Styl Życia / Inne
Pan Bogdan z podwórka
Artykuł był czytany 1393 razyDługa reanimacja nie powiodła się i wczoraj pan Bogdan umarł. Był stałym elementem krajobrazu mojego podwórka, jako pracownik zaplecza pobliskiej cukierni.
Codziennie jako pierwszy i jako ostatni kończył pracę, podobno nie miał życia osobistego, tylko tę robotę... Z jego polonezem z naczepą mijałem się często moim smarcikiem, pamiętam go odkąd tu mieszkam, a mimo to nigdy nie zamieniliśmy słowa, tak jak z całą resztą.
Zawsze zastanawiałem się, gdzie oni znaleźli takiego wyrobnika, bo dla mnie był przykładem współczesnego wyzysku. Targając ciężkie kontenery z delikatnymi wyrobami miłymi dla podniebienia, nieustannie w biegu, nie miał chyba takiego zdrowia jako kilkudziesięcioletni mężczyzna. Wczorajszy zgon w parnym dniu tylko mnie w tym upewnił. Nie widziałem samego upadku, zaalarmował mnie dopiero kogut erki. Chwilę potem odszedł.
Kiedy patrzyłem z okna kuchni na walkę o jego życie, jak zwykle przyszło mi do głowy, jak kruche jest życie, a widok żyjącego przed chwilą człowieka bezwładnie leżącego na skraju bruku i trawnika – przygnębiający. A potem te widome znaki kogoś na świecie samotnego: pracownice opieki społecznej przewracające trupa w poszukiwaniu dokumentów i karawan przedsiębiorstwa zajmującego się zielenią odjeżdżający, jak to z cukierni.
Beztroski uśmiech siwego kolegi zmarłego i jego kuse spojrzenia pod adresem pań kuratorek kompletnie mnie przybiły, budząc refleksję jak daleko zaszło w tych czasach pojęcie kresu żywota. Przykryty czarną folią pan Bogdan był już dla obecnych tylko koniecznym obowiązkiem. Jedynie obojętność policji była dla mnie do wytłumaczenia. Od dzisiaj rano polonezem pana Bogdana jeździ już ktoś inny. Ot śmierć szarego człowieka.
Zawsze zastanawiałem się, gdzie oni znaleźli takiego wyrobnika, bo dla mnie był przykładem współczesnego wyzysku. Targając ciężkie kontenery z delikatnymi wyrobami miłymi dla podniebienia, nieustannie w biegu, nie miał chyba takiego zdrowia jako kilkudziesięcioletni mężczyzna. Wczorajszy zgon w parnym dniu tylko mnie w tym upewnił. Nie widziałem samego upadku, zaalarmował mnie dopiero kogut erki. Chwilę potem odszedł.
Kiedy patrzyłem z okna kuchni na walkę o jego życie, jak zwykle przyszło mi do głowy, jak kruche jest życie, a widok żyjącego przed chwilą człowieka bezwładnie leżącego na skraju bruku i trawnika – przygnębiający. A potem te widome znaki kogoś na świecie samotnego: pracownice opieki społecznej przewracające trupa w poszukiwaniu dokumentów i karawan przedsiębiorstwa zajmującego się zielenią odjeżdżający, jak to z cukierni.
Beztroski uśmiech siwego kolegi zmarłego i jego kuse spojrzenia pod adresem pań kuratorek kompletnie mnie przybiły, budząc refleksję jak daleko zaszło w tych czasach pojęcie kresu żywota. Przykryty czarną folią pan Bogdan był już dla obecnych tylko koniecznym obowiązkiem. Jedynie obojętność policji była dla mnie do wytłumaczenia. Od dzisiaj rano polonezem pana Bogdana jeździ już ktoś inny. Ot śmierć szarego człowieka.
















