Styl Życia / Inne
Rozważania o holly - czasach współczesnych
Artykuł był czytany 4239 razyMartwica wywołana nadmiarem miłości brzmieć może niewyobrażalnie, w hollyświecie wszystko jednak jest możliwe.
Czy świat bez miłości rzeczywiście byłby światem martwym?
Powoli zbliża się do okna. Jej zawahanie i niepewność słuszności wykonywanych czynności wprawny obserwator wyczułby w delikatnym drżeniu powiek, jednak wy, jako osoby zupełnie jej obce, moglibyście fakt ten całkowicie pominąć. Jedyne, co prześwituje przez cienką, organtynową taflę firanki to jarzeniowe światło ulicznej latarni. Jest noc i próżno szukać na ulicy żywego ducha. Wszyscy zdają się buszować w swoich własnych sennych niebach. Wszyscy, prócz niej, wystraszonej, stojącej w oknie, o szybach tak przeraźliwie nieprzejrzystych, że doskonale odbijających, spływające powoli po jej bladych policzkach, łzy. Ona właśnie zapamiętuje świat w jego rzeczywistej postaci, to znaczy bez fałszu, obłudy, drobiazgowości – bez żywego ducha , a tym bardziej człowieka.
Świat bez miłości to świat cudowny
Ileż to razy podobne słowa padały z ust odchodzących od zmysłów kochanek, zrozpaczonych żon, które, w chwilach absolutnej desperacji, w tym właśnie znajdowały ukojenie dla swoich, po raz kolejny wystawionych na próbę, serc. Głupie, miłość utożsamiały z czymś więcej niż jednym wyrazem, dwoma sylabami, czy sześcioma literami. Omotane współczesną ‘pasją kochania’ doszukiwały się w niej czegoś więcej, co śmiały określać mianem ‘prawdziwości’! Doprawdy żałosne i godne publicznej pogardy są tego typu herezje. Nie ma bowiem na świecie dwóch wyrazów bardziej sobie przeciwstawnych niż miłość i realizm, będących ze sobą w relacji nie tyle jak pies z kotem, co bardziej jak detrytus z pożerającą go pierścienicą – zwierzęciem generalnie pożytecznym, ale właśnie dlatego, że niniejsze roślinne szczątki POŻERA. Kochanie też pożera. Jest, co gorsza, na tyle zachłanne, że nie zadowala się jedynie sercem. Ot organ jak każdy inny – dwie komory, dwa przedsionki, zastawki, i inne drobiazgi, można by w sumie w imię uczucia poświęcić, tylko że ono chce nieustannie więcej. Po fazie mięśniowej przechodzi w nerwową, ogarniając umysł. Oto i faza najbardziej nieprzyjemna nie tyle dla ofiary, co dla otoczenia. Jest ono bowiem świadkiem upadku istoty, co gorsza, świadkiem biernym. Widzi człowieka konającego i do tego przekonanego o wyższości swej śmierci nad innymi, widzącymi sens poświęcenia w tak zwanym pełniejszym życiu. Na koniec, nie doczekawszy go, umiera. I koniec. Zgasło: kolejne życie, kolejne serce, kolejne marzenie, kolejna dusza, kolejny, mały, jednoosobowy świat. Podsumowując, czy bardziej europejsko ‘to sum up’, to nie brak miłości zabija świat, to jego nadmiar jest przyczyną rychłego końca ludzkiej cywilizacji!
W maleńkiej róży kochał się, książę na jednej z wielu gwiazd(…) – dla jednych to tylko słowa rzewnej piosenki Kasi Sobczak na bazie powieści Antonie de Saint-Exupery’ego, dla drugich zaś cała filozofia życia. Kochanie na wyłączność od zawsze frapowało filozofów. Trudno bowiem uwierzyć własnym oczom, gdy dziecko w sklepie pełnym najcudowniejszych zabawek chce tylko jedną, na całe życie. W odniesieniu do życia może to zabrzmieć brutalnie, ale wydaje mi się, że z biegiem czasu ( a przy okazji i wzrostem wskaźnika rozwodów jako doskonałego indykatora niestałości ludzkich decyzji) miłość traktuje się jak takie właśnie zakupy, a swoją potencjalną ‘drugą połowę’ jak wybraną zabawkę. Mały Książę uczył nas czegoś innego. Nigdy nie zwątpił w swoje uczucie do kosmicznego kwiatu, nigdy, mimo sytuacji trudnych, nie przestał jej pielęgnować, nigdy, nawet tysiące kilometrów dalej, nie przestał o niej myśleć. Mówimy dzisiaj, że partner powinien być najlepszym przyjacielem. W odniesieniu chociażby do małego pana planetki B-612, uznać to można za degradację pozycji Róży! Miłość to przecież zgodnie z filozofią bohatera znacznie więcej niż przyjaźń, co doskonale uwydatnia się po przeanalizowaniu relacji między nim a lisem i nim a jego Miłością. Książkę tę uważam za ulubioną między innymi ze względu na kolejną scenę w ziemskim ogrodzie. W im późniejszym wieku czytałam te fragmenty tym bardziej nasuwało mi się na myśl porównanie go do zbioru ziemskich rozkoszy, potencjalnych ‘zachwiewaczy’ uczuciowej równowagi człowieka w wieku średnim, wystawienie na próbę uczucia ale i serca. Próba ta jest o tyle specyficzna, że nie polega jedynie na, powiedzmy wytrąceniu srebrzystego osadu jak w chemicznej próbie Tollensa, ale na złamaniu całej bazy filozofii miłości małego bohatera. Oto, widząc ogród pełen róż znacznie piękniejszych od jego własnej, może on zwątpić w sens tęsknoty, więzi, poczucia obowiązku, przywiązania i innych składowych miłości… ale nie poddaje się. Wierzy w to, co jest podstawą jego dotychczasowego światopoglądu, ufa sercu i zwycięża nie bacząc na trudy powrotu w niebiańskie sfery. Ciekawe, że w rzeczywistości autor podobną batalię w fizycznym sensie przegrał. Sam, wyruszając na front nigdy nie wrócił do swojej żony – pierwowzoru kwiatu, o której zawsze pisał, że ze względu na swą delikatność wymaga szczególnej opieki. Wskazywałoby to na odległość jaka, niestety, od zawsze dzieliła i dzieli nadal literacką utopię od rzeczywistości, a odwracając sytuację można powiedzieć, że miłość przez nie uratowanie Exuperego przyczyniła się w pewnym sensie do jego śmierci… być może bez niej by nie zginął na przykład nie zamyśliwszy się w kokpicie swojego pocztowego samolotu które opisuje dość szczegółowo chociażby w utworze Poczta na południe.
Miłość to nie pluszowy miś… czyli o małych prezentach i znalezionych paragonach
Zespół Happysad śpiewa, że Miłość to nie pluszowy miś, ani kwiaty (…)to żaden film w żadnym kinie, ani róże, ani całusy małe duże, ale miłość to kiedy jedno spada w dół, a drugie ciągnie je ku górze… Miłość nie jest zatem tworem idealnym, wznoszącym człowieka ku niebiańskim rozkoszom i spłycającym się do i żyli długo i szczęśliwie. To coś dużo bardziej skomplikowanego i, co znacznie trudniejsze do pojęcia w dzisiejszych czasach, dużo bardziej zobowiązującego. Miłość to najkrócej wzajemność na każdej niemal płaszczyźnie codzienności i niecodzienności, powszechności i niezwykłości. Fakt, że ludzie zapominają o tym niuansie zapisanym drobnym druczkiem w pakcie dwóch serc i dusz, ‘zrzucić’ można na wszechobecną kulturę ‘holly’ bynajmniej nie w znaczeniu ‘świętą’. Większość hollywoodzkich dzieł filmowych kończy się niestety prostym ale nieskończenie fałszywym the end[.] , w którym najstraszniejsza jest właśnie ta kropka sugerująca następstwo oczywistego szczęścia metamerycznie powtarzającego się w dalszym, pozafabularnym, życiu bohaterów, niezależnie od napotkanych w życiu trudności, których w hollyżyciu, co warto podkreślić, po prostu nie ma. Takson ‘problem’ pojawia się dopiero w kontraście z rzeczywistością, śledzoną bacznie w wielkonakładowych tabloidach donoszących o sto dwudziestym pierwszym ślubie znanej aktorki i jej sto dwudziestym trzecim rozwodzie dwa miesiące później. W tym ujęciu to miłość (a przynajmniej jej pierwsze stadium) wiedzie do rozwodu bo, gdyby nie ono, nie doszłoby w większości przypadków do ślubu, a zatem i rozczarowania.
Weronika postanawia umrzeć… jako jedna, ale niezaprzeczalna antyteza tego, że miłość prowadzi do śmierci
Paulo Coelho jest, moim zdaniem, mistrzem w nazywaniu tego, co wydaje się niemożliwe do określenia. Zarówno w Zahirze jak i w Weronika postanawia umrzeć, doskonale przedstawia istotę miłości i zaprzecza wszystkiemu temu, co po przeczytaniu romantycznych wywodów, wydawałoby się oczywiste. Werter cierpiał z powodu nieszczęśliwej miłości, Romeo i Julia odnaleźli uczucie ale dopiero po drugiej stronie nieskończoności, bohater Cienia Wiatru kochał bez wzajemności, Emma nieświadomie… u wszystkich uczucie to tożsame było z mniejszą lub większą katastrofą. Bohaterka powieści Coelho jest zupełnie wywróconym wzorcem, służącym do demonstracji roli miłości w życiu, być może dlatego, że nie jest to jedyny cel tego przekazu. Rozpoczyna ona od bujnego życia by wreszcie postanowić skończyć z nim - pustym, podobnie do jej wyjałowionego serca. Po przedawkowaniu leków jej życie zaczyna się na nowo w szpitalu psychiatrycznym, który jako punkt przemian znany może być czytelnikowi już z Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa. To tutaj empirycznie poznaje znaczenie wszystkich ludzkich uczuć i doświadcza autentycznych emocji i prawdziwej miłości silniejszej niż bariery nie tylko muru jednostki ale także granicy zdrowego umysłu. Miłość nie jest oczywiści jedynym wątkiem powieści, stanowi bowiem swoiste tło dla wykontrastowania znaczenia każdej chwili życia, w tym jednak ujęciu bez dwóch zdań ratuje od śmierci, jeżeli nie cielesnej, to na pewno duchowej.
Z drugiej znów strony miłość określana jest mianem czystej poezji, a ta… umarła! Powołując się na Cypriana Kamila Norwida i podmiot liryczny w wierszu ‘ona umarła!’ miłość, jako poezja, czyli w najczystszej postaci już nie istnieje:
Ona umarła!... są-ż smutniejsze zgony?
I jak pogrzebać tę śliczną osobę?
Umarła ona na ciężką chorobę,
Która się zowie: pieniądz i bruliony
Znaczyłoby to, że świat teraz musiałby być piękniejszy, a nie jest. Ostatecznie można w ten sposób, rodem z matematycznego dowodu ‘nie wprost’ pokazać, że to nie miłość powoduje degradację społeczną, często na jej barki strącaną, a przynajmniej nie TA miłość. Powróćmy zatem do samego początku tego wywodu. Nadal pozostaje wierna opinii, że Świat bez miłości to świat cudowny. Nie mówiłam wtedy jednak o miłości doskonałej. W XXI wieku rzeczywiście jest ona na wyginięciu razem z resztką ocalałych pozytywnych przymiotów Człowieczeństwa jak honor, wiara, współczucie, chęć pomocy, zdolność do działania. Oto teraz miłość jest zupełnie auto – … Głównym narzędziem poznawczym zdaje się być lustro, wytwarzające własny, autonomiczny, zamknięty na cztery spusty z wyjątkiem chyba dla pracowników rozpusty (parafraza piosenki Marii Peszek), świat.
Wiele takich autoświatów w dzień przysłania Jej prawdziwy obraz Tego Jedynego - Autentycznego. To dlatego woli zapamiętywać go nocą. W jarzeniowym snopie światła, choć wąskim i migoczącym od niestałych dostaw uciekających elektronów, widać znacznie więcej prawdy niż w halogenowym blasku codziennej komercji. I nie widać luster. Nocą kałuże nie odbijają wizerunków zabieganych, depczących je ludzi, a wystawy sklepów czy szyby zaparkowanych samochodów nie służą do przeglądania się przechodniom. Podsumowując w nocy jest prościej, a, co Ona wie już z lekcji biologii, rozwiązania proste to te najlepsze i najpewniej wiodące do sukcesu.
Świat bez miłości byłby światem porządku i sprawiedliwości bez szekspirowskich samobójstw, honorowych pojedynków , czy werterowskiej nad(prze)czulicy. Wszytsko byłoby czarne lub białe, ewentualnie przybierałoby odcienie szarości. Polska to już chyba przerabiała… Orwell podobny świat przedstawił w swoim Roku 1984 . Tam miłość Winstona oznaczała przymusowe zbliżenia w celu kontynuacji gatunku znieczuleńców.
W ujęciu Ericha Fromma miłość jest sztuką i aktywną siłą drzemiącą w człowieku a nic co ludzkie nie jest do końca poznane i przewidywalne. W Roku 1984 świat jest prawie doskonały i jest pozbawiony miłości. Prawie oznacza krańcową fazę zachwiania rozgraniczeń tak jak prawda oznaczała kłamstwo a zbrodnia sprawiedliwość.
Uznaję jednak, że pojęcia-aksjomaty w ujęciu personalnym mogą być odbierane różnie, szczególnie w sytuacji, gdy każdy żyje we własnym świecie i ma dwa wyjścia ku dwóm wizjom rzeczywistości. Ja wybieram wskazówkę z kiczowatym czerwonym serduszkiem skierowanym w stronę świata, gdyż uważam, że nie ma nic bardziej uśmiercającego niż zbytnie autouwielbienie, które, moim zdaniem, w istocie prowadzi do destrukcji i faktycznego powolnego konania świata, uwieńczonego wreszcie zgonem. Świat automiłości byłby zatem martwy dowodząc jednoczenie jak wiele z pierwotnego człowieczeństwa wpływa na kontynuację rzeczywistości. To bowiem właśnie dzięki sobie nawzajem nie zamykamy swych autonomii czterema lustrzanymi ścianami bez wyjścia. Zawsze zostaje droga ucieczki przez sufit, może bardziej wyczerpująca, ale z pewnością warta zachodu, w imię uczucia, któremu każdy z osobna i wszyscy razem zawdzięczamy nie tylko to, że jesteśmy, ale także jacy jesteśmy!
Powoli zbliża się do okna. Jej zawahanie i niepewność słuszności wykonywanych czynności wprawny obserwator wyczułby w delikatnym drżeniu powiek, jednak wy, jako osoby zupełnie jej obce, moglibyście fakt ten całkowicie pominąć. Jedyne, co prześwituje przez cienką, organtynową taflę firanki to jarzeniowe światło ulicznej latarni. Jest noc i próżno szukać na ulicy żywego ducha. Wszyscy zdają się buszować w swoich własnych sennych niebach. Wszyscy, prócz niej, wystraszonej, stojącej w oknie, o szybach tak przeraźliwie nieprzejrzystych, że doskonale odbijających, spływające powoli po jej bladych policzkach, łzy. Ona właśnie zapamiętuje świat w jego rzeczywistej postaci, to znaczy bez fałszu, obłudy, drobiazgowości – bez żywego ducha , a tym bardziej człowieka.
Świat bez miłości to świat cudowny
Ileż to razy podobne słowa padały z ust odchodzących od zmysłów kochanek, zrozpaczonych żon, które, w chwilach absolutnej desperacji, w tym właśnie znajdowały ukojenie dla swoich, po raz kolejny wystawionych na próbę, serc. Głupie, miłość utożsamiały z czymś więcej niż jednym wyrazem, dwoma sylabami, czy sześcioma literami. Omotane współczesną ‘pasją kochania’ doszukiwały się w niej czegoś więcej, co śmiały określać mianem ‘prawdziwości’! Doprawdy żałosne i godne publicznej pogardy są tego typu herezje. Nie ma bowiem na świecie dwóch wyrazów bardziej sobie przeciwstawnych niż miłość i realizm, będących ze sobą w relacji nie tyle jak pies z kotem, co bardziej jak detrytus z pożerającą go pierścienicą – zwierzęciem generalnie pożytecznym, ale właśnie dlatego, że niniejsze roślinne szczątki POŻERA. Kochanie też pożera. Jest, co gorsza, na tyle zachłanne, że nie zadowala się jedynie sercem. Ot organ jak każdy inny – dwie komory, dwa przedsionki, zastawki, i inne drobiazgi, można by w sumie w imię uczucia poświęcić, tylko że ono chce nieustannie więcej. Po fazie mięśniowej przechodzi w nerwową, ogarniając umysł. Oto i faza najbardziej nieprzyjemna nie tyle dla ofiary, co dla otoczenia. Jest ono bowiem świadkiem upadku istoty, co gorsza, świadkiem biernym. Widzi człowieka konającego i do tego przekonanego o wyższości swej śmierci nad innymi, widzącymi sens poświęcenia w tak zwanym pełniejszym życiu. Na koniec, nie doczekawszy go, umiera. I koniec. Zgasło: kolejne życie, kolejne serce, kolejne marzenie, kolejna dusza, kolejny, mały, jednoosobowy świat. Podsumowując, czy bardziej europejsko ‘to sum up’, to nie brak miłości zabija świat, to jego nadmiar jest przyczyną rychłego końca ludzkiej cywilizacji!
W maleńkiej róży kochał się, książę na jednej z wielu gwiazd(…) – dla jednych to tylko słowa rzewnej piosenki Kasi Sobczak na bazie powieści Antonie de Saint-Exupery’ego, dla drugich zaś cała filozofia życia. Kochanie na wyłączność od zawsze frapowało filozofów. Trudno bowiem uwierzyć własnym oczom, gdy dziecko w sklepie pełnym najcudowniejszych zabawek chce tylko jedną, na całe życie. W odniesieniu do życia może to zabrzmieć brutalnie, ale wydaje mi się, że z biegiem czasu ( a przy okazji i wzrostem wskaźnika rozwodów jako doskonałego indykatora niestałości ludzkich decyzji) miłość traktuje się jak takie właśnie zakupy, a swoją potencjalną ‘drugą połowę’ jak wybraną zabawkę. Mały Książę uczył nas czegoś innego. Nigdy nie zwątpił w swoje uczucie do kosmicznego kwiatu, nigdy, mimo sytuacji trudnych, nie przestał jej pielęgnować, nigdy, nawet tysiące kilometrów dalej, nie przestał o niej myśleć. Mówimy dzisiaj, że partner powinien być najlepszym przyjacielem. W odniesieniu chociażby do małego pana planetki B-612, uznać to można za degradację pozycji Róży! Miłość to przecież zgodnie z filozofią bohatera znacznie więcej niż przyjaźń, co doskonale uwydatnia się po przeanalizowaniu relacji między nim a lisem i nim a jego Miłością. Książkę tę uważam za ulubioną między innymi ze względu na kolejną scenę w ziemskim ogrodzie. W im późniejszym wieku czytałam te fragmenty tym bardziej nasuwało mi się na myśl porównanie go do zbioru ziemskich rozkoszy, potencjalnych ‘zachwiewaczy’ uczuciowej równowagi człowieka w wieku średnim, wystawienie na próbę uczucia ale i serca. Próba ta jest o tyle specyficzna, że nie polega jedynie na, powiedzmy wytrąceniu srebrzystego osadu jak w chemicznej próbie Tollensa, ale na złamaniu całej bazy filozofii miłości małego bohatera. Oto, widząc ogród pełen róż znacznie piękniejszych od jego własnej, może on zwątpić w sens tęsknoty, więzi, poczucia obowiązku, przywiązania i innych składowych miłości… ale nie poddaje się. Wierzy w to, co jest podstawą jego dotychczasowego światopoglądu, ufa sercu i zwycięża nie bacząc na trudy powrotu w niebiańskie sfery. Ciekawe, że w rzeczywistości autor podobną batalię w fizycznym sensie przegrał. Sam, wyruszając na front nigdy nie wrócił do swojej żony – pierwowzoru kwiatu, o której zawsze pisał, że ze względu na swą delikatność wymaga szczególnej opieki. Wskazywałoby to na odległość jaka, niestety, od zawsze dzieliła i dzieli nadal literacką utopię od rzeczywistości, a odwracając sytuację można powiedzieć, że miłość przez nie uratowanie Exuperego przyczyniła się w pewnym sensie do jego śmierci… być może bez niej by nie zginął na przykład nie zamyśliwszy się w kokpicie swojego pocztowego samolotu które opisuje dość szczegółowo chociażby w utworze Poczta na południe.
Miłość to nie pluszowy miś… czyli o małych prezentach i znalezionych paragonach
Zespół Happysad śpiewa, że Miłość to nie pluszowy miś, ani kwiaty (…)to żaden film w żadnym kinie, ani róże, ani całusy małe duże, ale miłość to kiedy jedno spada w dół, a drugie ciągnie je ku górze… Miłość nie jest zatem tworem idealnym, wznoszącym człowieka ku niebiańskim rozkoszom i spłycającym się do i żyli długo i szczęśliwie. To coś dużo bardziej skomplikowanego i, co znacznie trudniejsze do pojęcia w dzisiejszych czasach, dużo bardziej zobowiązującego. Miłość to najkrócej wzajemność na każdej niemal płaszczyźnie codzienności i niecodzienności, powszechności i niezwykłości. Fakt, że ludzie zapominają o tym niuansie zapisanym drobnym druczkiem w pakcie dwóch serc i dusz, ‘zrzucić’ można na wszechobecną kulturę ‘holly’ bynajmniej nie w znaczeniu ‘świętą’. Większość hollywoodzkich dzieł filmowych kończy się niestety prostym ale nieskończenie fałszywym the end[.] , w którym najstraszniejsza jest właśnie ta kropka sugerująca następstwo oczywistego szczęścia metamerycznie powtarzającego się w dalszym, pozafabularnym, życiu bohaterów, niezależnie od napotkanych w życiu trudności, których w hollyżyciu, co warto podkreślić, po prostu nie ma. Takson ‘problem’ pojawia się dopiero w kontraście z rzeczywistością, śledzoną bacznie w wielkonakładowych tabloidach donoszących o sto dwudziestym pierwszym ślubie znanej aktorki i jej sto dwudziestym trzecim rozwodzie dwa miesiące później. W tym ujęciu to miłość (a przynajmniej jej pierwsze stadium) wiedzie do rozwodu bo, gdyby nie ono, nie doszłoby w większości przypadków do ślubu, a zatem i rozczarowania.
Weronika postanawia umrzeć… jako jedna, ale niezaprzeczalna antyteza tego, że miłość prowadzi do śmierci
Paulo Coelho jest, moim zdaniem, mistrzem w nazywaniu tego, co wydaje się niemożliwe do określenia. Zarówno w Zahirze jak i w Weronika postanawia umrzeć, doskonale przedstawia istotę miłości i zaprzecza wszystkiemu temu, co po przeczytaniu romantycznych wywodów, wydawałoby się oczywiste. Werter cierpiał z powodu nieszczęśliwej miłości, Romeo i Julia odnaleźli uczucie ale dopiero po drugiej stronie nieskończoności, bohater Cienia Wiatru kochał bez wzajemności, Emma nieświadomie… u wszystkich uczucie to tożsame było z mniejszą lub większą katastrofą. Bohaterka powieści Coelho jest zupełnie wywróconym wzorcem, służącym do demonstracji roli miłości w życiu, być może dlatego, że nie jest to jedyny cel tego przekazu. Rozpoczyna ona od bujnego życia by wreszcie postanowić skończyć z nim - pustym, podobnie do jej wyjałowionego serca. Po przedawkowaniu leków jej życie zaczyna się na nowo w szpitalu psychiatrycznym, który jako punkt przemian znany może być czytelnikowi już z Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa. To tutaj empirycznie poznaje znaczenie wszystkich ludzkich uczuć i doświadcza autentycznych emocji i prawdziwej miłości silniejszej niż bariery nie tylko muru jednostki ale także granicy zdrowego umysłu. Miłość nie jest oczywiści jedynym wątkiem powieści, stanowi bowiem swoiste tło dla wykontrastowania znaczenia każdej chwili życia, w tym jednak ujęciu bez dwóch zdań ratuje od śmierci, jeżeli nie cielesnej, to na pewno duchowej.
Z drugiej znów strony miłość określana jest mianem czystej poezji, a ta… umarła! Powołując się na Cypriana Kamila Norwida i podmiot liryczny w wierszu ‘ona umarła!’ miłość, jako poezja, czyli w najczystszej postaci już nie istnieje:
Ona umarła!... są-ż smutniejsze zgony?
I jak pogrzebać tę śliczną osobę?
Umarła ona na ciężką chorobę,
Która się zowie: pieniądz i bruliony
Znaczyłoby to, że świat teraz musiałby być piękniejszy, a nie jest. Ostatecznie można w ten sposób, rodem z matematycznego dowodu ‘nie wprost’ pokazać, że to nie miłość powoduje degradację społeczną, często na jej barki strącaną, a przynajmniej nie TA miłość. Powróćmy zatem do samego początku tego wywodu. Nadal pozostaje wierna opinii, że Świat bez miłości to świat cudowny. Nie mówiłam wtedy jednak o miłości doskonałej. W XXI wieku rzeczywiście jest ona na wyginięciu razem z resztką ocalałych pozytywnych przymiotów Człowieczeństwa jak honor, wiara, współczucie, chęć pomocy, zdolność do działania. Oto teraz miłość jest zupełnie auto – … Głównym narzędziem poznawczym zdaje się być lustro, wytwarzające własny, autonomiczny, zamknięty na cztery spusty z wyjątkiem chyba dla pracowników rozpusty (parafraza piosenki Marii Peszek), świat.
Wiele takich autoświatów w dzień przysłania Jej prawdziwy obraz Tego Jedynego - Autentycznego. To dlatego woli zapamiętywać go nocą. W jarzeniowym snopie światła, choć wąskim i migoczącym od niestałych dostaw uciekających elektronów, widać znacznie więcej prawdy niż w halogenowym blasku codziennej komercji. I nie widać luster. Nocą kałuże nie odbijają wizerunków zabieganych, depczących je ludzi, a wystawy sklepów czy szyby zaparkowanych samochodów nie służą do przeglądania się przechodniom. Podsumowując w nocy jest prościej, a, co Ona wie już z lekcji biologii, rozwiązania proste to te najlepsze i najpewniej wiodące do sukcesu.
Świat bez miłości byłby światem porządku i sprawiedliwości bez szekspirowskich samobójstw, honorowych pojedynków , czy werterowskiej nad(prze)czulicy. Wszytsko byłoby czarne lub białe, ewentualnie przybierałoby odcienie szarości. Polska to już chyba przerabiała… Orwell podobny świat przedstawił w swoim Roku 1984 . Tam miłość Winstona oznaczała przymusowe zbliżenia w celu kontynuacji gatunku znieczuleńców.
W ujęciu Ericha Fromma miłość jest sztuką i aktywną siłą drzemiącą w człowieku a nic co ludzkie nie jest do końca poznane i przewidywalne. W Roku 1984 świat jest prawie doskonały i jest pozbawiony miłości. Prawie oznacza krańcową fazę zachwiania rozgraniczeń tak jak prawda oznaczała kłamstwo a zbrodnia sprawiedliwość.
Uznaję jednak, że pojęcia-aksjomaty w ujęciu personalnym mogą być odbierane różnie, szczególnie w sytuacji, gdy każdy żyje we własnym świecie i ma dwa wyjścia ku dwóm wizjom rzeczywistości. Ja wybieram wskazówkę z kiczowatym czerwonym serduszkiem skierowanym w stronę świata, gdyż uważam, że nie ma nic bardziej uśmiercającego niż zbytnie autouwielbienie, które, moim zdaniem, w istocie prowadzi do destrukcji i faktycznego powolnego konania świata, uwieńczonego wreszcie zgonem. Świat automiłości byłby zatem martwy dowodząc jednoczenie jak wiele z pierwotnego człowieczeństwa wpływa na kontynuację rzeczywistości. To bowiem właśnie dzięki sobie nawzajem nie zamykamy swych autonomii czterema lustrzanymi ścianami bez wyjścia. Zawsze zostaje droga ucieczki przez sufit, może bardziej wyczerpująca, ale z pewnością warta zachodu, w imię uczucia, któremu każdy z osobna i wszyscy razem zawdzięczamy nie tylko to, że jesteśmy, ale także jacy jesteśmy!
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 2
Przeczytałem z wielką przyjemnością. Nie często tak dojrzałe artykuły (wywody) można tutaj znaleźć. Po lekturze mam w głowie burzę, ale postawie kropkę i przemyślę to samotnie. Duży plus.
dziękuję chociaż za 'plusa' za zauważenie ludzkiej próżności wolałabym chyba nie dziękować. to niewyobrazalnie mile ze komus sprawic mozna przyjemnosc , tym bardziej slowem. naprawde.














