Styl Życia / Inne
A niech mnie #@*&^
Artykuł był czytany 1618 razyKiedy życzymy sobie, żeby nas szlag trafił, odnosi się to zwykle do średnio przyjemnych sytuacji życiowych, które przyprawiają o niesympatyczne jeżenie się włosów na różnych częściach ciała.
Czasem nawet kojarzy się to z syndromem pianisty, czyli nerwowym drżeniem palców u rąk i rąk całych, czasem też ze zgrzytaniem zębów (które też zapewne ma swoją nazwę w terminologii muzykologicznej), a w szczególnych wypadkach także wymiotami i chroniczną biegunką, jednak ze względów estetycznych pozwolę sobie nie drążyć tego wątku...
Chcę jednak skupić się na kilku innych kwestiach:
a) kto właściwie rzuca szlagiem?
b) czy można go kupić? (i nie chodzi mi tu o tego, kto rzuca...)
c) na czym polega trafienie szlagiem?
d) czy mawiający "niech mnie szlag" są tak naprawdę masochistami?
Owszem, są na tym świecie ludzie, którzy mają niemal wrodzony talent do rzucania uroku. Tak jak i oni istnieją też ci, którzy otrzymali dar trafiania szlagiem. Nie udowodniono dotychczas, czy zdolność ta jest uwarunkowana genetycznie, jednak na pewno każdy obywatel tego świata spotkał kogoś takiego choć raz w życiu (chyba, że sam należy do tego gatunku, ale nie zapominajmy, że kontakt wzrokowy nawiązywany z postacią po drugiej stronie lustra, w niektórych kręgach bywa poczytywany jako forma spotkania...). Tak czy inaczej, sztuka miotania szlagiem wcale nie jest tak prosta, jak się wydaje. Potrzeba tu szczególnej precyzji, znajomości strategicznie słabych punktów defensywy przeciwnika i możliwie najlepszego wykorzystania tej znajomości. Wbrew pozorom to trudniejsze niż strzelectwo sportowe czy rzucanie oszczepem, a w wykonaniu wybitnych zawodników nawet boli bardziej niż rana od kuli i oszczepu razem wziętych. Dlatego uważam, że miotacze szlagu powinni stworzyć swoją własną dyscyplinę i może nawet startować podczas igrzysk - wszak to dużo lepszy sport niż podwodne bierki elektryczne.
Nie doszły mnie jeszcze słuchy o próbach profesjonalnego rozporządzana szlagiem w celach zarobkowych, ale jakby tak rozpocząć handel hurtowy i detaliczny... Tak, tak, potrzeba sponsora, choć podejrzewam, że przychody szybciej niż szybko uczyniłyby właściciela człowiekiem bogatszym od wszystkich Gates'ów tej ziemi. Tak, tak, wiem, że niejedna osoba już chwyta za telefon z numerem do nadzianego znajomego, jednak jest jeden problem. Podobno amfetamina i kokaina oraz wszelkie podnośniki ciśnienia zwiększają ryzyko szlagu, ale nie kojarzę jakichś wieści o wynalezieniu czystej receptury. Pozostaje polegać na osobach z predyspozycjami do trafiania szlagiem, chociaż generalnie daleko mi od stwierdzenia, że dobrze mieć takich pracowników. Pierwszy powód to taki, że czasem trzeba by się z nimi porozumiewać, co czyni całe przedsięwzięcie stosunkowo mało opłacalnym i sensownym (coś jak w powiedzeniu "lekarzu, lecz się sam").
Objawy szlagu to przede wszystkim połowiczny paraliż oraz szereg zaburzeń w zakresie zdolności do mówienia, rozumienia, pisania, zapamiętywania, identyfikowania, liczenia, przełykania i widzenia. Mogą też wystąpić (choć nie muszą) napady padaczkowe, majaczenia i urojenia oraz zaburzenia świadomości. Tak więc osoby nader często posługujące się stwierdzeniem "niech mnie szlag" można spokojnie sklasyfikować w kategorii masochistów - nierzadko ukrytych, toteż niech nie zwodzą nas pozory ich niewinności czy przeciętności.
Jeżeli natomiast to Ty jesteś taką osobą, zastanów się jeszcze raz nad wypowiedzianym pochopnie życzeniem - bez względu, czy kierujesz je do siebie, czy do kogoś innego. Takie przekleństwa czasem mają ironiczną tendencję do samospełniania się, zresztą co tu dużo mówić - powszechnie wiadomo, że Los ma generalnie dziwne poczucie humoru. Jednak trafienie szlagiem jest chyba gorsze niż cholera na każdym poziomie jaskrawości i publiczne obwieszczenie dotyczące tzw. "profesji Twojej mamy". Życie jest zbyt piękne, żeby go nie obserwować , słowa zbyt wymowne, by ich nie używać, a wspomnienia zbyt ważne, by ich nie pamiętać. I tak dalej. Tak więc na koniec chcę życzyć wszystkim - i wrogom, i przyjaciołom, i "tym trzecim", żeby przedmiot tego artykułu, obojętnie czym spowodowany, zawsze omijał ich łukiem szerszym i dłuższym niż południki. I żeby nigdy nie wywołali szlagu z lasu.
Chcę jednak skupić się na kilku innych kwestiach:
a) kto właściwie rzuca szlagiem?
b) czy można go kupić? (i nie chodzi mi tu o tego, kto rzuca...)
c) na czym polega trafienie szlagiem?
d) czy mawiający "niech mnie szlag" są tak naprawdę masochistami?
Owszem, są na tym świecie ludzie, którzy mają niemal wrodzony talent do rzucania uroku. Tak jak i oni istnieją też ci, którzy otrzymali dar trafiania szlagiem. Nie udowodniono dotychczas, czy zdolność ta jest uwarunkowana genetycznie, jednak na pewno każdy obywatel tego świata spotkał kogoś takiego choć raz w życiu (chyba, że sam należy do tego gatunku, ale nie zapominajmy, że kontakt wzrokowy nawiązywany z postacią po drugiej stronie lustra, w niektórych kręgach bywa poczytywany jako forma spotkania...). Tak czy inaczej, sztuka miotania szlagiem wcale nie jest tak prosta, jak się wydaje. Potrzeba tu szczególnej precyzji, znajomości strategicznie słabych punktów defensywy przeciwnika i możliwie najlepszego wykorzystania tej znajomości. Wbrew pozorom to trudniejsze niż strzelectwo sportowe czy rzucanie oszczepem, a w wykonaniu wybitnych zawodników nawet boli bardziej niż rana od kuli i oszczepu razem wziętych. Dlatego uważam, że miotacze szlagu powinni stworzyć swoją własną dyscyplinę i może nawet startować podczas igrzysk - wszak to dużo lepszy sport niż podwodne bierki elektryczne.
Nie doszły mnie jeszcze słuchy o próbach profesjonalnego rozporządzana szlagiem w celach zarobkowych, ale jakby tak rozpocząć handel hurtowy i detaliczny... Tak, tak, potrzeba sponsora, choć podejrzewam, że przychody szybciej niż szybko uczyniłyby właściciela człowiekiem bogatszym od wszystkich Gates'ów tej ziemi. Tak, tak, wiem, że niejedna osoba już chwyta za telefon z numerem do nadzianego znajomego, jednak jest jeden problem. Podobno amfetamina i kokaina oraz wszelkie podnośniki ciśnienia zwiększają ryzyko szlagu, ale nie kojarzę jakichś wieści o wynalezieniu czystej receptury. Pozostaje polegać na osobach z predyspozycjami do trafiania szlagiem, chociaż generalnie daleko mi od stwierdzenia, że dobrze mieć takich pracowników. Pierwszy powód to taki, że czasem trzeba by się z nimi porozumiewać, co czyni całe przedsięwzięcie stosunkowo mało opłacalnym i sensownym (coś jak w powiedzeniu "lekarzu, lecz się sam").
Objawy szlagu to przede wszystkim połowiczny paraliż oraz szereg zaburzeń w zakresie zdolności do mówienia, rozumienia, pisania, zapamiętywania, identyfikowania, liczenia, przełykania i widzenia. Mogą też wystąpić (choć nie muszą) napady padaczkowe, majaczenia i urojenia oraz zaburzenia świadomości. Tak więc osoby nader często posługujące się stwierdzeniem "niech mnie szlag" można spokojnie sklasyfikować w kategorii masochistów - nierzadko ukrytych, toteż niech nie zwodzą nas pozory ich niewinności czy przeciętności.
Jeżeli natomiast to Ty jesteś taką osobą, zastanów się jeszcze raz nad wypowiedzianym pochopnie życzeniem - bez względu, czy kierujesz je do siebie, czy do kogoś innego. Takie przekleństwa czasem mają ironiczną tendencję do samospełniania się, zresztą co tu dużo mówić - powszechnie wiadomo, że Los ma generalnie dziwne poczucie humoru. Jednak trafienie szlagiem jest chyba gorsze niż cholera na każdym poziomie jaskrawości i publiczne obwieszczenie dotyczące tzw. "profesji Twojej mamy". Życie jest zbyt piękne, żeby go nie obserwować , słowa zbyt wymowne, by ich nie używać, a wspomnienia zbyt ważne, by ich nie pamiętać. I tak dalej. Tak więc na koniec chcę życzyć wszystkim - i wrogom, i przyjaciołom, i "tym trzecim", żeby przedmiot tego artykułu, obojętnie czym spowodowany, zawsze omijał ich łukiem szerszym i dłuższym niż południki. I żeby nigdy nie wywołali szlagu z lasu.














