Bieg po zdrowie
Artykuł był czytany 1724 razyI tak to po latach nieświadomości dochodzę do wniosku, że aby chorować, trzeba mieć żelazne nerwy i końskie zdrowie.
Od kiedy jestem matką, zdarza mi się korzystać z porad lekarzy z publicznych placówek zdrowia. Nie spodziewaj się jednak skarg na jakość świadczonych usług, uwag o podejściu do pacjenta i martwych przepisach kodeksu etycznego. Napiszę o duchu walki, o mylących pozorach, o ludzkiej nieuprzejmości- o prawach dżungli obowiązujących również w lekarskiej poczekalni. Jeszcze dziś czuję na plecach oddech silniejszych - wczoraj, z racji zanikającej siły przebicia, stałam się początkowym ogniwem łańcucha pokarmowego. A było to tak:
Chciałam pomóc mojemu dziecku, nie zważając, że widok stanowię nieszczególny - oblana zimnym potem, kichająca i rzężąca gruźliczym kaszlem kobieta z dziewięciomiesięcznym brzuchem i przewieszonym przez ramię dwuletnim dzieckiem. Sprawa wydawała się prosta- iść po skierowanie do przychodni, pobiec na pobranie krwi do laboratorium, po czym udać się do specjalisty w celu interpretacji wyników.
Etap pierwszy. Świt. Jesteśmy drugie w kolejce. Dość długo czekamy, aż panią doktor postawi na nogi poranna kawa. Leniwa cisza. Wtem do drzwi gabinetu dopada pojawiająca się ni stąd ni zowąd wyelegantowana młoda kobieta - biały kożuszek, dopiero co pozbawione lokówek włosy upięte w sylwestrowego koka, na nóżkach kozaczki na szpileczkach z bogactwem futra w okolicach kostek. Bez pytań i wyjaśnień próbuje wejść poza kolejnością. Wzburzyłam się lekko, o czym nie omieszkałam jej poinformować. Następnie wymieniłyśmy dość odmienne poglądy i kilka niezobowiązujących uwag. Nie mogąc dojść do porozumienia, gratulując rywalce klasy i postawy, dałam za wygraną. Ramię w ramię do gabinetu weszła z Elegantką kobieta, która miała „numerek” przede mną - obydwie utknęły we framudze drzwi gabinetu, ostatecznie, po ostrej wymianie ciosów łokciami i przepychance barkami, wygrała Elegantka.
Etap drugi. Laboratorium. Czekamy na otwarcie gabinetu. Połowę poczekalnianej ławeczki zajęła tęga kobieta o cygańskiej urodzie, w wieku mocno poprodukcyjnym. Drugą połowę zajęły dwie chudziutkie staruszki. Ja i córka stoimy obok. Atmosfera senna, cisza grobowa, a z wyrazów twarzy moich towarzyszek odczytuję ciężkie losy i stan zdecydowanie przedagonalny. Nagle towarzystwo ożywia się na dźwięk otwieranych drzwi. Trzask klamki musiał zabrzmieć w ich uszach jak strzał z pistoletu, co synapsy jak nic musiały uznać za sygnał „start”- emerytki niczym młode łanie poderwały się do biegu, pielęgniarka jednak ostudziła ich zapędy. Podnosząc do góry rękę, drugą wskazując na nas, wypowiedziała magiczną kwestię:” Stop. Najpierw ta mała dziewczynka”.
Etap trzeci. Popołudnie, godzina siedemnasta. Na czterdzieści minut przykleiłam się do krzesła w poczekalni przychodni, za to w ręku trzymam komplet badań. Zmęczona, szara i brzydka, coraz trudniej łapiąca kontakt z rzeczywistością, ale pełna nadziei- może wreszcie dowiem się, co dalej z tymi tajemniczymi zmianami na skórze mojego dziecka. Przede mną już tylko długowłosy przedstawiciel medyczny i ja. Nagle jak burza wpada do poczekalni żwawa emerytka. Bez pytania, bez żenady wciska się przed zdezorientowanego chłopaka. „Ja miałam na za piętnaście czwarta”. I zamknęły się za nią drzwi. I tyle. A mi opadły ręce.
Bieg po zdrowie. Ta mini sztafeta wymęczyła mnie jak maraton. Na chorowanie słabe mam nerwy. I wciąż mnie dziwi i szokuje to, że najbardziej spieszą się ci, którzy pozornie mają najwięcej czasu; że najwięcej jadu w tych, którzy go mieć nie powinni; że najwięcej zrozumienia oczekujemy od tych, którzy go mają najmniej; że najbardziej rześcy to ci, którzy pozornie są najbardziej chorzy. Dotychczas nie miałam zbyt silnej motywacji, a może za mało chorowita jestem, by uczęszczać do takowych miejsc. Teraz cóż, obowiązki, odpowiedzialność- siła wyższa. I tak to po latach nieświadomości dochodzę do wniosku, że aby chorować, trzeba mieć żelazne nerwy i końskie zdrowie. A alternatywą dla cieniasów może być tylko gruby portfel, leczenie siłą woli bądź porady wirtualne. O!














