iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Styl Życia / Inne
+ - 0

Po co pomagać? Jedźmy dalej!

10 11 2010 Martyna Dziugieł Artykuł był czytany 461 razy
Źródło: kodeks drogowy
Źródło: kodeks drogowy

Na drogach, w razie wypadku, istnieje niepisana zasada: zerknąć, odjechać, zapomnieć. Czy aby słusznie?

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

Deszcz, ograniczenie do 50km/h i o dwadzieścia więcej na liczniku. Standard na prostej drodze, na której nigdy nie ma ogromnego ruchu. Kiedyś bałam się wdepnąć tam na gaz, ale po paru miesiącach pokonywania tej trasy, przestałam mieć skrupuły. Jednak padający deszcz zadziałał na moją wyobraźnię i starałam się nie szaleć. Poza tym byłam zajęta spoglądaniem we wsteczne lusterko. Tego dnia moja tylna wycieraczka po raz pierwszy (i może ostatni) zadziałała, właściwie przez przypadek. Zabawne wydawało mi się upewnianie się, czy to było jej ostatnie tchnienie. Do momentu, gdy na drodze zobaczyłam ustawiony w poprzek samochód dostawczy.

Niewiele czasu zajęło mi zorientowanie się, że ktoś miał bliskie spotkanie z drzewem. Zwolniłam i ostrożnie ominęłam samochód, próbując zorientować się co się stało. Mężczyzna chodził z telefonem przy uchu. Tam i z powrotem.

Prawo jazdy miałam raptem pół roku. Na kursie uczyli nas, co robić, gdy będziemy świadkami wypadku. Ale zapomnieli wspomnieć, jak się zachować, gdy wypadek zdarzył się nie na naszych oczach, a poszkodowany chodzi i rozmawia przez telefon. Może po prostu odjechać i zapomnieć? Przecież wszystkie inne przejeżdżające tamtędy samochody stosowały właśnie tę zasadę. Rzucić okiem i pojechać dalej. W końcu to nie jego wóz. Nawet nie jego znajomy. Co więc za problem?

Zatrzymałam się i włączyłam światła awaryjne. Zgasiłam silnik i wysiadłam. Nie wiedziałam, co robię. Musiałam sprawdzić, czy nie mogę w czymś pomóc. Mężczyzna uskarżał się na bóle w klatce piersiowej, zadzwonił już po policję i zapewnił mnie, że wszystko jest w porządku. Zapewnił mnie o tym nawet kilka razy, bo tak łatwo nie dałam się przekonać. W końcu samochód miał nieźle wgniecioną maskę, a mężczyzna trzymał się za klatkę piersiową. Jednak nie mogłam nic zrobić. Odebrałam podziękowania, wsiadłam do mojego Ka i pojechałam dalej. W międzyczasie mijali nas inni kierowcy. Oczywiście patrzyli i odjeżdżali. Ciekawe, gdzie byłam, gdy mówili o takim zachowaniu na kursie. W toalecie?

A gdybym ja miała podobny wypadek? Czy choć jedna osoba stanęłaby, by zapytać, czy wszystko w porządku? Może jedna na dziesięć. Może jedna na dwadzieścia. A może nikt. To tak niewiele kosztuje, a można komuś nawet uratować życie. Nie zrobiłam nic wielkiego. Poświęciłam raptem kilka minut, które pewnie spędziłabym na przeglądaniu Metra. Udowodniłam sobie, że są osoby, na które można liczyć. Że kiedy ich potrzebujemy, zjawią się i chociaż uśmiechną się, by dodać otuchy. Nie jest ich zbyt wiele. Nie łudźmy się, że żyjemy w idealnym świecie. Ale jeśli każdy z nas przestanie udawać, że jest ślepy (bo skoro tak, to z jakiej racji może prowadzić samochód?!), tylko wyciągnie rękę i udzieli pomocy. Bo nawet parę słów może pomóc.

Dziś odzyskałam wiarę w ludzi, mimo że to ja byłam tą jedyną, która się zatrzymała. Pomagajmy innym. To nie kosztuje wiele, ale możemy naprawdę dużo możemy zdziałać.

A przy okazji ściągnijmy nogę z gazu, szczególnie, gdy warunki drogowe nas do tego namawiają. Nie ryzykujmy, że w razie wypadku zostaniemy sami.




+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0