RODZINA – URATOWAĆ OSTATNIĄ BEZPIECZNĄ PRZYSTAŃ!
Artykuł był czytany 4525 razyPrzyglądając się ostatnio różnym pozycjom z literatury, zauważyłam w niej pewną prawidłowość, która niestety jest coraz częściej faktycznym odzwierciedleniem rzeczywistości. Zauważyłam, że autorzy z coraz większą niepewnością wypowiadają się na temat rodziny. Pisze się, że współczesna cywilizacja stwarza w miarę swych postępów coraz większe zagrożenia dla rodziny, zakłócając jej funkcjonowanie i podkopując podstawy jej egzystencji. O tym przeczytamy wszędzie. Ten stan rzeczy tłumaczy się w różny sposób, za pomocą psychologii, industrializacji, ciągłego rozwoju i zmiany mentalności społeczeństwa. W żadnej z książek nie znalazłam jednak recepty, co zrobić, aby ten stan rzeczy zmienić. Postanowiłam więc na podstawie własnych doświadczeń oraz przekonań napisać kilka słów zachęcenia do tego, aby o utrzymanie tej ostatniej pewnej ostoi walczyć
Z takim właśnie efektem braku tej pewnej przystani, jaką jest kochająca rodzina, ja spotykam się na co dzień. Pracuję bowiem jako wolontariusz z dziećmi (w dużej mierze z rodzin dysfunkcjonalnych) przy jednej z ewangelickich parafii. Każdego dnia mogę obserwować, jak daleko różne są od siebie dzieci wychowujące się w wielopokoleniowych, kochających rodzinach i te, które tej miłości rodzicielskiej nie doświadczyły.
Dziecko potrzebuje równowagi. Żyjąc w wielopokoleniowej rodzinie, zostając nawet zganione przez rodziców, pocieszenia szukać może u dziadków, którzy są swego rodzaju amortyzatorami surowości rodziców. Są również tą „niezawodną instytucją”, która zajmie się dzieckiem, kiedy rodzice spędzają czas w pracy. A często zdarza się tak, że babcia w czasie pracy swoich dzieci, sprawuje opiekę nad wnukami nie tylko jednego syna czy jednej córki, więc często dziecko takie ma też bardzo pozytywny kontakt z dalszymi członkami swojej rodziny, co spaja ją dodatkowo i zbliża do siebie. Pielęgnowane jest w ten sposób przywiązanie do rodziny i od małego staje się ona wartością.
Zupełnie inne postrzeganie rodziny mają dzieci, które „wychowała ulica”, bo rodzice nie mieli czasu zadbać, bo rodzice nie interesowali się dziećmi. Takie dzieci mają znacznie większe problemy z nauką, nie odczuwają też potrzeby kontaktu z rodziną, a dom nie jest dla nich bezpieczną ostoją, lecz wzburzonym morzem, które pcha je w kierunku przypadkowego, najbliższego portu, którym często niestety jest złe towarzystwo, alkohol, papierosy itd.
Od pewnego czasu pojawiła się jednak kolejna alternatywa dla wychowania młodego pokolenia. Związane jest to z tym, iż coraz mniej w naszym kraju rodzin wielopokoleniowych. Liczne migracje ludności ze wsi do miasta, rozwój feminizmu i umożliwienie kobietom robienia kariery zawodowej czy pogorszenie sytuacji materialnej wielu rodzin, a co za tym idzie, praca w większym wymiarze godzin, spowodowały, że coraz większa rzesza dzieci potrzebuje opieki z zewnątrz. Stało się to bodźcem do tworzenia coraz to większej ilości świetlic środowiskowych i socjoterapeutycznych. Początkowo były to tylko świetlice szkolne. Dziś coraz więcej działa ich przy różnych stowarzyszeniach, fundacjach czy parafiach.
Ich zadaniem jest profilaktyka niedostosowaniom społecznym i zagospodarowanie wolnego czasu oraz pomoc w nauce.
Placówki te funkcjonują na podstawie różnych koncepcji, projektów i rozporządzeń prawnych. Jedne tylko w weekendy, kiedy dzieci mają najwięcej wolnego czasu i praktycznie całe dnie muszą zagospodarować sobie same. Inne tylko kilka dni w tygodniu, jeszcze inne tylko popołudniami, a kolejne praktycznie codziennie od rana do wieczora.
Bez względu jednak, w jakim wymiarze godzin funkcjonuje świetlica, każda minuta w niej spędzona, to minuta mniej spędzona bez opieki, na ulicy, w wątpliwym towarzystwie, przy wątpliwych rozrywkach. Dlatego warto choćby te dwa dni w tygodniu, jakimi jest weekend, stworzyć alternatywę, chociaż tymczasową przystań dla tych, którzy nie mają tej stałej, bezpiecznej i pewnej. Z doświadczenia wiem, że każdy posiłek otrzymany w takiej świetlicy, każde ciepłe słowo i gest sympatii i miłości, jest przyjmowany tam jak najcenniejszy dar i oczekiwany, jak wielka wygrana na loterii.
I kiedy ludzie pytają: po co? Dlaczego to robię? W każdy piątek „tłukę się” pociągiem 150 km od Warszawy, żyję na walizkach, śpię na materacu w śpiworze i tracę swój wolny czas. Ja odpowiadam słowami Rabindranath’a Tagore’a: "Spałem i śniłem, że życie jest radością, obudziłem się i zobaczyłem, że życie jest służbą, zacząłem służyć i zobaczyłem, że służba jest szczęściem" i pytam: "(...)Tam zgasło światło, Tli się jednak jeszcze iskierka nadziei. Oni pragną dotyku ciepłej dłoni, Oni chcą usłyszeć rytm miarowy gorącego serca, Oni oczekują serdecznego słowa Płynącego z wiary głębokiej. Czy widząc to możesz odpoczywać? Czy możesz nie nieść pomocy?"
Musimy zrobić wszystko, aby ratować tę ostatnią bezpieczną przystań w tym zagmatwanym i wykolejonym świecie – rodzinę. Jak to zrobić? Ja też tego nie wiem. Jedno wiem jednak na pewno – kiedy nie potrafimy uratować przystani, zawsze możemy jeszcze uratować statek. Nie lekceważmy tego!
Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:
Maciek Partyka, Dawid Kowalik, Krzysztof Pałka, Mateusz Gruca, Marcin Stelmaszczuk, Jacek Zaleski, Rafal Janik, Karolina JanikDodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 2
stabilny, harmonijny dom, kochający rodzice -> wizja świata przyjaznmego ludziom -> wszystko jest cacy. Dom pełen chaosu, rodzina siejąca niepokój -> świat pełen zamętu, kłamstwa i niebezpieczeństw -> wszystko jest be. To rażące uproszczenie nie wytrzymuje jednak krytyki. Znanych jest bardzo wiele przypadków, kiedy dzieci wychowane harmonijnie i bezstresowo nie radziły sobie w dorosłym życiu, natomiast te ciężko doświadczone przez los radziły sobie doskonale. Poza tym autorka narzeka na no, że instytucja rodziny się wali, a następnie jako alternatywę podaje ośrodki, stowarzyszenia i fundacje, w których rolę rodziny pełnią obcy ludzie! Wychowane w ten sposób dziecko raczej nie założy dobrej rodziny, bo wychowane zostaje w założeniu że rodzina jest be a świetlica/ośrodek cacy.
Jasne.
Wychowalam sie w cudownej rodzinie, w ktorej mamusia i tatus powinni byli rozstac sie jakies dziesiec lat przed moim urodzeniem. Dzieki cudownemu nadazaniu za konserwatywnymi wartosciami nabawilam sie wieloletniej depresji i absolutnej niezdolnosci do nawiazywania wiezi emocjonalnych. Juz chyba wolalabym ulice, dziekuje bardzo














