Kiedy byłem małym chłopcem, hej...
Artykuł był czytany 2940 razyKiedy byłem małym chłopcem wyobrażałem sobie, że lata w których moi rodzie mieli tyle lat co ja, były czarno-białe jak filmy z tego okresu. Te fajne stroje kąpielowe, wystrzałowe samochody marki Syrena i oczywiście wielkie okulary, które zginęły razem ze Zbyszkiem Cybulskim. Tak się składa, że mój ojciec był w moim wieku w latach 60, a więc w czasach, o których moje wyobrażenie ogranicza się do wiedzy z książek takich jak m.in. „Piękni dwudziestoletni” Marka Hłaski oraz ledwo teraz pamiętanych przeze mnie filmów z tego okresu.
Zastanawiam się czasem, jakie mój ojciec miał wtedy aspiracje, marzenia i zapatrywania na otaczającą go rzeczywistość. Zastanawiam się teraz, czy wtedy planował tak jak ja teraz dużo rozmawiać ze swoimi dziećmi. Myślę, że nie - wtedy relacje z dziećmi wyglądały trochę inaczej. Od mężczyzn nikt nie oczekiwał, że będą dbali o właściwy rozwój emocjonalny swoich dzieci. Mieli przynieść kasę z fabryki albo zakładu produkcyjnego, zjeść zupę, którą żona gotowała całe popołudnie i nie spić się za mocno wieczorem. Rozpatrując to w tych kategoriach mój ojciec był pionierem nowej ery wychowywania dzieci.
Czasem mam jednak żal, że ojciec nie potrafił ze mną rozmawiać o różnych mądrościach życiowych. Że kiedy zaczęło mnie nurtować to, co dzieje się dookoła, nie potrafił mi jakoś sensownie odpowiedzieć na postawione pytania. Dzisiaj wiem, że co prawda odpowiedzi na swoje pytania i tak bym nie zrozumiał, ale przynajmniej czułbym się pewniej z tym, że ktoś mnie rozumie.
Zamknięty w swoich niewyjaśnionych wątpliwościach brnąłem przez kolejne klasy szkoły podstawowej. Czytałem trochę książek, najwięcej chyba jak chorowałem. To był sposób na zatrzymanie mnie w łóżku po polopirynie – ciepły kompot i „Hrabia Monte Christo”. Z takich lektur dowiedziałem się chyba o miłości. Na moje nieszczęście się dowiedziałem, bo potem przez resztę podstawówki kochałem się w koleżance z klasy - ślicznej, inteligentnej i miłej Kasi, córce równie pięknej i inteligentnej damy zawiadującej swojego czasu gabinetem Pana Aleksandra Prezydenta Wielkiego. Oczywiście miłość moja bezinteresowna i bezgraniczna pozostawała nieodwzajemniona, choć w miarę możliwości, wynikających z młodego wieku i niedoświadczenia, szanowana przez adresata. Kasia byłą prawdziwą damą, ja zaś biednym, nieśmiałym chłystkiem z rodziny robotniczej, nieprzejawiającym w dodatku szczególnych chęci do nauki. I co miałem począć ze sobą? Kto mógł ze mną porozmawiać i wyczuć to, co się ze mną dzieje? Nawet teraz mam łzy w oczach. Co prawda teraz bardziej ze śmiechu, ale te 13 lat temu wcale do śmiechu mi nie było. Wiele wieczorów przepłakałem tylko po to, by się ślicznych oczu dorobić.
Do pieca dołożył dodatkowo niejaki pan kapitan Cook, który w jednej z wchłoniętych przeze mnie książek pływał po świecie jeszcze przed Kolumbem. Niejaki pan Cook oraz obojętna na moje zaloty Kasia byli bezpośrednio związani z moimi niedzielnymi buntami przed pójściem do szkoły. Nuda godzin lekcyjnych i cierpienie z powodu widoku pięknej Katarzyny. Moja mama miała ze mną ciężko. Jej też było trudno ze mną porozmawiać, dokonać jakiejś przemawiającej do mnie projekcji wspomnień, która zbudowałaby jakiś pomost komunikacji. Niestety nic nie przemawiało do mnie, ja chciałem wypłynąć na morza i wrócić jak zdobywca zarówno Wysp Dziewiczych jak i serca Kasi.
Tata, pamiętam, leżał na łóżku w drugim pokoju i oglądał w tym czasie telewizję. Mama zaś była przerażona. Z miłości do nich obojga wziąłem się za naukę. No i też chciałem dać prztyczka w nos nauczycielce z pierwszych czterech klas, która chciał mnie cofnąć o rok, bo ja byłem jej zdaniem opóźniony. A ja po prostu patrzyłem w okno na drzewa na podwórku szkolnym i marzyłem. Bo nie interesowało mnie to, co ona miała do powiedzenia na temat mojego charakteru pisma. Dlatego nagle w 7-ej i 8-mej klasie pasek ze wstydliwe skrywanego przez nas miejsca, przeniósł się na świadectwo. I bum. Tata był zadowolony. Mama zaś podrzucała mi propozycje, że może zostanę elektronikiem, może introligatorem, że skończę zawodówkę, w porywach do technikum, a ja tymczasem psikusa zrobiłem i do liceum poszedłem, a potem jeszcze na studia. Tak na złość wszystkim najmądrzejszym nauczycielkom gardzącym mną jako beznadziejnym przypadkiem, mogącym lewą pierś oddać (nie wiem tylko, czy znalazłby się chętny) za to, że zostanę robotnikiem lub śmieciarzem, walącym browar z kolegami pod sklepem.
Wiem, że mój tata mnie zawsze bardzo kochał, wiem że mnie kocha i dziś. Mówił mi to wielokrotnie. Wielokrotnie mi mówił, że jest ze mnie dumny, że mnie podziwia, że myśli o mnie. Ja też go kocham i jestem mu wdzięczny, ale wyłącznie za to, że nie był zły dla mnie. Natomiast nigdy nie miałem okazji być mu wdzięcznym za to, jaki był, że był moim autorytetem i przyjacielem. Nigdy nie miałem okazji usłyszeć rady, której bym nie słyszał wcześniej sto razy gdzie indziej, nigdy mi nie pomógł, gdy tej pomocy oczekiwałem. Po prostu był. Pracował, majsterkował w domu albo leżał na kanapie i oglądał telewizję.
Teraz ja jestem ojcem i zastanawiam się jak mi pójdzie. Jak poradzę sobie z tym, żeby moje dziecko nie musiało samo przeżywać wszystkiego, co spotyka nas na tej wyjątkowo sympatycznej i pozytywnie nastrajającej do kwestii eutanazji planecie. Czy uda mi się zawsze na czas zareagować na te ledwo odczuwalne sygnały, że dzieje się coś, co warto zarejestrować. Czy zatracę umiejętność postawienia się w sytuacji małego człowieczka, umiejętność przenoszenia się we własną przeszłość, odnawiania swoich własnych cierpień, wątpliwości, błędów i kar za te błędy poniesionych. Czy uda mi się przekazać z czasem wspomnienia i mądrości swojego własnego życia, tak by moje dziecko miało obraz głębszy i żywszy niż współczesne książki i filmy. Czy będzie w ogóle tym zainteresowane?
Ładnych już parę lat temu siedziałem sobie nad Wisłą, piękną rzeką od cudów.
Siedziałem sobie i patrzyłem na pociąg podmiejski prujący wiaduktem przy Moście Gdańskim w stronę Dworca ZOO. Spostrzegłem w szybie drzwi mężczyznę, który, mógłbym przysiąc, przyglądał mi się, jak samotnie siedziałem na kamiennych schodkach. I chociaż trwało to zaledwie kilka sekund, jak tak parzyliśmy na siebie, to nagle zobaczyłem jak oddala się świat widziany jego oczami.
Dziwne, ale dzisiaj znów o tym myślę. Bo z jednej strony chcę tak właśnie widzieć świat mojej córki, z drugiej zaś, nie chcę siedzieć i patrzeć, jak któregoś dnia ten świat zacznie się oddalać.
Wiem, że nie mogę sobie pozwolić na to, by zostać przedłużeniem palca zakazującego, nie chcę też być ojcem browarowo-kanapowym.
Dla mojego dziecka chcę być znowu tym małym blond spaślakiem, który miał dużo fajnych pomysłów, był przyjacielem dziewczyn z podstawówki, ale nigdy ich chłopakiem. Chcę być wiernym przyjacielem, który dużo marzył, dużo czuł i bardzo dużo o jednym i o drugim myślał.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 3
Dobry tekst, czyta się przyjemnie, z małym uśmiechem na twarzy. Doskonale rozumiem rozterki autora, choć rodzicem na razie nie jestem. Często jednak ostatnimi czasy zastanawiałam się nad tzw. różnica pokoleniową, jaką rolę odegrali dokładnie moi rodzice w moim życiu. Tekst w sposób przejrzysty i wyrazisty ukazuje sposób myślenia i niepokój autora, towarzyszący pewnie i wielu "świeżo upieczonym" rodzicom.
Głęboka treść w przyjemnej w odbiorze formie. Może się mylę, ale uważam, że publikacja tego artykułu wymagała dużej odwagi, bo dotyka bardzo intymnej sfery uczuć. Niby tekst pisany z przymrużeniem oka, a jednak...hmm
Brawo. I tyle ... bo po cóż więcej?
















