iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Styl Życia / Inne
+ - 4

Jak ja kocham ten Christmas nasz!

23 12 2007 Marcin Bor.(owicz) Artykuł był czytany 3414 razy
Źródło: internet
Źródło: internet

Codziennie w okolicy 20 grudnia, zaczyna się ta sama kanonada. Odgłosy trzepania dywanów niosą się szerokim echem po okolicy niczym wystrzały na Froncie Ukraińskim osaczającym Festung Breslau zimą 1944/45.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Wzmożony ruch wokół trzepaków to niewątpliwy znak, że zbliża się Boże Narodzenie. A gdy do tego „trzepactwa” dołączają pierwsze przedsylwestrowe próby petard-rakiet V1 pod dowództwem młodzieży naszopolskiej, przy każdym wybuchu ze strachem rozglądam się za schronem. To nie jest zwykła wojna. To (o) święta wojna. Jednakże w tym roku mój optymizm związany z świętowaniem zostało mocno nadwątlony.

Scena 1 – Miej serce, wykup sklep dla bliskich


Duże centrum handlowe. Godzina 12.00. Wokół kłębi się tłum z obłędem rozglądając się po sklepach. Z witryn sklepowych zwisają bombki, obok sztuczne choinki oblepione mrugającymi światełkami w stylu dyskoteki techno. Mikołaje zachęcają do zakupów, Śnieżynki w czerwonych minispódniczkach, kuszą promocjami. Kicz świąteczny w pełnym rozkwicie. Wykonuję slalom pomiędzy koszami pełnymi jakiś tanich chińskich lampek, potworkowatych reniferów, włosów anielskich bazujących na wszystkich możliwych metalach ciężkich. Tak, niewątpliwie Boże Narodzenie przyszło do nas z Chin. Zaraz po Feng-Shui. Obok jakaś matka odrywa od półki ryczące jak zarzynany wół dziecko, które chce koniecznie dostać misia trzy razy większego od niego. Do łkającego chóru dołącza się kolejne. Tak na wszelki wypadek. A może uda się na litość coś wysępić u Świętego Mikołaja? Chyba zaraz też się rozpłaczę. Może i ja dostanę od pana w czerwonym kubraku najnowsze czerwone Porsche? A na razie nie mogę dostać paczkowanych migdałów i nikt z obsługi sklepu nie potrafi mi w tym pomóc. Po raz piąty w ciągu ostatniej godziny słucham „Last Christmas I gave you my heart...” na przemian z „I’m dreaming of a White Christmas”. Jak ja kocham te piosenki! Chyba kupię sobie płytę CD za 4,99, z oryginalnymi wykonaniami tych utworów, jak pisze na naklejce obok tekstu „Made in EU”. Są i moje migdały. To logiczne, że obok ogórków konserwowych i barszczu czerwonego w proszku. Wreszcie zgarniam z półki, co potrzebuję. Jeszcze szybki udział w pięciu świątecznych akcjach charytatywnych. I wracam z powrotem do półek, aby wziąć jeszcze raz to samo, co przed chwilą z dobrego serca oddałem sierotom w Kambodży, bezdomnym w Suwalskim, umierającym w Etiopii i potrzebującym w Potrzebie. Gdy nie było świąt, prawdopodobnie ludzka populacja zmalałaby o połowę z braku świątecznego współczucia. Ale pokazałem, jaki jestem współczujący. Nie będę miał poczucia winy, że zajadam się tłusta szynką, gdy inni nie mają, co do garnka włożyć. Teraz dyskretnie przeciskam się z koszem pełnym zakupów koło kolejnej zbiórki.
- Samolub bez serca – słyszę za sobą, gdy tym razem nic nie zostawiam u grubej pani o wyglądzie kapo z Majdanka.
Ech, te kochane i długo wyczekiwane święta – stoję ściśnięty jak śledź w kolejce do kasy i przypominam sobie, że mój relaksująco-świąteczny odpoczynek od stresów dnia nieświątecznego, znów sprowadzi się do karimaty w rogu pokoju pod oknem. 

Scena 2 – Cała rodzina w łóżku, odleżyny na brzuszku

Nie ma to jak cała rodzina do piątego pokolenia wstecz, wtłoczona na dwa dni do mieszkania typu M-2. To już taki świąteczny zwyczaj, który nie jest w stanie zdziwić tylko pakistańskich uchodźców ukrytych w podwójnym dnie tira.

Czy nie oni nie mogą nocować w hotelu? – zapytał mój znajomy Anglik, gdy zaproszony do Polski, spędzał święta w mojej rodzinie. Chyba chłop był przerażony perspektywą dzielenia łoża z babcią Józefiną. Nie mógł też zrozumieć, że w takiej małej miejscowości nie ma hotelu i że generalnie nie wypada wysyłać rodziny w takie miejsce. Przecież to święta rodzinne. Choć są i tacy dziwacy, co sami się wysyłają na Boże Narodzenie do hoteli w górach, żeby odciąć się od rodziny. Cóż...

Takie święta to także jedyny czas, kiedy to obrońcy moralności z Ligii i Radyja nie protestują przeciwko gorącym nocom rodzinnym w jednym łóżku. Kiedy babcia z wnuczkiem, brat z siostrą, wujek z kuzynką ściskają się pod pierzyną w rozmaitych trójkątach i czworokątach. A powietrze przesyca zapach wigilijnej kapusty z grochem.
Po półgodzinie (wyjątkowo krótko) opuszczam stanowisko kasowe. Wolę nie patrzeć na paragon, długi, cętkowany i kręty. Tylko handlowcy bardziej kochają święta od dzieci. Podstawowe zakup zrobione, czas na prezenty. Dzwoni telefon. „Kochanie może byś jeszcze wstąpił i kupił majonez, bo sobie dopiero przypomniałam”. Zaraz wyjmę otwieracz do konserw w kształcie choinki, który nie wiadomo po co kupiłem i zacznę nim ciąć. Najlepiej tą pozytywkę, wygrywającą „Cichą Noc” w bombonierce. 

Scena 3 – Wigilia w pracy jest cacy

To kolejna popularna świecka tradycyjna, czyli tak zwana wigilia w pracy lub spotkania noworoczno-świąteczne z kierownictwem. Kto z nas tego nie zna? To czas, kiedy wszyscy jak gdyby nigdy nic udają, że przez ostatni rok się nie stało i padają sobie w objęcia z najlepszymi życzeniami. Czas podsumowań i ambitnych planów. Coroczny rytuał z cyklu: Jacy to dobrzy jesteśmy dla siebie na co dzień, a nasza firma to ognisko domowe, w którym warto spędzać więcej czasu niż we własnym domu. Tu przydaje się unikalna sztuka dyplomacji pod hasłem „Jak pojawić się na takiej imprezie i nie złożyć życzeń pewnym osobom”. Znajomy z dużej korporacji aż zleciał ze schodów i złamał nogę, gdy szczerze nie chciał się bratać ze swoim kierownikiem. Inny kazał podszywać się żonie za ważnego klienta i dzwonić do siebie co minutę, aby prowadzić w czasie życzeń ważną rozmowę na boku.

W piątej godzinie błądzenia po centrum handlowym w poszukiwaniu prezentów zwątpiłem. O co w tym wszystkim chodzi? A na co mi to i po co? Mogłem przejść na hinduizm i zostać gwiazdą Bollywood. No tak, ale musiałbym co roku kąpać się w Gangesie. Jeszcze mógłbym złapać jakąś chorobę w tej brudnej wodzie. A tu kimnę się na Pasterce, jak większość bożonarodzeniowych obrzędowych konserwatystów, i z czystym sumieniem będę mógł oddać się obżarstwu z rana. 

Scena 4 – Pójdźmy wszyscy do Kasieńki

Ale święta to też czas, w którym odkrywamy w sobie żyłkę kierowcy PKS-u lub TIR-a. I usiłujemy objechać pół świata w ramach odwiedzin rodziny, która akurat nie jest w stanie nas odwiedzić. A robimy to z głębi świątecznego serca. A może bardziej z poczucia winy, że w ciągu roku nie znajdujemy chwili, aby się spotkać i odwiedzić bliskich. Wiadomo: praca, szkoła, obowiązki, majówka za miastem, długi weekend w Zakopanem, urlop w Grecji, kupno nowego samochodu i na paliwo już nie starcza. O tak, niektórzy lubią aktywnie wypoczywać. 150 km jazdy do wujka Stefana (nie ma to jak mała flaszeczka z wujasem), potem 50 km i podskoczymy na kurtuazyjne ciasto do kuzynki Kasi (bo może załatwi coś w urzędzie w przyszłym roku), potem jeszcze kolejne 50 km do babci Jadzi (to oczywiste - babcia już nie może jeździć do nas, więc raz w roku my wpadniemy). I sprawa załatwiona do Wielkanocy. I jak tu się dziwić tym, którzy z bólem wypisanym na twarzy w pierwszy dzień pracy po świętach mówią:„Nic nie wypocząłem w to Boże Narodzenie”.
- Stoisz pan czy się tylko gapisz, bo nam tę rybę zaje..ią z przed nosa – jakiś facet o wyglądzie Jasia Himilsbacha skrzyżowanego z blond Piotrem Rubikiem wyrwa mnie ze świątecznej zadumy przy objazdowym stoisku z karpiami.
- Ale to nie zwykła ryba! To karp, świąteczny symbol odradzania życia, nieśmiertelności – nieśmiało oponuję.
- Panie rzucaj się do kolejki i bierz kilka, póki okazja jest - mówi do mnie facet z szaleństwem w oczach. – Za taką cenę! Biorę 10 i sprzedam u nas na wiosce. Dwa razy drożej!

Dobrze, że mam karpiowego fileta. Przecież nie będę tłukł żywego stworzenia z pieśnią na ustach „Bóg się rodzi moc truchleje”. Bo osobiście lubię karpie. Zwłaszcza te w galarecie. Nigdy bym nie zjadł zwierzęcia, którego nie lubię, parafrazując cytat z jednego skeczu Monty Pythona.

Kupuję upominki na stoisku obok i przy okazji wychodzę z kolejnym otwieraczem do konserw, tym razem w kształcie gwiazdki betlejemskiej. Ciekawe, gdzie wyprodukowano to cudo techniki kuchennej? 

Scena ostatnia – Święta, święta i po świętach

I co z tego wszystkiego wynika? Znowu narodziła się Dziecina, a ja znów jestem w pasie grubszy o parę centymetrów, a przyszłym roku znów wszyscy będą się kłócić. Znów zamiast Porsche dostałem skarpetki i nie trafiłem z zapachem perfum dla dziewczyny. Zachwalany przez sprzedawcę świerk  za 150zł, zgubił igły w drugi dzień świąt. A najgorsze jest to, że znów z niecierpliwością trzeba czekać rok, aby oddać się temu bożonarodzeniowemu szaleństwu.

Ale my to kochamy. Wesołych Świąt!




+ - 4

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Tomasz Albecki

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 3

1. Aleksandra | 09:43 23-12-2007

bardzo przyjemny artykuł :) ta lekkość słowa...pozazdrościć :) i...wesołych świąt !

2. Anita | 15:24 23-12-2007

super :)

3. Mateusz | 11:41 26-12-2007

nawzajem :) dobry art :) popieram cie ;)