iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Styl Życia / Inne
+ - 1

I znowu idą święta... czyli święta w krzywym zwierciadle

23 12 2006 Joanna Maliborska Artykuł był czytany 3611 razy

Świąteczni optymiści jak zwykle uradowani krążą od kilku dni z uśmiechem na twarzy, zaś sceptycy przeżywają święta w nieco inny sposób pragną by jak najszybciej one minęły, mimo faktu, iż jeszcze się nie zaczęły!

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Świąteczni optymiści jak zwykle uradowani krążą od kilku dni z uśmiechem na twarzy, zaś sceptycy przeżywają święta w nieco inny sposób, pragną, by jak najszybciej one minęły, mimo faktu, iż jeszcze się nie zaczęły! Wszechobecna atmosfera zwiastująca święta jest wszędzie, na każdym kroku można ją z łatwością wyczuć... W domu, sklepie, pracy, telewizji, radiu i gdziekolwiek się nie obrócimy...
Mikołaje, bombki, choinki itp. gadżety zwiastujące święta są z nami od początku listopada. We wszystkich galeriach oraz hipermarketach lecą świąteczne przeboje od półtora miesiąca... Szczerze powiedziawszy nie zazdroszczę wszystkim pracownikom takich miejsc, ileż można słuchać tych samych kawałków?? A im bliżej 24 grudnia tym świąteczna kumulacja sięga zenitu, przede wszystkim należy zrobić generalny porządek w domu. Nie wiedzieć czemu należy również wysprzątać biblioteczkę oraz garderobę, jakby tam Mikołaj tudzież gwiazdka albo inny aniołek miał zostawić nam podarek z okazji świat. Poza tym na liście obowiązków, jak co roku, należy wyszorować okna jak najlepiej się da, odkurzyć mieszkanie jak nigdy, a później zrobić setkę innych zbytecznych rzeczy.
Gdy dom zostanie ogarnięty czas przejść do drugiej fazy przygotowań. Trzeba udać się do hipermarketu i przeżyć walkę z innymi klientami, ponieważ w tym okresie w sklepach jest tylu ludzi, iż należałoby chyba połowę unicestwić... co gorsza każdy trzyma się kurczowo swojego wózka i za Chiny ludowe nie chce go puścić co najmniej, jakby inna osoba miała ukraść wózeczek! A to bardzo komplikuje sprawę, gdy chcemy się udać do półki po dany artykuł. Kiedy już w końcu uzbieramy wszystkie produkty, pozostaje nam udać się „do mety” czyli kasy. Niestety kolejka jest taka, jakby rozdawali coś za darmo - minimum 30 minut stracone! Baaa, wszyscy stoją uradowani, jakby to miała być jakaś przyjemność zapłacić za tonę zakupów. A my spoglądamy tylko na panią kasjerkę i w myślach sobie mówimy „...Kurcze, ruszaj się szybciej, przecież święta tuż, tuż, a ja mam jeszcze tyle do zrobienia!” Jak zwykle zrobiliśmy tyle zakupów, że wózek jest wypchany po brzegi tak, jakby lada dzień miała nadejść wojna. Gdy uda nam się już wyjść z hipermarketu, potrzebne nam będą nadludzkie siły, aby przytargać wszystkie zakupy do domu, ale to jest pikuś.
Zmęczeni wracamy do domu, a tu trzeba ponownie wyjść, tym razem w poszukiwaniu choinki oraz prezentów - jak zwykle powraca coroczny problem, co kupić matce, ojcu, siostrze, bratu, babci, kuzynowi, ciotce, kotu, chomikowi... Kiedy i ten punkt świątecznego rytuału przeżyjemy, wracamy ledwo żywi do domu i sobie myślimy "hura, zostało „tylko” ubranie choinki oraz praca w kuchni!"
Od następnego poranka pomiędzy innymi domownikami krążymy po kuchni. Denerwujemy się, bowiem matka wzięła ulubiony nóż, ale przeżyjemy to jakoś. Przy zespołowych pracach w kuchni mamy gwarancję, iż zostaniemy oderwani od pracy ze 100 razy, ponieważ każdy z rodziny poprosi nas, abyśmy podali lub zrobili coś innego. Ledwo mieszcząc się w kuchni będziemy trącani co chwilę, ale mimo to będziemy się serdecznie uśmiechać, a w duchu sobie mówić „przecież są święta, przecież są święta... Bądź spokojna”. Po kolei robimy tonę sałatek, lepimy uszka i pierogi, robimy barszcz, kompot oraz pieczemy kilka ciast, jakbyśmy to mieli pochłonąć przez te święta.
W końcu zmęczeni wychodzimy z kuchni, jakbyśmy przepracowali rok w kamieniołomach, zostaje ubranie choinki. Z tym drzewkiem zawsze jest problem! A to jednej osobie nie podoba się czerwona bombka przy małej srebrnej, a to według drugiej osoby kokardka jest źle przymocowana, czy też lampki są ułożone inaczej niż w zeszłym roku, a łańcuch to kompletnie jakoś dziwnie leży. Istny horror, przy którym najszybciej można dostać furii. Brakuje tylko by w tym momencie przepaliły się żarówki!
Jeśli się nie poddamy zostaje już tylko oczekiwanie na gości. Oczywiście połowa się spóźni z 1,5 godziny, bo źle wymierzy czas na dojazd na wigilię, a winę zrzuci na niesamowite korki, warunki atmosferyczne no i nasze ukochane polskie drogi.
Kiedy jednak wszyscy się zbiorą, zostaje ulubiony moment - dzielenie się opłatkiem, zwłaszcza z tą połową rodziny, z którą ostatnio się posprzeczaliśmy bardzo poważnie, ale cóż, musimy się przełamać, złożyć te same życzenia co rok wcześniej, bo przecież nie będziemy robić scen w tak uroczystym dniu. Poza tym nie chcemy robić przykrości matce i babci. Jednak w duchu każdy chyba się zastanawia nad tym zwyczajem: po co się zmuszać do czegoś, na co nie ma się naprawdę ochoty i widać to na każdym kroku. Zresztą większość członków rodziny ma podobne nastawienie, lecz nic nie poradzimy na to, iż taką mamy tradycję.
Gdy przeżyjemy i ten punkt programu pozostaje nam zjedzenie posiłków, które przygotowaliśmy. Oczywiście i tutaj może pojawić się jakieś niespodziewane zdarzenie np. siostra zrobi manifestację i nie zje karpia, ponieważ nasłucha się w radiu czy też w telewizji o ekologach oraz traktowaniu karpi i postanowi nie brać udziału w tym okropnym zjawisku. Tylko ciekawe, czemu w dzień powszedni je mięso, przecież szynka nie powstaje z warzyw i też jakieś zwierzątko musi zginąć, aby mogła zjeść tę kanapkę z wędliną. Ale cóż jej sprawa, jej wybór. Po całym spektaklu z karpiem w tle, pozostaje już nam słuchanie corocznych opowieści rodziny, które jakoś dziwnym trafem uwielbiają wracać co roku tego dnia na spotkaniu. W takim wypadku najlepiej udawać, że słyszy się daną opowieść pierwszy raz, a na boku zaprzyjaźnić się z buteleczką wina i delektować się jego smakiem.
Później czeka nas otwieranie prezentów. Niestety często lubi się tak zdarzyć, że dostajemy coś, czego nie chcemy. A i tak trzeba pokazać swoje aktorskie umiejętności, a konkretnie zachwyt, aby przypadkiem nie zrobić przykrości „Mikołajowi” i podziękować grzecznie za prezent. Dzięki Bogu istnieje Internet oraz aukcje internetowe, za co większość obdarowanych chyba jest wdzięczna!
Po odpakowaniu prezentów pozostaje nam już tylko odliczanie do końca spotkania z rodziną oraz przeżycie kolejnych dwóch dni świąt z rodzinką w tle. Po czym kończą się święta, a w tym momencie sceptycy wpadają w euforię, ponieważ kolejne święta dopiero za dwanaście miesięcy.





+ - 1

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Agnieszka Owczarczak , Wojciech Karwowski

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 4

1. Wojciech | 21:49 23-12-2006

Zgadzam się w 100% z Autorką. Hmmm może czas zmienić polską tradycję ..... a może trzeba się do niej dostosować.

2. Tomasz | 21:37 18-02-2007

Sami sobie zgotowalismy ten los, więc darcie szat jest zupełnie daremne.

3. Celinka | 12:01 01-09-2007

zgadzam się... ale ileż można wałkować temat świąt?

4. bayer | 22:37 05-12-2007

Idą Święta, a to oznacza że…

Najpierw trzeba, kurwa, kupić prezenty. Oznacza to, że będę latał po sklepach, przepychał się przez spoconych ludzi z obłędem w oczach, żeby wydać mnóstwo kasy na jakieś pierdoły. Co gorsza, wszystko już kiedyś komuś kupiłem.



Wujek Edek dostał w zeszłym roku flaszkę, a przecież nie kupię mu w tym roku książki, bo ten facet nigdy nie przeczytał nic ponad tekst na etykiecie półlitrówki. Ciocia Jadzia rok temu ukontentowała się kremem nawilżającym, co go kupiłem z przeceny, bo za tydzień kończył się termin ważności. W tym roku jedynym kosmetykiem dla tej lampucery byłby krem przeciwzmarszczkowy, ale po pierwsze, takich zmarszczek żaden krem nie wygładzi, a po drugie, przecież nie wydam na kosmetyki całej kasy na Boże Narodzenie. I tak ze wszystkimi. Dziecko mordę drze o jakiś nowy program komputerowy, choć i tak wiadomo, że przestanie się nim zajmować po 48 godzinach, bo każda gra jest dla niego za trudna, Półmózg jeden. Żona będzie miała jak zwykle pretensje, że Kowalska z jej biura dostanie coś ładniejszego. W rezultacie kupię byle co - jak co roku.



Potem śledzik w pracy z ludźmi, których mordy są mi nienawistne, i patrzenie na męki szefa, który życzy nam "dużo pieniędzy", choć wszyscy wiedzą, że dopiero wtedy byłby szczęśliwy, gdybym pracował za miskę zupy z brukwi przykuty łańcuchem do komputera. Krwiopijca jeden. Potem wszyscy się nawalą jak szpaki, a pan Henio obślini biust pani Bożeny z księgowości, zamkną się oboje w archiwum, bo oni zawsze walą się jak króliki, kiedy są naprani. Następnego dnia kac, w dodatku żona będzie robić wymówki.



Jeszcze tylko trzeba jebnąć w baniak karpia, bo małżonka - uważacie - wrażliwa jest i na męki zwierzątka nie może patrzeć, choć mnie męczy od 15 lat bez zmrużenia oka, garbata owca. Przynieść i przystroić choinkę. Z dzieckiem, żeby miało ciepłe wspomnienia z dzieciństwa", a ono w dupie ma choinkę, mnie, Boże Narodzenie i wszystko. Jak taki glon emocjonalny, może mieć jakiekolwiek wspomnienia? No i kolacyjka wigilijna. Rodzinna, mać ich w tę i z powrotem. Jedna wielka męka. Co za kutas wymyślił ten łzawy termin "rodzinna wieczerza"? Przyjdą wszyscy ci, od których na co dzień trzymam się z daleka z dobrym skutkiem. Usiądziemy za stołem… A nie, pardon, najpierw prezenty! Trzeba będzie się kłamliwie ucieszyć, choć z góry wiem, że ten krawat kupiony na bazarze od Wietnamczyków dopełniłby liczną kolekcję podobnych gówien, gdybym oczywiście zawalił szafę takim badziewiem, a nie zaraz następnego dnia wyrzucił wszystko do śmietnika. Dostanę też najtańszy koniak i jakieś kosmetyki. Jakie - będę wiedział ostatniego dnia przed Wigilią, kiedy w pobliskim supermarkecie zaczną wyprzedawać to, czego nie udało się upchnąć ludziom.



Po prezentach się zacznie. Te same kretyńskie dowcipy wuja Bronka, zwłaszcza, kurna, ten o gąsce Balbince. Wszyscy będą dokarmiać mojego psa po to, żeby narzygał w nocy na pościel. Ciotka załzawi się po dwóch godzinach żucia żarcia z wytrwałością tapira i zacznie płakać, "jak to dobrze, że trzymamy się razem". Gówno prawda akurat, co wykażą następne dwie godziny, kiedy to nawaliwszy się już, zacznie wyzywać swojego ślubnego od złamanych chujów. To oczywiście prawda, ale dlaczego popierać to rzucaniem w niego salaterką po śledziach? Mniejsza o jego mordę, ale ciotka nigdy nie trafia. Plama na wersalce cuchnie jeszcze przez dwa tygodnie po Wigilii. Jedyna nadzieja, że akurat w tym roku 6-letnia latorośl kuzynostwa z Lublina nie nawali w gacie w połowie kolacji i nie zakomunikuje o tym radośnie jeszcze przed deserem. Bo to, że coś wywali sobie na łeb ze stołu, to pewne jak w banku. Jeszcze tylko muszę przeżyć debilne gadki o polityce, przy których wszyscy oczywiście skoczą sobie do gardeł i na siebie się poobrażają. Na koniec ciotula Jadzia puści maleńkiego pawika na ścianę koło swojego fotela i można będzie odtrąbić koniec męczarni.



A nie, byłbym zapomniał. Kolejną rozrywką będzie wyprawa na pasterkę, bo to religijna rodzina. No to pójdę, choć nikt nigdy nie wyjaśnił, po nagłą cholerę tłuc się po nocy, żeby stać na mrozie w bezruchu przez godzinę czy więcej. Ciekawe, czy moja małżonka znowu wywinie orła na ryj na schodkach kościółka - jak to robi od kilku lat z uporem godnym lepszej sprawy? W kościele, jeśli tam się dopcham, będzie cuchnąć jak w gorzelni, bo wierni tylko dlatego stoją na własnych nogach, bo za duży tłok, żeby upaść. Czasem tylko ktoś beknie albo puści głośno bąka, ale i tak nikt na to nie zwróci uwagi, bo wszyscy drzemią na stojąco. Wracając trzeba tylko będzie uważać na chłopców z osiedla, bo w Wigilię katolicka młodzież szczególnie lubi wpierdolić bliźniemu. Rok temu zglanowali wujka Edka, ale on chyba tego nie zauważył, bo był zalany w płaskorzeźbę.



Wreszcie wychodzą z chałupy, wory jedne. Moment zamykania drzwi za ostatnim z tych troglodytów jest najszczęśliwszą chwilą w moim świątecznym życiu. Kilka dni odpoczynku.



Ale mijają jak z bata strzelił, bo wielkimi krokami zbliża się kolejny kretyński wynalazek - Sylwester. Ludzie! Kto to wymyślił?! Już od listopada ślubna wydala z siebie idiotyczne pomysły, żeby pójść na "jakiś bal". Jakbyśmy srali pieniędzmi… Albo żeby gdzieś wyjechać, gdzie gorąco. A niech se włączy farelkę pod fikusem, będzie miała tropiki w chałupie. I tak przecież skończy się na balandze u Witka. Jasne, trzeba ładnie się ubrać, bo wszystkim się wydaje, że to jakiś uroczysty dzień. Czyli żona najpierw puści w trąbę pół budżetu domowego na jakąś kieckę, w której wygląda jak zwykle, czyli jak w worku po nawozach sztucznych. Ale cena taka, że za to można by żywić jeden powiat w Somalii przez kwartał. Ja się wbijam w garnitur, bo europejska cywilizacja wymyśliła, że mężczyzna wygląda dobrze, gdy wdzieje na siebie marynarę, co pije pod pachami. Pod szyją zawiążę sobie kolorowy postronek. I tak mam przewagę, bo prysnę na dziób jakąś wodę kolońską i jazda, a małżonka kładzie sobie tapety tyle, że palec w to wchodzi do pierwszego stawu, a daje rezultat mumii Tutenchamona zaraz przed konserwacją. I zajmuje ze trzy godziny. Łazienka, oczywiście, zajęta i wszyscy pozostali domownicy mogą szczać do zlewu, jak mają potrzebę, albo niech zdychają na uremię.



U Witka ten sam zestaw ludzki, ale czasem trafia się coś nowego, na czym można by oko zawiesić. Jak zwykle nic z tego nie wyjdzie, bo chociaż Wituś ma dużą chałupę, to ryzyko za duże. Zresztą każda kobitka jeszcze przed północą doprowadza się do stanu, w którym wygląda jak kupa. W tym dniu trzeba być radosnym jak młody pies, szczerzyć zęby w uśmiechu i ruszać w tany, nawet jeśli ni pyty nie mam o tym pojęcia. Zresztą nikt nie ma, za to wszyscy miotają się w konwulsjach i po krótkim czasie cuchną, jak gdyby nie myli się z tydzień. Baby w szczególności. Z facetami jest prostsza sprawa, bo już koło jedenastej są pijani w sztok i bełkoczą albo chcą ruchać wszystko, na co trafią w drodze do baru. O północy trzeba obcałować wszystkie te oślinione i śmierdzące wódą mordy, obłudnie życząc wszystkiego najlepszego, choć jedyne, o czym wtedy myślę, to żeby ich szlag trafił czym prędzej. Potem sylwestrowa noc, banalna do bólu - rozmazane makijaże kobitek (najlepszy tusz nie wytrzyma, gdy właścicielka walnie mordą w sałatkę), śpiący pokotem faceci, jacyś zarzygani klienci w kiblu. Norma. Ja, oczywiście, nawalę się już przed północą, żeby uniknąć konieczności odwożenia mojej nawalonej ślubnej do domu.



I tak zakończę ten najgorszy okres w roku…