iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Styl Życia / Inne
+ - 1

Idą święta...

18 12 2006 Kinga Matałowska Artykuł był czytany 2379 razy

Idą święta, idą. Gdy byłam dzieckiem, czas ten żył w mojej świadomości na długo przed adwentem. Gdy byłam dzieckiem, świętami pachniało już od końca września. Gdy byłam dzieckiem...

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Zaczynało się od złotek i bibuły. Mój ojciec przez cały rok składował je w drewnianym kuchennym narożniku. Gdzieś pod koniec września składowanie to przybierało na sile. W połowie listopada złotka i bibuła każdego wieczora dostojnym krokiem wywędrowywały na blat kuchennego stołu. Była jeszcze dziwna, metalowa puszka, ołówek, nożyczki, zastrugany na ostro patyczek i klej. Puszkę przystawiało się do bibuły i ołówkiem obrysowywało się jej kształt. Wycięte idealnie kółka docinało się odpowiednio, a potem kręciło się choinkowe jeże. Wychodziły takie śmieszne gwiazdki z igiełkami, posrebrzane złotkami z cukierków, które po zszyciu razem wieszało się na bluszczu w kuchni, żeby tam powoli dojrzewały do decyzji, co do ich późniejszego przeznaczenia - już na zielonym drzewku.

Dzieciństwo to także prawdziwy adwent i prawdziwe roraty. Nie te o siedemnastej trzydzieści czy o osiemnastej, jako siedmioletnia dziewczynka wstawałam wpół do szóstej rano, żeby po cichu, w totalnej ciemności rozjaśnianej jedynie własnoręcznie wykonanym tekturowym lampionem, udać się do kościoła. Tam – puste ławki, mrok, pieśni o Archaniele Gabrielu. Na tydzień przed świętami, przy głównym ołtarzu pojawiały się niebieskie schodki, w dole których stał żłobek, i mały Chrystus: co dzień był niżej. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś go tam przenosił. Stąd moje dziecięce, ciepłe przekonanie, że schodził do nas sam. Pamiętam, oj, pamiętam ciemnogranatowe, przejrzyste, rozgwieżdżone niebo, śnieg jak nigdy skrzypiący pod butami - i kwiaty, malowane rękoma mrozu na odświętnych szybach.

Szósty grudnia, to taka data... kto, które dziecko nie ma wspomnień z tą datą związanych? Nie wiem, nie znam takich maluchów. U nas w domu było nieco inaczej, niż w domach innych dzieci. Mój tato był osobą bardzo religijną, w związku z czym, Mikołaj który nas odwiedzał nie przypominał tego groteskowego, amerykańskiego Mikołaja z obowiązkową czerwoną czapką, purpurowym nosem i nadwagą. Nie, nie, do nas przychodził biskup Mikołaj z pastorałem w ręku, tradycyjnym nakryciem głowy, w kożuchu. „Mamo, mamo, kożuch taki sam, jak tatusiowy”! Przynosił zabawki, słodycze, konieczne tego dnia pomarańcze i rózgę. Rózga to też nie była taka symboliczna, ozłocona gałązeczka, jaką czasem kupić można teraz w supermarketach. Wielki pęk długich, ostrych gałęzi ledwo obstawała czerwona wstążka.

No i w szkole - granie kolęd na flecie, za trzy można było dostać piątkę, za pięć – sześć. Ja zwykle grałam koło dziesięciu, bo to lubiłam. Pani Pytlewska, postrach całej szkoły, zachwycała się moją grą, mówiła tylko „oj-jo-joj, jak ty pięknie czytasz nuty”, podczas gdy ja do tej pory nie potrafię obsługiwać tych skomplikowanych półnut i szesnastek rozproszonych po pięciolinii, a wtedy – po prostu grałam ze słuchu, bo tak jakoś intuicyjnie – zawsze wychodziło bez pomyłek... I jeszcze piosenki świąteczne, trzeba było oswoić się z nimi odpowiednio wcześnie tak, żeby przed świętami wszystko dopięte było na ostatni guzik. Gdy po tygodniach oczekiwania wreszcie padało niemal sakramentalne: „uczymy się piosenki Grudniowa Ballada”, serce jakoś mocniej biło... i wystarczyło, żeby dzień stał się świętem.

To może śmiesznie zabrzmi, ale święta z krain mojego dzieciństwa były dokładnie takie, jak te, które widać w telewizyjnych reklamach. Z tym dziecięcym zaaferowaniem, ufnym oczekiwaniem, modlitwą, dźwiękiem, barwami, smakami... dziś już tego nie ma, nigdy nie będzie. Być może kiedyś, gdy posiadała będę własną dwójkę małych urwisów, na powrót nauczę samą siebie – a przez to i ich – świątecznych smaków, zapachów, szorstkości i ciepła. Chciałabym. Być dla moich dzieci tym, kim dla mnie w okolicy świąt Bożego Narodzenia był tata, przebrany za prawdziwego Świętego Mikołaja. Wtedy może te święta będą czymś więcej, niż tylko śmiesznymi pocztówkami na kliszy pamięci, z takimi samymi co zawsze, życzeniami zdrowia: czego sobie i Wam życzę.




+ - 1

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Magdalena Danaj

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 1

1. Sebastian | 22:59 18-12-2006

No. To mi się podoba. :)