Styl Życia / Inne
Hospicjum równa się życie
Artykuł był czytany 6637 razyMówiąc „hospicjum”, wiele ludzi myśli tylko i wyłącznie o śmierci. Zapominamy jednak, że śmierć to tylko moment, a ostatnie chwile na tym świecie to wciąż życie.
To, że musimy pomagać, każdemu wmawia się od małego. Już nawet brzdąc wie o obowiązku pomocy drugiemu człowiekowi, szacunku dla siebie, dla swoich rówieśników i – przede wszystkim – dla ludzi starszych. Niemalże każdy z nas uważa się za dobrego człowieka i godnego obywatela, który wypełnia swoje obowiązki i rady, za młodu uczone przez rodziców. Niemalże każdy z nas wspomagał kiedyś jakąś fundację, czasami wysyłając SMSa na jakiś cel, wrzucając do skarbonki czy kupując chleb potrzebującemu. Niemalże każdy z nas ceni i podziwia ludzi, którzy całym sobą starają się pomagać innym. Jednak niewielu z nas decyduje się poświęcić swój własny czas na pomoc innym, tłumacząc się dużą liczbą obowiązków, strachem czy obawami. A mimo wszystko, będąc w potrzebie, oczekujemy pomocy od innych. I wkrótce uświadamiamy sobie, że pomoc finansowa wcale nie jest najważniejsza.
Historia hospicjum
Pomoc dla potrzebujących znana już była prawie dwa tysiące lat temu. Zakładano przytułki dla bezdomnych, chorych i samotnych, opiekowano się nimi, rozmawiano. Pierwsze hospicjum, które znamy współcześnie, powstało czterdzieści lat temu w Londynie. Cicely Saunders podczas rozmów z nieuleczalnie chorym polskim lotnikiem, Dawidem Taśmą, wpadła na pomysł założenia instytucji, która pomogłaby godnie przeżyć ostatnie chwile życia, uporządkować ziemskie sprawy i odejść w pokoju ze sobą i światem. Realizacja idei zajęła jej dziewiętnaście lat, a w 1967 roku powstało pierwsze na świecie hospicjum – Hospicjum Świętego Krzysztofa w Londynie. Wkrótce powstawały podobne instytucje na całym świecie, wzorując się na pierwowzorze. Sama Saunders była zdziwiona popularnością stowarzyszenia, które sama stworzyła, niemniej jednak popierała każdy kolejny projekt, uważając, że wszędzie na ziemi ludzie mają prawo – bez względu na wyznanie, poglądy czy kolor skóry – godnie odejść z tego świata.
Hospicjum Świętego Łazarza w Krakowie było pierwszym hospicjum w Polsce. Budowa trwała długie lata, w ostateczności drzwi domu zostały otworzone 14 grudnia 1996 roku. Odbyła się Msza Święta sprawowana przez Metropolitę Krakowskiego Ks. Kardynała Franciszka Macharskiego, który uroczyście poświęcił hospicjum. 22 stycznia 1998 roku instytucja przyjęła pierwszych potrzebujących.
Żorskie hospicjum
Jan Paweł II, podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Polski, na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 roku, powiedział: „Doznajemy niejako przynaglenia, abyśmy korzystając z daru miłosiernej miłości, Boga, sami z dnia na dzień oddawali życie, czyniąc miłosierdzie wobec braci. Uświadamiamy sobie, że Bóg okazując nam miłosierdzie, oczekuje, że będziemy świadkami miłosierdzia w dzisiejszym świecie”. Słowa Papieża Polaka i jego wezwanie do czynienia miłosierdzia stały się zalążkiem powstania żorskiego hospicjum.
Pani Dorota Domańska, była pani dyrektor mojego gimnazjum, współzałożycielka hospicjum i prezes I kadencji (2003-2007), wraz z grupką gimnazjalistów i młodzieży z Diakonii Miłosierdzia, funkcjonującej przy parafii św. Stanisława w Żorach, która czasem chodziła do domów ludzi chorych i pomagała w codziennych czynnościach, wzięli sobie gorąco do serca słowa Jana Pawła II. Powstał pomysł powołania hospicjum, pozytywnie odebrany przez innych. W tworzeniu pomogli między innymi ks. Józef Hertling, wikary we wspomnianej parafii, Dorota i Dariusz Domańscy, ks. Prałat Jan Szewczyk, Grzegorz Słomian, lekarz onkolog i inni.
Wydawać by się mogło, że nadanie hospicjum imienia Jana Pawła II nie było rzeczą sporną. Nic bardziej mylnego. „Wręcz odradzano nam nadanie patronatu naszemu Ojcu Świętemu… Proponowano nadanie hospicjum imienia Matki Teresy z Kalkuty czy św. Kamila – twierdzi pani Domańska. – Ale z mężem uparliśmy się, bo to wszystko powstało właśnie dzięki słowom Jana Pawła II”. Powodem sporu było między innymi to, że nie wszyscy wolontariusze czy osoby potrzebujące byli katolikami. „Dopiero po śmierci Jana Pawła II powstała taka więź i wszyscy uświadomili sobie, że był to jednak dobry wybór” – dopowiada pani prezes.
Hospicjum im. Jana Pawła II w Żorach zostało zarejestrowane 23 kwietnia 2003 roku. Przy powstaniu pomogło wiele osób, które do dziś są wolontariuszami. Są to zarówno osoby dorosłe, jak i młodzież. Ludzie młodzi bardzo ochoczo przyjęli wiadomość, że mogą zostać wolontariuszami, jednak jednego nie potrafili zrozumieć. „Niektórzy niemal obrazili się na to, że nie pozwoliliśmy im od razu chodzić do chorych – opowiada pani Domańska, po czym dopowiada ze śmiechem: – Gotowi byli z miejsca chodzić do chorych, nawet nie pytając o zgodę rodziny”. Nie wszyscy jednak zrozumieli, że potrzeba czasu, by czegoś dokonać. Zapominali, że śmiertelnie chory różni się od tego „zwykłego” chorego. Ten pierwszy wie, że nie ma dla niego ratunku, że czeka go śmierć, ten drugi zaś ma świadomość, że wyzdrowienie, prędzej czy później „Czasem zdarza się, że ktoś przyjdzie i chce od razu chodzić do chorych – twierdzi pani prezes. – Tak się nie da”.
Żorskie hospicjum opiekuje się tylko osobami pełnoletnimi. „Dzieci odsyłamy do hospicjum w Mysłowicach – odpowiada pani Domańska. – Nie jesteśmy przygotowani do pracy z dziećmi, a tamto hospicjum jest stworzone przede wszystkim z myślą o nich”.
Akcje
Hospicjum tworzą ludzie dobrej woli. Wolontariusze pracują bezpłatnie, kierują się potrzebą pomocy drugiemu człowiekowi. Są też organizowane ogólnoświatowe akcje, charytatywne koncerty czy zbiórki pieniędzy. W planach istnieje także sprzedaż płyty z piosenkami żorskich artystów, z którego dochód zostanie przekazany na Hospicjum im. Jana Pawła II. Dzięki dobremu sercu ludzi udało się zebrać żorskiemu hospicjum potrzebny sprzęt czy leki dla potrzebujących.
Często imprezy, na których zbierane są pieniądze, tworzone są przez pomysły naszych wolontariuszy. „Mamy w wolontariacie pewną kobietę, której mąż należy do klubu harleyowców – mówi pani Domańska. – Stąd ostatnio na rynku był pokaz harleyów”.
Idea hospicjum szerzy się także w związku z różnorakimi akcjami, które mają na celu rozpowszechnianie działalności stowarzyszenia.
Jedną z nich są Pola Nadziei. Jesienią sadzi się sadzonki żonkili, symbolu kruchego życia ludzkiego, zaś wiosną, kiedy kwiaty kwitną, odbywają się marsze i koncerty. Organizowane są także konkursy, spektakle. W akcji tej uczestniczy wiele żorskich szkół i przedszkoli, dzięki której dzieci i młodzież poznają wartości promowane przez hospicjum.
Inną akcją, o której warto wspomnieć, jest „Hospicjum to też życie”. Kampania trwa cały rok pod określonym hasłem. Tegoroczne hasło brzmi: „Wolontariat hospicyjny – lubię pomagać”. Organizowane są koncerty, konkursy, wykłady, recitale… a wszystko po to, by uświadomić ludziom jak najwięcej spraw. Zrozumieć śmierć, przyzwyczaić się do słowa „hospicjum”, nauczyć, że należy szanować siebie nawzajem i oswoić się z cierpieniem, szerzyć wolontariat.
Dzięki akcjom istnieje szansa, że wielu ludzi zrozumie ideę i główne wartości hospicjum.
Wolontariat
„Na pewno hospicjum ma sens – pisze w komentarzu mojego bloga mimi_fanka, ale zaraz potem dodaje: - Aczkolwiek mi by się pewnie nie chciało pracować jako wolontariusz...”. Wiele osób odpowiada i myśli podobnie. Niektórym szkoda czasu na bycie wolontariuszem, inni nie mają takiej możliwości ze względu na brak hospicjum w ich miejscowości, a jeszcze inni w ogóle o tym nie myśleli. Każdy rutynowo podkreśla szlachetność ludzi, którzy pracują w hospicjum, ich wiarę w lepsze jutro, pomoc drugiemu człowiekowi i ogromne serce, ale większość z nas woli wrzucić kilka groszy do skarbonki podczas zbierania pieniędzy i myśleć, że jest się dobrym i wartościowym człowiekiem, człowiekiem pomagającym. Oczywiście, pomoc finansowa jest ważna, ale przecież nie tylko ona się liczy, prawda?
Na pytanie, jaki powinny być wolontariusz, wiele osób ma już przygotowaną odpowiedź. „Według mnie powinni to być sympatyczni, uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni ludzie, a ich praca powinna polegać na pomaganiu potrzebującym, próbie zastąpienia im bliskich, bycia osobami, z którymi chorzy i potrzebujący mogliby zawsze prosić o pomoc, kiedy jej potrzebują, prosić o rozmowę, rozrywkę” – stanowczo odpowiada Ania, gimnazjalistka.
Duża liczba osób chce także zostać wolontariuszem, ale na samym chcieć się kończy. Zazwyczaj nikomu nie chce się pytać, jeździć na zebrania, ludzie wolą mieć wszystko podane na talerzu. Zbierać pieniądze podczas koncertu? Okej, nie ma sprawy. Chcesz należeć do wolontariatu? Mogę należeć… tylko podaj mi wszystkie informacje. Chcesz być wolontariuszem hospicjum? A… jest w ogóle coś takiego?
Z rozmów przeprowadzonych przeze mnie wynika, że wiele osób podjęłoby się tego zadania, jednak przyznają, że może to być też taki słomiany zapał. Większość nawet w ogóle o tym nie myślała. A niektórzy zdecydowanie temu przeczą. „Czy chciałabym być wolontariuszem? – zastanawia się D’ark na forum. - Nie. Rozpłakałabym się na widok tych wszystkich biednych oczu”. Podobne zdanie mają też inni. „Wolontariuszką nie mogłabym być – zgadza się z D’ark Alexandra na tym samym forum. – Mnie, gdy widzę pogrzeb czy cmentarz napadają straszne myśli, bo ja cholernie boje się śmierci, a właściwie bólu, który zostaje po niej.”
Niemalże każdy z nas słyszał o wolontariuszach bądź sytuacjach z nimi związanych. Każdy z nas docenia ich wkład, jaki towarzyszy im w pracy oraz to, że częstokroć pozytywnie wpływają na chorych. „Przypomina mi się pewna sytuacja, która miała miejsce, gdy byłam w szpitalu – opowiada Angela S., licealistka. - Mała, sześcioletnia dziewczynka, która nie mogła chodzić, bardzo nie lubiła, kiedy mama ją czesała. Wprost wyrywała się i uciekała na wózku inwalidzkim, byleby nie dać zapleść sobie warkoczyków. Jednak, kiedy naszą salę odwiedziła wolontariuszka, mała, podobnie zresztą, jak inni, była nią tak zafascynowana, że poddała się dwugodzinnemu zabiegowi zaplatania koronki z włosów. I, o dziwo, stwierdziła, że bardzo lubi fryzjerstwo, czym nieco zaskoczyła swą mamę”.
Wiele osób ma błędne wyobrażenia na temat pracy wolontariusza hospicjum. Uważa, że trzeba codziennie chodzić do umierającej osoby, sprzątać, gotować, rozmawiać i czekać, aż umrze. Uważa błędnie, należy dodać. Owszem, niektórzy wolontariusze odwiedzają nieuleczalnie chorych, jednak jest to tylko garstka. Aby ich odwiedzać, trzeba ukończyć specjalny kurs i mieć osiemnaście lat. Najpierw przechodzi się jednak taki jakby „staż” i przez pół roku, wraz z zespołem hospicyjnym, odwiedza się potrzebujących. „Niektórzy nie wytrzymują. To praca dla ludzi o mocnych nerwach” – zapewniają wolontariuszki, które już chodzą do chorych. „Jeśli ktoś ma chore płuca, to tylko kaszle, ma chrypkę i inne objawy – opowiada inna Angela, wolontariuszka. – Ale jeśli ktoś ma na przykład raka piersi, to nieciekawie to wygląda…”.
Mitem jest także to, że chorego trzeba odwiedzać codziennie. „Odwiedziny ustala się z rodziną. Czasem jest to po prostu godzina tygodniowo, w której rodzina chorego robi na przykład zakupy” – opowiada pan Grzegorz.
Są dwa typy wolontariuszy. Pierwsza grupa to osoby chodzące do chorych, drudzy są tzw. wolontariuszami akcyjnymi i nie mogą narzekać na brak zadań. Zbierają pieniądze podczas różnych akcji, rozdają ulotki, pomagają przy tworzeniu koncertów, zajmują się robieniem zdjęć czy stron internetowych, niektórzy nawet malują obrazy i sprzedają, a pieniądze przekazują na hospicjum. Każdy wykorzystuje swoje umiejętności. Wbrew pozorom, praca wolontariusza nie zajmuje dużo godzin miesięcznie. Nawet będąc mocno zaangażowanym wolontariuszem akcyjnym, hospicjum nie poświęca się aż tak wiele czasu wolnego, jak by się to mogło wydawać. Choć oczywiście nie możemy generalizować: są wolontariusze, którzy codziennie chodzą do chorych, ale są i tacy, którzy pomagają tylko w jakiś akcjach, na przykład trzy, cztery razy lub więcej do roku.
Żorscy wolontariusze
W Żorach jest około 60 wolontariuszy, w różnym wieku i różnej płci.
Niektórzy nie mieli styczności z ludźmi umierającymi, jednak niewątpliwym faktem jest, iż takie spotkania zapadają głęboko w pamięci.
„Największą lekcją była dla mnie śmierć przyjaciela – wspomina pani Domańska. – Między innymi on tworzył hospicjum, a pod koniec życia sam musiał skorzystać z jego usług…”. Pani prezes twierdzi, że to była ważna lekcja życia, zarówno dla niej, jak i dla innych. „Ktoś powiedział, że nie ma ludzi niezastąpionych… Nieprawda. Każdy jest jedyny i wyjątkowy”.
Wolontariusze trafiają do hospicjum z różnych powodów. „Mamy na przykład wolontariuszkę, która dołączyła do nas po śmierci męża” – mówi pani prezes. Jedni sami wpadli na taki pomysł, jeszcze inni zostali zaproszeni przez znajomych – wolontariuszy.
„Pani Domańska poprosiła mnie o pomoc i się zgodziłam” – wspomina pani Ilona Ratajczak, pedagog z mojego gimnazjum. Opowiadała też o swojej pracy jako wolontariusza akcyjnego, a także o kursie, jaki odbyła. Twierdzi, że ludzie, którzy wiedzieli o swojej śmierci, wcale o niej nie myśleli. Skupiali się na tym, jak minie im dzień, kto do nich przyjdzie i czy będzie słoneczna pogoda. „Zdziwiło mnie też to, że wolontariuszami byli także więźniowie – wspomina pani Ratajczak. – Najczęściej były to osoby, którym nie opłacało się uciekać. Każdy dookoła wiedział, że ten wolontariusz jest więźniem, choć nigdzie nie miał tego napisanego. Szczerze mówiąc, gdybym sama o tym nie usłyszała, nigdy bym się tego nie domyśliła.”
Postanowiłam sprawdzić osobiście, jak wygląda praca wolontariusza i przyszłam na jedno ze spotkań, kilka dni przed koncertem na rzecz hospicjum. Wszyscy byli uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni do każdego, znajomego czy też nie. Zaczęliśmy luźną rozmowę, wspólnie żartując i rozmawiając na wiele tematów. Stałe wolontariuszki opowiadały o swojej pracy, akcjach związanych z pomocą potrzebującym i śmiesznych sytuacjach podczas odwiedzin. „Czasem dadzą ci zgnite jabłko czy przeterminowany baton – śmieje się Jadzia, jednak zaraz potem poważnieje. – A ty musisz to po prostu wziąć i grzecznie podziękować, bo nieraz to wszystko, co mają”. Mówiąc nam o zasadach panujących podczas odwiedzania nieuleczalnie chorych, wolontariuszki nie ukrywały także przykrych wad. „Miałam w opiece pewnego pana. Byłam u niego w poniedziałek. Uśmiechnięty, wesoły. Nic nie wskazywało, że mu się pogorszy – wspomina Angela. – W czwartek zmarł”. „Czasem zdarzy się, że ktoś umrze na twoich rękach” – mówi Jadzia. Wolontariuszki opowiadały o swoich początkach, wzlotach oraz upadkach i dawały dobre rady. „Nie można się zrażać – stanowczo twierdzi Jadzia. – Chory może na przykład powiedzieć, że cię nie chce, że woli wolontariuszkę o pomarańczowych oczach, a ty nie możesz się obrazić i musisz uszanować jego decyzję”.
Gdy padło pytanie o to, czy chcielibyście po ukończeniu osiemnastu lat odwiedzać chorych, większość wyraziła taką chęć, niezrażona przykrymi sytuacjami, jakie mogą z tej pracy wyniknąć.
Podczas spotkania przygotowałyśmy się do zbiórki pieniędzy. Każdy, kto wrzucił coś do skarbonki (wolontariusze zbierali zarówno podczas sobotniego koncertu, jak i po Mszy Świętej), dostawał sadzonkę żonkila owiniętą w kolorowy, miękki materiał, dodatkowo obwiązany źdźbłem słomy. Praca zeszła nam szybko na rozmowach, śmiechach i żartach, a wskazówki zegara poruszały się jakby dwa razy szybciej.
Wiem, że miałam tylko przyjść na spotkanie zobaczyć, jak to jest. Jednak panuje tam taka niesamowita atmosfera i radość, że zapisałam się do wolontariatu. I jestem pewna, że nie będę żałować swojej decyzji.
Hospicjum stacjonarne a domowe
Hospicjum dzieli się na dwa rodzaje, stacjonarne i domowe. Pierwsze to coś w rodzaju szpitala, budynku, gdzie mieszkają nieuleczalnie chorzy, drugie zaś ma na celu pomoc chorym w ich własnych domach.
Na to, które hospicjum jest lepsze, większość ma podobne zdanie. „Tutaj też nie można odpowiedzieć jednoznacznie – pisze Tencza na łamach mojego bloga. - Jeżeli osoba ma miejsce, które kocha i które jest dla niej wszystkim, to oczywiście dom. Ale jeśli nie ma niczego lub posiada marne warunki domowe, to hospicjum stacjonarne... Dla takich ludzi ważne są warunki”.
Zarówno hospicjum stacjonarne, jak i domowe, ma swoje plusy i minusy. Trzeba jednak podkreślić z stałą stanowczością, że osoby mieszkające w hospicjum stacjonarnym nie znajdują się tam bez konkretnej przyczyny. Chory pozostaje w domowym zaciszu dopóki może, jeśli jego stan będzie wymagał całodobowej, profesjonalnej opieki medycznej zostaje zabierany do hospicjum stacjonarnego, ale jeżeli znów mu się polepszy – wraca do domu. Należy pamiętać, że chory ma prawo odejść w otoczeniu swojej rodziny i hospicjum tego nie utrudnia, lecz z całych sił stara się to zapewnić.
Nie możemy powiedzieć, że rodzina ludzi potrzebujących zamieszkałych w hospicjum stacjonarnym chce się pozbyć chorego. Jak twierdzi pani Domańska, tylko w trzech sytuacjach można umieścić chorego w hospicjum stacjonarnym: „Pierwsza, jeśli chory potrzebuje całodobowej opieki medycznej. Druga, jeśli chory nie ma bliskiej osoby lub rodzina jest za daleko, by się nim mogła opiekować. Trzecia, tymczasowo – tzw. opieka wyręczająca, gdy rodzina na przykład musi wyjechać i nie ma kogo pozostawić w opiece osobie chorej”.
Hospicjum domowe zaś ma na celu pomoc w domowym zaciszu. Do chorego zawsze chodzi zespół hospicyjny, czyli wolontariusz, lekarz pielęgniarka, psycholog oraz, jeśli tego zażyczy sobie pacjent, ksiądz – kapelan. W tym czasie opiekują się chorym, pozwalając rodzinie odetchnąć na jakiś czas i pożyć swoim życiem. Wbrew pozorom obecność księdza nie jest zwiastunem szybkiej śmierci. Często właśnie on, dzięki swojej wierze, pomaga duchowo i daje nadzieję, czasem nawet pomagając lepiej od psychologa.
Chory zostaje w domu dopóki może, nigdy nie zabiera się go do hospicjum stacjonarnego bez konkretnej przyczyny. Dla ludzi najważniejsza jest śmierć w otoczeniu bliskich, znajomych, rodziny – i to dla hospicjum jest priorytetem. Zespół chodzący do chorego zazwyczaj towarzyszy takiej osobie do chwili śmierci i dłużej, pozostaje przy bliskich w czasie żałoby, osierocenia.
Potrzebujący
Aby zgłosić chorego do hospicjum członek rodziny lub znajomy chorego musi pójść do biura i wypełnić odpowiedni formularz. Można też dokonać zgłoszenia telefonicznie. „W ciągu 12 godzin przychodzi lekarz i ocenia, czy dana osoba kwalifikuje się do pomocy hospicyjnej – opowiada pani Domańska. – Często nawet rodzina o tym nie wie, a nie zawsze taka pomoc jest konieczna”.
Jedną z głównych myśli hospicjum jest to, że zdanie chorego jest najważniejsze. Jego słowo jest niemalże święte. To on decyduje, czy chce mieć wizyty, czy chce korzystać z pomocy hospicyjnej, czy chce przyjmować leki, a nawet może wybrać wolontariuszy, którzy będą go odwiedzać. Zawsze o wszystko pyta się pacjenta. „To nie jest tak, jak w szpitalu – mówi pani prezes. – U nas szefem zespołu hospicyjnego jest pacjent”.
Słowa rodziny owszem, są ważne, ale nie tak, jak pacjenta. To on tutaj decyduje.
„Niektórzy swoje cierpienie poświęcają dla kogoś. Była na przykład sytuacja, że chory przez tydzień nie brał leków, a jego cierpienie było w intencji tego, by odwiedzająca go wolontariuszka zdała maturę – opowiada pani Domańska. –Zdała”.
Chorzy zazwyczaj godzą się ze śmiercią i na ogół o niej nie rozmawiają. Rodzina zaś często unika tego tematu, uznając go za temat tabu i nie dopuszczając do siebie tej myśli. Często też nie są przygotowani na ból, cierpienie i smutek. Chory niekiedy wie lepiej od rodziny, że wkrótce umrze i jest na to przygotowany. Choć są wyjątki od reguły, bo niektórzy nie potrafią przyjąć do siebie tej myśli. „Mieliśmy takiego pacjenta, który nie chciał słyszeć, że umrze – wspomina pani Domańska. – Krzyczał, denerwował się, choć ze względu na podane leki nic go nie mogło boleć. Umarł, do końca nie potrafiąc tego przyjąć i zrozumieć”.
Niektórzy jednak w ciągu ostatnich dni nie zamierzają rezygnować z wielu przyjemności bądź nadal chcą spełnić swoje marzenia. „Był pewien chory, który bardzo lubił wędkować. Nawet tydzień przed śmiercią pojechał na ryby – opowiada pani prezes. – Była też pewna pani, który kochała góry. Zgodnie z jej życzeniem, samochodem wjechaliśmy na Równicę. Jeszcze przed śmiercią zobaczyła swoje ukochane szczyty”.
Na pytanie, czy ktoś, kto trafi do hospicjum, od razu skazany jest na śmierć, pani Domańska zaprzecza. „Nie. Będąc pod opieką hospicjum zdarza się, że rozwój choroby się zatrzymuje bądź stan się poprawia. Niestety, nie mieliśmy takiego cudu jak u Ojca Pio, gdzie śmiertelnie chory wyzdrowiał – mówi pani prezes, a potem dodaje: - Czasem jest tak, że chory zostaje wypisany, bo mu się polepsza, a za rok znów wraca. Zdarzyło nam się też, że rodzina zgłosiła chorego trzy dni przed jego śmiercią”.
Właściwie to od charakteru chorego zależy, jak zniesie śmierć i rozstanie z bliskimi. „Wiadomo, że wierzącym jest łatwiej. Oni przynajmniej wierzą, że po śmierci nadal jest życie” – twierdzi pani prezes.
Nie jest też tak, że gdy chory umrze, hospicjum już nie pomaga rodzinie. Minimum rok po śmierci wolontariusze odwiedzają ją, rozmawiają, wspominają wspólne chwile. Szczególnie po śmierci służą pomocą, wspierają. Rodzina nigdy nie zostaje sama.
Budowa hospicjum stacjonarnego
Od samego początku istnienia żorskiego hospicjum w planach jest budowa hospicjum stacjonarnego. Trudnością jest zebranie funduszy, bo pomimo dobrych serc wielu ludzi, wciąż brakuje pieniędzy. Na dzień dzisiejszy zebrana jest tylko 1/6 całkowitej kwoty.
Istotną kwestią jest to, czy budynek zostanie stworzony przez miasto Żory i oddany w stanie gotowym. Jeśli by się tak stało, ułatwiłoby to wiele rzeczy.
Prowadzone są już początkowe rozmowy, trwają rozmowy nad projektem, jest już działka przeznaczona specjalnie na budowę. „Wiosną 2008 chcielibyśmy już zacząć” – mówi pani Domańska.
Planowane jest stworzenie hospicjum stacjonarnego na około 15 łóżek z możliwością rozbudowy. W hospicjum powinna być między innymi kuchnia. „Jeśli chory zażyczy sobie jajecznicy, rodzina ma prawo tę jajecznicę zrobić – twierdzi pani prezes. – Hospicjum ma być przede wszystkim domem”.
„W pokoju musi być dodatkowe łóżko czy składany fotel, aby ktoś z rodziny mógł czuwać cały czas przy chorym” – dodaje także pani Domańska.
Ciężko jest określić coś więcej na temat budowy. Wszystko zależy od wielu czynników, ale faktem jest, iż wciąż nie ma wystarczającej kwoty na stworzenie hospicjum stacjonarnego. Dlatego każda symboliczna złotówka może okazać się bardzo potrzebna…
Czy to ma sens?
Przysłuchując się opiniom ludzi na temat hospicjum, ma się wrażenie, że ludzie boją się tego budynku. „Niedaleko mojej miejscowości jest hospicjum – pisze tulipanka. - Duży budynek, ładny... Ale nawet nie chcę sobie wyobrazić, co dzieje się w środku... Ludzie, którzy tam mieszkają, z góry wiedzą, że już niewiele dni im zostało, że umrą”.
Niemalże wszyscy coś na temat hospicjum wiedzą, jednak samo to słowo budzi niejako lęk, strach i obawę. Kojarzone jest tylko ze śmiercią, cierpiącymi, starymi ludźmi, szpitalnymi łóżkami. Tak nie powinno być! Hospicjum to nadal życie, to wciąż ostatnie chwile na tym świecie. Hospicjum ma za zadanie zapewnić osobom chorym, bez nadziei i szansy na całkowite wyzdrowienie, godne człowieka odejście z tego świata.
Wiele osób twierdzi, że hospicjum ma sens, że jest potrzebne, że jest ważne… Jednak niewiele osób w przyszłości chciałoby skorzystać z pomocy takiego ośrodka. „Nie, nigdy nie oddałabym bliskiej mi osoby w opiekę hospicjum, zwłaszcza, że jestem prawie pełnoletnia i sama mogłabym się zająć taką osobą – twierdzi ze stanowczością Angela S., licealistka. – Choć sama zdaję sobie z tego sprawę, ze hospicjum ma sens i w rzeczy samej czyni dobro, to mimo wszystko wolałabym mieć bliską osobę przy sobie. Sama chciałabym jej dać to, czego potrzebuje. I jeśli miałabym taką szansę, nie zawahałabym się”.
Skojarzenia na temat hospicjum są różne. „[Hospicjum kojarzy mi się] z bolesnym oczekiwaniem na śmierć – twierdzi Kay na forum. – Życiem ze świadomością, że możesz umrzeć jutro, za tydzień, za miesiąc. Hospicjum nie kojarzy mi się tyle co ze śmiercią, ale rozpamiętywaniem tego, co było i czekaniem na ostateczność”. Inni myślą o hospicjum jak o śmierci, niektórzy jednak twierdzą jak Czandra, również jedna z osób piszących na forum: „Nie znam się za bardzo na tego typu sprawach...”.
Czasem można odnieść wrażenie, że ludzie owszem, popierają działalność hospicjum, z chęcią pomagają, chwalą złote serca wolontariuszy, ale sami nie wyobrażają sobie korzystanie z pomocy. Wolą spędzić ostatnie dni swojego życia w domowym zaciszu, wśród rodziny, przyjaciół, znajomych i zapominają o podziale pomiędzy hospicjum stacjonarnym a domowym, zaś odpowiadając zawsze myślą tylko o tym pierwszym, nie wspominając drugiego. Co niektórzy tylko cicho dopowiadają, że – kto wie, co będzie za kilka lat? Może i ja będę musiał skorzystać z usług hospicjum?
Większość błędnie myśli, uważając, że hospicjum zabiera chorego. Bzdura. Ono tylko pomaga rodzinie, pomaga w cierpieniu, bólu i przyzwyczaja do śmierci.
Niewielu jednak ma problem z odpowiedzeniem na to, czy hospicjum ma sens. „Oczywiście – odpowiada bez wahania Angela S. - Wszystko, co pochodzi z dobrej woli i ma na celu rozpowszechnianie i czynienie dobra, w mniejszym lub większym stopniu ma sens”.
Dając nadzieję
Nie ulega wątpliwości, że hospicjum jest instytucją potrzebną. Warto o nim mówić i przyzwyczajać ludzi do śmierci, bólu i cierpienia. Ostatnie chwile na tym świecie mogą być niezapomnianą lekcją zarówno dla osoby umierającej, jak i dla rodziny. Warto pamiętać, że musimy pomagać, bo nigdy nie wiadomo, czy i my nie będziemy musieli z pomocy innych skorzystać. Po prostu – dajmy nadzieję. Nadzieję na lepsze jutro. Nadzieję na spokojną śmierć. Nadzieję na pogodzenie się ze światem.
Nadzieję potrzebną każdemu człowiekowi. Bez względu na to, kim jest.
* wypowiedzi są podpisywane rzeczywistymi imionami; pseudonimy internetowe są zgodnie z pisownią stosowaną przez ich właścicieli
Historia hospicjum
Pomoc dla potrzebujących znana już była prawie dwa tysiące lat temu. Zakładano przytułki dla bezdomnych, chorych i samotnych, opiekowano się nimi, rozmawiano. Pierwsze hospicjum, które znamy współcześnie, powstało czterdzieści lat temu w Londynie. Cicely Saunders podczas rozmów z nieuleczalnie chorym polskim lotnikiem, Dawidem Taśmą, wpadła na pomysł założenia instytucji, która pomogłaby godnie przeżyć ostatnie chwile życia, uporządkować ziemskie sprawy i odejść w pokoju ze sobą i światem. Realizacja idei zajęła jej dziewiętnaście lat, a w 1967 roku powstało pierwsze na świecie hospicjum – Hospicjum Świętego Krzysztofa w Londynie. Wkrótce powstawały podobne instytucje na całym świecie, wzorując się na pierwowzorze. Sama Saunders była zdziwiona popularnością stowarzyszenia, które sama stworzyła, niemniej jednak popierała każdy kolejny projekt, uważając, że wszędzie na ziemi ludzie mają prawo – bez względu na wyznanie, poglądy czy kolor skóry – godnie odejść z tego świata.
Hospicjum Świętego Łazarza w Krakowie było pierwszym hospicjum w Polsce. Budowa trwała długie lata, w ostateczności drzwi domu zostały otworzone 14 grudnia 1996 roku. Odbyła się Msza Święta sprawowana przez Metropolitę Krakowskiego Ks. Kardynała Franciszka Macharskiego, który uroczyście poświęcił hospicjum. 22 stycznia 1998 roku instytucja przyjęła pierwszych potrzebujących.
Żorskie hospicjum
Jan Paweł II, podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Polski, na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 roku, powiedział: „Doznajemy niejako przynaglenia, abyśmy korzystając z daru miłosiernej miłości, Boga, sami z dnia na dzień oddawali życie, czyniąc miłosierdzie wobec braci. Uświadamiamy sobie, że Bóg okazując nam miłosierdzie, oczekuje, że będziemy świadkami miłosierdzia w dzisiejszym świecie”. Słowa Papieża Polaka i jego wezwanie do czynienia miłosierdzia stały się zalążkiem powstania żorskiego hospicjum.
Pani Dorota Domańska, była pani dyrektor mojego gimnazjum, współzałożycielka hospicjum i prezes I kadencji (2003-2007), wraz z grupką gimnazjalistów i młodzieży z Diakonii Miłosierdzia, funkcjonującej przy parafii św. Stanisława w Żorach, która czasem chodziła do domów ludzi chorych i pomagała w codziennych czynnościach, wzięli sobie gorąco do serca słowa Jana Pawła II. Powstał pomysł powołania hospicjum, pozytywnie odebrany przez innych. W tworzeniu pomogli między innymi ks. Józef Hertling, wikary we wspomnianej parafii, Dorota i Dariusz Domańscy, ks. Prałat Jan Szewczyk, Grzegorz Słomian, lekarz onkolog i inni.
Wydawać by się mogło, że nadanie hospicjum imienia Jana Pawła II nie było rzeczą sporną. Nic bardziej mylnego. „Wręcz odradzano nam nadanie patronatu naszemu Ojcu Świętemu… Proponowano nadanie hospicjum imienia Matki Teresy z Kalkuty czy św. Kamila – twierdzi pani Domańska. – Ale z mężem uparliśmy się, bo to wszystko powstało właśnie dzięki słowom Jana Pawła II”. Powodem sporu było między innymi to, że nie wszyscy wolontariusze czy osoby potrzebujące byli katolikami. „Dopiero po śmierci Jana Pawła II powstała taka więź i wszyscy uświadomili sobie, że był to jednak dobry wybór” – dopowiada pani prezes.
Hospicjum im. Jana Pawła II w Żorach zostało zarejestrowane 23 kwietnia 2003 roku. Przy powstaniu pomogło wiele osób, które do dziś są wolontariuszami. Są to zarówno osoby dorosłe, jak i młodzież. Ludzie młodzi bardzo ochoczo przyjęli wiadomość, że mogą zostać wolontariuszami, jednak jednego nie potrafili zrozumieć. „Niektórzy niemal obrazili się na to, że nie pozwoliliśmy im od razu chodzić do chorych – opowiada pani Domańska, po czym dopowiada ze śmiechem: – Gotowi byli z miejsca chodzić do chorych, nawet nie pytając o zgodę rodziny”. Nie wszyscy jednak zrozumieli, że potrzeba czasu, by czegoś dokonać. Zapominali, że śmiertelnie chory różni się od tego „zwykłego” chorego. Ten pierwszy wie, że nie ma dla niego ratunku, że czeka go śmierć, ten drugi zaś ma świadomość, że wyzdrowienie, prędzej czy później „Czasem zdarza się, że ktoś przyjdzie i chce od razu chodzić do chorych – twierdzi pani prezes. – Tak się nie da”.
Żorskie hospicjum opiekuje się tylko osobami pełnoletnimi. „Dzieci odsyłamy do hospicjum w Mysłowicach – odpowiada pani Domańska. – Nie jesteśmy przygotowani do pracy z dziećmi, a tamto hospicjum jest stworzone przede wszystkim z myślą o nich”.
Akcje
Hospicjum tworzą ludzie dobrej woli. Wolontariusze pracują bezpłatnie, kierują się potrzebą pomocy drugiemu człowiekowi. Są też organizowane ogólnoświatowe akcje, charytatywne koncerty czy zbiórki pieniędzy. W planach istnieje także sprzedaż płyty z piosenkami żorskich artystów, z którego dochód zostanie przekazany na Hospicjum im. Jana Pawła II. Dzięki dobremu sercu ludzi udało się zebrać żorskiemu hospicjum potrzebny sprzęt czy leki dla potrzebujących.
Często imprezy, na których zbierane są pieniądze, tworzone są przez pomysły naszych wolontariuszy. „Mamy w wolontariacie pewną kobietę, której mąż należy do klubu harleyowców – mówi pani Domańska. – Stąd ostatnio na rynku był pokaz harleyów”.
Idea hospicjum szerzy się także w związku z różnorakimi akcjami, które mają na celu rozpowszechnianie działalności stowarzyszenia.
Jedną z nich są Pola Nadziei. Jesienią sadzi się sadzonki żonkili, symbolu kruchego życia ludzkiego, zaś wiosną, kiedy kwiaty kwitną, odbywają się marsze i koncerty. Organizowane są także konkursy, spektakle. W akcji tej uczestniczy wiele żorskich szkół i przedszkoli, dzięki której dzieci i młodzież poznają wartości promowane przez hospicjum.
Inną akcją, o której warto wspomnieć, jest „Hospicjum to też życie”. Kampania trwa cały rok pod określonym hasłem. Tegoroczne hasło brzmi: „Wolontariat hospicyjny – lubię pomagać”. Organizowane są koncerty, konkursy, wykłady, recitale… a wszystko po to, by uświadomić ludziom jak najwięcej spraw. Zrozumieć śmierć, przyzwyczaić się do słowa „hospicjum”, nauczyć, że należy szanować siebie nawzajem i oswoić się z cierpieniem, szerzyć wolontariat.
Dzięki akcjom istnieje szansa, że wielu ludzi zrozumie ideę i główne wartości hospicjum.
Wolontariat
„Na pewno hospicjum ma sens – pisze w komentarzu mojego bloga mimi_fanka, ale zaraz potem dodaje: - Aczkolwiek mi by się pewnie nie chciało pracować jako wolontariusz...”. Wiele osób odpowiada i myśli podobnie. Niektórym szkoda czasu na bycie wolontariuszem, inni nie mają takiej możliwości ze względu na brak hospicjum w ich miejscowości, a jeszcze inni w ogóle o tym nie myśleli. Każdy rutynowo podkreśla szlachetność ludzi, którzy pracują w hospicjum, ich wiarę w lepsze jutro, pomoc drugiemu człowiekowi i ogromne serce, ale większość z nas woli wrzucić kilka groszy do skarbonki podczas zbierania pieniędzy i myśleć, że jest się dobrym i wartościowym człowiekiem, człowiekiem pomagającym. Oczywiście, pomoc finansowa jest ważna, ale przecież nie tylko ona się liczy, prawda?
Na pytanie, jaki powinny być wolontariusz, wiele osób ma już przygotowaną odpowiedź. „Według mnie powinni to być sympatyczni, uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni ludzie, a ich praca powinna polegać na pomaganiu potrzebującym, próbie zastąpienia im bliskich, bycia osobami, z którymi chorzy i potrzebujący mogliby zawsze prosić o pomoc, kiedy jej potrzebują, prosić o rozmowę, rozrywkę” – stanowczo odpowiada Ania, gimnazjalistka.
Duża liczba osób chce także zostać wolontariuszem, ale na samym chcieć się kończy. Zazwyczaj nikomu nie chce się pytać, jeździć na zebrania, ludzie wolą mieć wszystko podane na talerzu. Zbierać pieniądze podczas koncertu? Okej, nie ma sprawy. Chcesz należeć do wolontariatu? Mogę należeć… tylko podaj mi wszystkie informacje. Chcesz być wolontariuszem hospicjum? A… jest w ogóle coś takiego?
Z rozmów przeprowadzonych przeze mnie wynika, że wiele osób podjęłoby się tego zadania, jednak przyznają, że może to być też taki słomiany zapał. Większość nawet w ogóle o tym nie myślała. A niektórzy zdecydowanie temu przeczą. „Czy chciałabym być wolontariuszem? – zastanawia się D’ark na forum. - Nie. Rozpłakałabym się na widok tych wszystkich biednych oczu”. Podobne zdanie mają też inni. „Wolontariuszką nie mogłabym być – zgadza się z D’ark Alexandra na tym samym forum. – Mnie, gdy widzę pogrzeb czy cmentarz napadają straszne myśli, bo ja cholernie boje się śmierci, a właściwie bólu, który zostaje po niej.”
Niemalże każdy z nas słyszał o wolontariuszach bądź sytuacjach z nimi związanych. Każdy z nas docenia ich wkład, jaki towarzyszy im w pracy oraz to, że częstokroć pozytywnie wpływają na chorych. „Przypomina mi się pewna sytuacja, która miała miejsce, gdy byłam w szpitalu – opowiada Angela S., licealistka. - Mała, sześcioletnia dziewczynka, która nie mogła chodzić, bardzo nie lubiła, kiedy mama ją czesała. Wprost wyrywała się i uciekała na wózku inwalidzkim, byleby nie dać zapleść sobie warkoczyków. Jednak, kiedy naszą salę odwiedziła wolontariuszka, mała, podobnie zresztą, jak inni, była nią tak zafascynowana, że poddała się dwugodzinnemu zabiegowi zaplatania koronki z włosów. I, o dziwo, stwierdziła, że bardzo lubi fryzjerstwo, czym nieco zaskoczyła swą mamę”.
Wiele osób ma błędne wyobrażenia na temat pracy wolontariusza hospicjum. Uważa, że trzeba codziennie chodzić do umierającej osoby, sprzątać, gotować, rozmawiać i czekać, aż umrze. Uważa błędnie, należy dodać. Owszem, niektórzy wolontariusze odwiedzają nieuleczalnie chorych, jednak jest to tylko garstka. Aby ich odwiedzać, trzeba ukończyć specjalny kurs i mieć osiemnaście lat. Najpierw przechodzi się jednak taki jakby „staż” i przez pół roku, wraz z zespołem hospicyjnym, odwiedza się potrzebujących. „Niektórzy nie wytrzymują. To praca dla ludzi o mocnych nerwach” – zapewniają wolontariuszki, które już chodzą do chorych. „Jeśli ktoś ma chore płuca, to tylko kaszle, ma chrypkę i inne objawy – opowiada inna Angela, wolontariuszka. – Ale jeśli ktoś ma na przykład raka piersi, to nieciekawie to wygląda…”.
Mitem jest także to, że chorego trzeba odwiedzać codziennie. „Odwiedziny ustala się z rodziną. Czasem jest to po prostu godzina tygodniowo, w której rodzina chorego robi na przykład zakupy” – opowiada pan Grzegorz.
Są dwa typy wolontariuszy. Pierwsza grupa to osoby chodzące do chorych, drudzy są tzw. wolontariuszami akcyjnymi i nie mogą narzekać na brak zadań. Zbierają pieniądze podczas różnych akcji, rozdają ulotki, pomagają przy tworzeniu koncertów, zajmują się robieniem zdjęć czy stron internetowych, niektórzy nawet malują obrazy i sprzedają, a pieniądze przekazują na hospicjum. Każdy wykorzystuje swoje umiejętności. Wbrew pozorom, praca wolontariusza nie zajmuje dużo godzin miesięcznie. Nawet będąc mocno zaangażowanym wolontariuszem akcyjnym, hospicjum nie poświęca się aż tak wiele czasu wolnego, jak by się to mogło wydawać. Choć oczywiście nie możemy generalizować: są wolontariusze, którzy codziennie chodzą do chorych, ale są i tacy, którzy pomagają tylko w jakiś akcjach, na przykład trzy, cztery razy lub więcej do roku.
Żorscy wolontariusze
W Żorach jest około 60 wolontariuszy, w różnym wieku i różnej płci.
Niektórzy nie mieli styczności z ludźmi umierającymi, jednak niewątpliwym faktem jest, iż takie spotkania zapadają głęboko w pamięci.
„Największą lekcją była dla mnie śmierć przyjaciela – wspomina pani Domańska. – Między innymi on tworzył hospicjum, a pod koniec życia sam musiał skorzystać z jego usług…”. Pani prezes twierdzi, że to była ważna lekcja życia, zarówno dla niej, jak i dla innych. „Ktoś powiedział, że nie ma ludzi niezastąpionych… Nieprawda. Każdy jest jedyny i wyjątkowy”.
Wolontariusze trafiają do hospicjum z różnych powodów. „Mamy na przykład wolontariuszkę, która dołączyła do nas po śmierci męża” – mówi pani prezes. Jedni sami wpadli na taki pomysł, jeszcze inni zostali zaproszeni przez znajomych – wolontariuszy.
„Pani Domańska poprosiła mnie o pomoc i się zgodziłam” – wspomina pani Ilona Ratajczak, pedagog z mojego gimnazjum. Opowiadała też o swojej pracy jako wolontariusza akcyjnego, a także o kursie, jaki odbyła. Twierdzi, że ludzie, którzy wiedzieli o swojej śmierci, wcale o niej nie myśleli. Skupiali się na tym, jak minie im dzień, kto do nich przyjdzie i czy będzie słoneczna pogoda. „Zdziwiło mnie też to, że wolontariuszami byli także więźniowie – wspomina pani Ratajczak. – Najczęściej były to osoby, którym nie opłacało się uciekać. Każdy dookoła wiedział, że ten wolontariusz jest więźniem, choć nigdzie nie miał tego napisanego. Szczerze mówiąc, gdybym sama o tym nie usłyszała, nigdy bym się tego nie domyśliła.”
Postanowiłam sprawdzić osobiście, jak wygląda praca wolontariusza i przyszłam na jedno ze spotkań, kilka dni przed koncertem na rzecz hospicjum. Wszyscy byli uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni do każdego, znajomego czy też nie. Zaczęliśmy luźną rozmowę, wspólnie żartując i rozmawiając na wiele tematów. Stałe wolontariuszki opowiadały o swojej pracy, akcjach związanych z pomocą potrzebującym i śmiesznych sytuacjach podczas odwiedzin. „Czasem dadzą ci zgnite jabłko czy przeterminowany baton – śmieje się Jadzia, jednak zaraz potem poważnieje. – A ty musisz to po prostu wziąć i grzecznie podziękować, bo nieraz to wszystko, co mają”. Mówiąc nam o zasadach panujących podczas odwiedzania nieuleczalnie chorych, wolontariuszki nie ukrywały także przykrych wad. „Miałam w opiece pewnego pana. Byłam u niego w poniedziałek. Uśmiechnięty, wesoły. Nic nie wskazywało, że mu się pogorszy – wspomina Angela. – W czwartek zmarł”. „Czasem zdarzy się, że ktoś umrze na twoich rękach” – mówi Jadzia. Wolontariuszki opowiadały o swoich początkach, wzlotach oraz upadkach i dawały dobre rady. „Nie można się zrażać – stanowczo twierdzi Jadzia. – Chory może na przykład powiedzieć, że cię nie chce, że woli wolontariuszkę o pomarańczowych oczach, a ty nie możesz się obrazić i musisz uszanować jego decyzję”.
Gdy padło pytanie o to, czy chcielibyście po ukończeniu osiemnastu lat odwiedzać chorych, większość wyraziła taką chęć, niezrażona przykrymi sytuacjami, jakie mogą z tej pracy wyniknąć.
Podczas spotkania przygotowałyśmy się do zbiórki pieniędzy. Każdy, kto wrzucił coś do skarbonki (wolontariusze zbierali zarówno podczas sobotniego koncertu, jak i po Mszy Świętej), dostawał sadzonkę żonkila owiniętą w kolorowy, miękki materiał, dodatkowo obwiązany źdźbłem słomy. Praca zeszła nam szybko na rozmowach, śmiechach i żartach, a wskazówki zegara poruszały się jakby dwa razy szybciej.
Wiem, że miałam tylko przyjść na spotkanie zobaczyć, jak to jest. Jednak panuje tam taka niesamowita atmosfera i radość, że zapisałam się do wolontariatu. I jestem pewna, że nie będę żałować swojej decyzji.
Hospicjum stacjonarne a domowe
Hospicjum dzieli się na dwa rodzaje, stacjonarne i domowe. Pierwsze to coś w rodzaju szpitala, budynku, gdzie mieszkają nieuleczalnie chorzy, drugie zaś ma na celu pomoc chorym w ich własnych domach.
Na to, które hospicjum jest lepsze, większość ma podobne zdanie. „Tutaj też nie można odpowiedzieć jednoznacznie – pisze Tencza na łamach mojego bloga. - Jeżeli osoba ma miejsce, które kocha i które jest dla niej wszystkim, to oczywiście dom. Ale jeśli nie ma niczego lub posiada marne warunki domowe, to hospicjum stacjonarne... Dla takich ludzi ważne są warunki”.
Zarówno hospicjum stacjonarne, jak i domowe, ma swoje plusy i minusy. Trzeba jednak podkreślić z stałą stanowczością, że osoby mieszkające w hospicjum stacjonarnym nie znajdują się tam bez konkretnej przyczyny. Chory pozostaje w domowym zaciszu dopóki może, jeśli jego stan będzie wymagał całodobowej, profesjonalnej opieki medycznej zostaje zabierany do hospicjum stacjonarnego, ale jeżeli znów mu się polepszy – wraca do domu. Należy pamiętać, że chory ma prawo odejść w otoczeniu swojej rodziny i hospicjum tego nie utrudnia, lecz z całych sił stara się to zapewnić.
Nie możemy powiedzieć, że rodzina ludzi potrzebujących zamieszkałych w hospicjum stacjonarnym chce się pozbyć chorego. Jak twierdzi pani Domańska, tylko w trzech sytuacjach można umieścić chorego w hospicjum stacjonarnym: „Pierwsza, jeśli chory potrzebuje całodobowej opieki medycznej. Druga, jeśli chory nie ma bliskiej osoby lub rodzina jest za daleko, by się nim mogła opiekować. Trzecia, tymczasowo – tzw. opieka wyręczająca, gdy rodzina na przykład musi wyjechać i nie ma kogo pozostawić w opiece osobie chorej”.
Hospicjum domowe zaś ma na celu pomoc w domowym zaciszu. Do chorego zawsze chodzi zespół hospicyjny, czyli wolontariusz, lekarz pielęgniarka, psycholog oraz, jeśli tego zażyczy sobie pacjent, ksiądz – kapelan. W tym czasie opiekują się chorym, pozwalając rodzinie odetchnąć na jakiś czas i pożyć swoim życiem. Wbrew pozorom obecność księdza nie jest zwiastunem szybkiej śmierci. Często właśnie on, dzięki swojej wierze, pomaga duchowo i daje nadzieję, czasem nawet pomagając lepiej od psychologa.
Chory zostaje w domu dopóki może, nigdy nie zabiera się go do hospicjum stacjonarnego bez konkretnej przyczyny. Dla ludzi najważniejsza jest śmierć w otoczeniu bliskich, znajomych, rodziny – i to dla hospicjum jest priorytetem. Zespół chodzący do chorego zazwyczaj towarzyszy takiej osobie do chwili śmierci i dłużej, pozostaje przy bliskich w czasie żałoby, osierocenia.
Potrzebujący
Aby zgłosić chorego do hospicjum członek rodziny lub znajomy chorego musi pójść do biura i wypełnić odpowiedni formularz. Można też dokonać zgłoszenia telefonicznie. „W ciągu 12 godzin przychodzi lekarz i ocenia, czy dana osoba kwalifikuje się do pomocy hospicyjnej – opowiada pani Domańska. – Często nawet rodzina o tym nie wie, a nie zawsze taka pomoc jest konieczna”.
Jedną z głównych myśli hospicjum jest to, że zdanie chorego jest najważniejsze. Jego słowo jest niemalże święte. To on decyduje, czy chce mieć wizyty, czy chce korzystać z pomocy hospicyjnej, czy chce przyjmować leki, a nawet może wybrać wolontariuszy, którzy będą go odwiedzać. Zawsze o wszystko pyta się pacjenta. „To nie jest tak, jak w szpitalu – mówi pani prezes. – U nas szefem zespołu hospicyjnego jest pacjent”.
Słowa rodziny owszem, są ważne, ale nie tak, jak pacjenta. To on tutaj decyduje.
„Niektórzy swoje cierpienie poświęcają dla kogoś. Była na przykład sytuacja, że chory przez tydzień nie brał leków, a jego cierpienie było w intencji tego, by odwiedzająca go wolontariuszka zdała maturę – opowiada pani Domańska. –Zdała”.
Chorzy zazwyczaj godzą się ze śmiercią i na ogół o niej nie rozmawiają. Rodzina zaś często unika tego tematu, uznając go za temat tabu i nie dopuszczając do siebie tej myśli. Często też nie są przygotowani na ból, cierpienie i smutek. Chory niekiedy wie lepiej od rodziny, że wkrótce umrze i jest na to przygotowany. Choć są wyjątki od reguły, bo niektórzy nie potrafią przyjąć do siebie tej myśli. „Mieliśmy takiego pacjenta, który nie chciał słyszeć, że umrze – wspomina pani Domańska. – Krzyczał, denerwował się, choć ze względu na podane leki nic go nie mogło boleć. Umarł, do końca nie potrafiąc tego przyjąć i zrozumieć”.
Niektórzy jednak w ciągu ostatnich dni nie zamierzają rezygnować z wielu przyjemności bądź nadal chcą spełnić swoje marzenia. „Był pewien chory, który bardzo lubił wędkować. Nawet tydzień przed śmiercią pojechał na ryby – opowiada pani prezes. – Była też pewna pani, który kochała góry. Zgodnie z jej życzeniem, samochodem wjechaliśmy na Równicę. Jeszcze przed śmiercią zobaczyła swoje ukochane szczyty”.
Na pytanie, czy ktoś, kto trafi do hospicjum, od razu skazany jest na śmierć, pani Domańska zaprzecza. „Nie. Będąc pod opieką hospicjum zdarza się, że rozwój choroby się zatrzymuje bądź stan się poprawia. Niestety, nie mieliśmy takiego cudu jak u Ojca Pio, gdzie śmiertelnie chory wyzdrowiał – mówi pani prezes, a potem dodaje: - Czasem jest tak, że chory zostaje wypisany, bo mu się polepsza, a za rok znów wraca. Zdarzyło nam się też, że rodzina zgłosiła chorego trzy dni przed jego śmiercią”.
Właściwie to od charakteru chorego zależy, jak zniesie śmierć i rozstanie z bliskimi. „Wiadomo, że wierzącym jest łatwiej. Oni przynajmniej wierzą, że po śmierci nadal jest życie” – twierdzi pani prezes.
Nie jest też tak, że gdy chory umrze, hospicjum już nie pomaga rodzinie. Minimum rok po śmierci wolontariusze odwiedzają ją, rozmawiają, wspominają wspólne chwile. Szczególnie po śmierci służą pomocą, wspierają. Rodzina nigdy nie zostaje sama.
Budowa hospicjum stacjonarnego
Od samego początku istnienia żorskiego hospicjum w planach jest budowa hospicjum stacjonarnego. Trudnością jest zebranie funduszy, bo pomimo dobrych serc wielu ludzi, wciąż brakuje pieniędzy. Na dzień dzisiejszy zebrana jest tylko 1/6 całkowitej kwoty.
Istotną kwestią jest to, czy budynek zostanie stworzony przez miasto Żory i oddany w stanie gotowym. Jeśli by się tak stało, ułatwiłoby to wiele rzeczy.
Prowadzone są już początkowe rozmowy, trwają rozmowy nad projektem, jest już działka przeznaczona specjalnie na budowę. „Wiosną 2008 chcielibyśmy już zacząć” – mówi pani Domańska.
Planowane jest stworzenie hospicjum stacjonarnego na około 15 łóżek z możliwością rozbudowy. W hospicjum powinna być między innymi kuchnia. „Jeśli chory zażyczy sobie jajecznicy, rodzina ma prawo tę jajecznicę zrobić – twierdzi pani prezes. – Hospicjum ma być przede wszystkim domem”.
„W pokoju musi być dodatkowe łóżko czy składany fotel, aby ktoś z rodziny mógł czuwać cały czas przy chorym” – dodaje także pani Domańska.
Ciężko jest określić coś więcej na temat budowy. Wszystko zależy od wielu czynników, ale faktem jest, iż wciąż nie ma wystarczającej kwoty na stworzenie hospicjum stacjonarnego. Dlatego każda symboliczna złotówka może okazać się bardzo potrzebna…
Czy to ma sens?
Przysłuchując się opiniom ludzi na temat hospicjum, ma się wrażenie, że ludzie boją się tego budynku. „Niedaleko mojej miejscowości jest hospicjum – pisze tulipanka. - Duży budynek, ładny... Ale nawet nie chcę sobie wyobrazić, co dzieje się w środku... Ludzie, którzy tam mieszkają, z góry wiedzą, że już niewiele dni im zostało, że umrą”.
Niemalże wszyscy coś na temat hospicjum wiedzą, jednak samo to słowo budzi niejako lęk, strach i obawę. Kojarzone jest tylko ze śmiercią, cierpiącymi, starymi ludźmi, szpitalnymi łóżkami. Tak nie powinno być! Hospicjum to nadal życie, to wciąż ostatnie chwile na tym świecie. Hospicjum ma za zadanie zapewnić osobom chorym, bez nadziei i szansy na całkowite wyzdrowienie, godne człowieka odejście z tego świata.
Wiele osób twierdzi, że hospicjum ma sens, że jest potrzebne, że jest ważne… Jednak niewiele osób w przyszłości chciałoby skorzystać z pomocy takiego ośrodka. „Nie, nigdy nie oddałabym bliskiej mi osoby w opiekę hospicjum, zwłaszcza, że jestem prawie pełnoletnia i sama mogłabym się zająć taką osobą – twierdzi ze stanowczością Angela S., licealistka. – Choć sama zdaję sobie z tego sprawę, ze hospicjum ma sens i w rzeczy samej czyni dobro, to mimo wszystko wolałabym mieć bliską osobę przy sobie. Sama chciałabym jej dać to, czego potrzebuje. I jeśli miałabym taką szansę, nie zawahałabym się”.
Skojarzenia na temat hospicjum są różne. „[Hospicjum kojarzy mi się] z bolesnym oczekiwaniem na śmierć – twierdzi Kay na forum. – Życiem ze świadomością, że możesz umrzeć jutro, za tydzień, za miesiąc. Hospicjum nie kojarzy mi się tyle co ze śmiercią, ale rozpamiętywaniem tego, co było i czekaniem na ostateczność”. Inni myślą o hospicjum jak o śmierci, niektórzy jednak twierdzą jak Czandra, również jedna z osób piszących na forum: „Nie znam się za bardzo na tego typu sprawach...”.
Czasem można odnieść wrażenie, że ludzie owszem, popierają działalność hospicjum, z chęcią pomagają, chwalą złote serca wolontariuszy, ale sami nie wyobrażają sobie korzystanie z pomocy. Wolą spędzić ostatnie dni swojego życia w domowym zaciszu, wśród rodziny, przyjaciół, znajomych i zapominają o podziale pomiędzy hospicjum stacjonarnym a domowym, zaś odpowiadając zawsze myślą tylko o tym pierwszym, nie wspominając drugiego. Co niektórzy tylko cicho dopowiadają, że – kto wie, co będzie za kilka lat? Może i ja będę musiał skorzystać z usług hospicjum?
Większość błędnie myśli, uważając, że hospicjum zabiera chorego. Bzdura. Ono tylko pomaga rodzinie, pomaga w cierpieniu, bólu i przyzwyczaja do śmierci.
Niewielu jednak ma problem z odpowiedzeniem na to, czy hospicjum ma sens. „Oczywiście – odpowiada bez wahania Angela S. - Wszystko, co pochodzi z dobrej woli i ma na celu rozpowszechnianie i czynienie dobra, w mniejszym lub większym stopniu ma sens”.
Dając nadzieję
Nie ulega wątpliwości, że hospicjum jest instytucją potrzebną. Warto o nim mówić i przyzwyczajać ludzi do śmierci, bólu i cierpienia. Ostatnie chwile na tym świecie mogą być niezapomnianą lekcją zarówno dla osoby umierającej, jak i dla rodziny. Warto pamiętać, że musimy pomagać, bo nigdy nie wiadomo, czy i my nie będziemy musieli z pomocy innych skorzystać. Po prostu – dajmy nadzieję. Nadzieję na lepsze jutro. Nadzieję na spokojną śmierć. Nadzieję na pogodzenie się ze światem.
Nadzieję potrzebną każdemu człowiekowi. Bez względu na to, kim jest.
* wypowiedzi są podpisywane rzeczywistymi imionami; pseudonimy internetowe są zgodnie z pisownią stosowaną przez ich właścicieli














