widział i słyszał ten chłopiec, staje się tu ofiarą propagandy, o której nie ma pojęcia. Co będzie działo się potem w życiu takiego dziecka? W jaki sposób, wychowują je rodzice, jeśli nie widzą nic złego w jego obecności na tej imprezie? Owszem, wszyscy w stopniu, mniejszym czy też większym, odzwierciedlamy poglądy naszych rodziców, bo tak a nie inaczej byliśmy wychowani. Pytanie jednak, gdzie kończą się prawa rodziców i kiedy powinno się interweniować, aby nie ucierpiało dziecko.
Problemów takich jak ten z Anetą K. czy też z imprezą nazistowską jest z całą pewnością dużo więcej. Gdy rodzice uważają, że czymś normalnym jest picie, kłócenie się czy też przeklinanie w obecności małego dziecka, przedkładają swój interes, swoje pragnienia, zachcianki i potrzeby nad dobro dziecka. Znaczy to, że nie dorośli jeszcze do roli rodziców i ciągle tkwią w jakimś etapie dzieciństwa, dzieciństwa, którego swoje dziecko pozbawiają.
W tej wielkiej ogólnonarodowej dyskusji zabrakło głosów (może były, ale osobiście ich nie słyszałem), które poruszyłyby temat dziecka, czy też nawet dzieci. Nikt nie zastanawiał się, jak musi teraz czuć się mała trzyletnia dziewczynka, która jest ciągana od prokuratury do badań DNA i od kamery do kamery. Cóż z tego, że jej twarz pozostaje zakryta. Nie zmienia to faktu, że dziecko to cierpi, a jeśli nie, to będzie narażone na cierpienia w przyszłości. Największą winowajczynią, w mej skromnej opinii, choć nie jedyną, jest tutaj p. Aneta Krawczyk. Matka dziecka chyba zapomniała, co to znaczy być matką. Postawiła swe dobro prywatne wysoko ponad dobrem dziecka. Nie mówię tu o tym, że oskarżyła posła Łyżwińskiego o molestowanie (choć tu też nasuwają się różne pytania), ale o tym, że nagle i to na wizji stwierdziła, że jest on ojcem jej dziecka. Owszem, to też mogła zrobić, ale nie było potrzeby informowania o tym całej Polski. Przez to wciągnęła w całą tą aferę nie tylko swoją najmłodszą córkę, ale także pozostałą dwójkę dzieci. Dzieci te, jak mniemam, z racji tego że są starsze to albo chodzą do szkoły, czy też przedszkola, albo niedługo będą do nich chodziły. Jak mają się czuć teraz takie dzieci w szkole, gdy nagle wszyscy wiedzą, kim są? Jak mają reagować na dwuznaczne spojrzenia czy wypowiedzi rówieśników? Jak w takiej sytuacji zachowają się nauczyciele, czy rodzice innych dzieci? Jakich upokorzeń i nieprzyjemności może doznać cała trójka nie tylko w szkole, ale także na ulicy, w sklepie, czy na wakacjach? P. Aneta K. zafundowała nie tylko sobie, ale także swoim dzieciom „niechlubną popularność”. Popularność ta, z tego, co dziś widać, chyba jeszcze wzrośnie, bo kto wie, ilu jeszcze posłów czy też radnych będzie wzywanych na testy DNA? Ilu jeszcze świadków zezna, że wie, kto jest ojcem dziecka, że widziało, czy słyszało to i owo? Jak długo dziecko będzie ciągane po sądach, prokuraturach? Czy w przyszłości dziecko to nie będzie narażone na wścibskie pytania dziennikarzy, na kamery? Czy życie wszystkich trojga dzieci nie ulegnie diametralnej zmianie na niekorzyść? Jedynym ratunkiem wydaje się być możliwość wybuchnięcia kolejnej afery w polskiej polityce i może wtedy podobnie jak słynne „taśmy prawdy,” „seksafera” przejdzie w słuszną bądź też niesłuszną niepamięć.
Niestety to nie koniec afer z pierwszych stron gazet, w których pominięte zostały dzieci biorące udział w tych aferach. Ostatnio ujawniona impreza faszystowska na Śląsku z udziałem czy też bez udziału członków Młodzieży Wszechpolskiej miała także inne oblicze. Na zdjęciu z tej imprezy, które można zobaczyć w Newsweeku z dziesiątego grudnia, widać małego chłopca, który wraz z innymi osobami, ochoczo unosi rękę w nazistowskim geście. Mimo że ludzie uczestniczący w takiej „imprezie” są częścią czegoś, w mej opinii haniebnego, to robią to z własnej i nieprzymuszonej woli. Natomiast dziecko, które jest tego częścią, nie wie, i nie może wiedzieć, co znaczą symbole i gesty, które są tam propagowane. Rodzice tego dziecka przedkładają własne potrzeby, czy też po prostu zwykłą chęć zabawienia się nad dobro dziecka. Dziecko, które słyszy i widzi to, co widział i słyszał ten chłopiec, staje się tu ofiarą propagandy, o której nie ma pojęcia. Co będzie działo się potem w życiu takiego dziecka? W jaki sposób, wychowują je rodzice, jeśli nie widzą nic złego w jego obecności na tej imprezie? Owszem, wszyscy w stopniu, mniejszym czy też większym, odzwierciedlamy poglądy naszych rodziców, bo tak a nie inaczej byliśmy wychowani. Pytanie jednak, gdzie kończą się prawa rodziców i kiedy powinno się interweniować, aby nie ucierpiało dziecko.
Problemów takich jak ten z Anetą K. czy też z imprezą nazistowską jest z całą pewnością dużo więcej. Gdy rodzice uważają, że czymś normalnym jest picie, kłócenie się czy też przeklinanie w obecności małego dziecka, przedkładają swój interes, swoje pragnienia, zachcianki i potrzeby nad dobro dziecka. Znaczy to, że nie dorośli jeszcze do roli rodziców i ciągle tkwią w jakimś etapie dzieciństwa, dzieciństwa, którego swoje dziecko pozbawiają.














