Śmierć czatuje na sportowców a Temida na urzędników
Artykuł był czytany 2289 razy
Pana Zientarskiego już osądziła większość rodaków. Mnie chodzi o osądzenie urzędowych osób. Mam nadzieję, że proces ujawni kulisy polskiej bylejakości remontowanych dróg - brak środków, chęci, przewały, niekompetencję i bezduszność.
Znany rajdowiec, Marian Bublewicz, zmarł 20 lutego 1993 po wypadku podczas Zimowego Rajdu Dolnośląskiego, kiedy to auto wypadło z zakrętu i wpadło na drzewo. Śmierci sprzyjała niezbyt profesjonalna pomoc medyczna. Zasadniczo ów wypadek podlega innej statystyce, bowiem miał miejsce podczas zawodów, na drodze zamkniętej dla normalnego ruchu drogowego. I takich podobnych a tragicznych wypadków było jeszcze kilka.
Bodaj największe żniwo w polskim świecie sportu zebrała Śmierć 17 sierpnia 1998, kiedy to w czołowym zderzeniu zginęli Władysław Komar i Tadeusz Ślusarski jadący razem oraz Jarosław Marzec - trójka naszych olimpijczyków.
Inny słynny kierowca rajdowy Janusz Kulig zginął 13 lutego 2004 na strzeżonym przejeździe kolejowym, który akurat... nie był strzeżony. Fatalny układ szosy i torów kolejowych oraz usytuowanie domku dróżniczki a do tego jej nieuwaga oraz także kierowcy. Nie, takiej okazji nie mogła przeoczyć Śmierć. Po latach przebudowano ów węzeł.
Bywa, że posiadamy auta o zbyt wielkich możliwościach, do których to pojazdów - jako kierowcy - jeszcze nie przyzwyczailiśmy się. Kilka lat temu (16 września 2005) żona świetnego naszego siatkarza na zagranicznej autostradzie oraz kilkanaście dni później (1 października 2005) nasza najlepsza pływaczka na krajowej drodze, popełniły błędy i Śmierć zabrała im męża i brata - Arkadiusza Gołasia i Szymona Jędrzejczaka.
No i ostatni (do dzisiaj...) dramat rajdowców - 27 lutego 2008 dwóch dziennikarzy motoryzacyjnych o zacięciu sportowym wsiada do italskiego czerwonego cacka przemysłu samochodowego. Po kilku minutach szaleńczej jazdy ulicami (a raczej wertepami) stolicy dużego kraju w centrum Europy, Śmierć w połowie wykonała swój makabryczny taniec pod wiaduktem, rozpoczynając go od podrzutu na garbie, zaś kończąc go na filarze w pożarowym blasku - zginął młody a utalentowany dziennikarz Jarosław Zabiega, zaś Jego nieco starszy i bardziej doświadczony kolega, Maciej Zientarski, został ciężko ranny. Gdyby mieli zapięte pasy, zapewne obaj spłonęliby w wozie.
Zwykle bywa, że o tragedii nie decyduje jeden czynnik, lecz kilka, które nastąpiły jednocześnie. Jechali zdecydowanie zbyt szybko. Prawdopodobnie obaj w sposób świadomy wybrali się w tę podróż, aby wieczorową porą przetestować pożyczony bolid. Tuż przed katastrofą najechali na garb, który przy kosmicznej (w mieście) prędkości, wytrącił ich z planowanego toru jazdy. Okazuje się, że urzędnicy odpowiedzialni za stan polskich dróg, z braku środków i wyobraźni, zamiast zlikwidować garb, umieścili przed nim znak ograniczający prędkość. Większość rodaków uznaje winę dziennikarzy, choć na świecie zapewne komentarze będą w rodzaju - Polska to ubogi kraj trzeciego świata, skoro ludzie zabijają się na koleinach i to... stołecznych. Owszem, nawet w Stanach ginie się w koszmarny sposób, ale jest cywilizacyjna przepaść - tam, za oceanem wali się skorodowany most (jeden wśród kilkudziesięciu tysięcy) ułatwiający przemieszczanie, a tu wypadamy z trasy na garbie utrudniającym komunikację...
Czy mądry Polak po szkodzie? Oczywiście! Ponieważ nie przebudujemy wszystkich przejazdów kolejowych oraz wszystkich garbów, to (podobnie jak po wypadku Janusza Kuliga) zabierzemy się za wybrane przejazdy i garby. Gdyby na tamtym przejeździe i na tym garbie zginęli zwyczajni Polacy (i tacy ginęli!), to nie byłoby ani dyskusji, ani remontów, a to znaczy, że ci znani nie zginęli daremnie. Gdyby jednak przebudowano te felerne miejsca już po wcześniejszych wypadkach, to żyliby nadal, choć (zdaniem sceptyków) niewykluczone, że "prędzej czy później pozabijaliby niewinne dzieci przechodzące przez zebrę". Oczywiście, gdyby żyli w bardziej ucywilizowanym kraju, to mogliby także zginąć, jednak raczej nie na przejeździe i nie na garbie.
Pana Zientarskiego już osądziła większość rodaków - wystarczy przejrzeć dyskusyjne fora. Mnie chodzi o osądzenie urzędowych osób. Mam nadzieję, że proces ujawni kulisy polskiej bylejakości remontowanych dróg - brak środków, chęci, przewały, niekompetencję i bezduszność. Może doczekamy się pierwszego wyroku na urzędasów? I to w stolicy. Już pewnie są preparowane dokumenty i ustalana jest linia obrony osób zainteresowanych...
PS Czatować - słowo, które w ostatnich latach kojarzy się niemal wyłącznie z internetem, jednak ma jeszcze inne i znacznie starsze znaczenie
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 11
Wymienieni w artykule sportowcy, są tylko nielicznymi z wszystkich nieszczęśników, których spotkał taki los, ale właśnie o nich się "mówi" - zwykle tylko o nich, więc nie mamy obrazu skali zjawiska. Z drugiej jednak strony, "dzięki" nim jest szansa, aby skala ta znacznie zmalała.
Co do osób urzędowych, to podejrzewam nie tyle aspekty formalne, co moralne - dla niektórych ostrzeżenie o zagrożeniu może być jednoznaczne z wyeliminowaniem zagrożenia - i co wtedy?
P.S. W Warszawie znaki ograniczenia prędkości są tak popularne, że trudno je nieraz "zauważyć" ;)
Zgadzam sie z przedmowca , garby , nierownosci i pospolite na skrzyzowaniach falbanki przez ktore nie mozna ruszyc lub tez mozna oderwac pol auta sa juz wrecz wpisane w nedzny krajobraz naszych drog , to straszne do czego moga doprowadzic , a jeszcze straszniejsze , gdy urzednicy moga spokojnie wygospodarowac 100 tys na kwiaty dawane przez prezydenta , a na nasze drogi wciaz brakuje im pieniedzy , czasu i masy innych rzeczy
no a najlepszym rozwiazaniem jest ograniczenie do 50 i z glowy juz nic wiecej robic nie musza sama wypadlabym nie raz z drogi przez takie niespodzianki na drogach ciagle tylko brawurowa jazda i brawurowa jazda a to nie zawsze jest przyczyna stan naszych drog tez sie do tego bardzo przyczynia i ode mnie autor dostaje plusika za to ze zwrocil uwage na ten rowniez bardzo wazny czynnik :D
Rzeczywiście, afera z Małkowskim pokazuje - jak można wydać prawie100 tys. zł (naszych, nie jego!) na kwiaty i kupić sobie sympatię. A z drugiej strony powiedzą w Olsztynie, że nie ma 100 tys. zł na dziur załatanie!
Ponadto - co rusz jest ograniczenie prędk. i czasami nie wiadomo z jakiego powodu. Czesto z nijakiego albo trywialnego. Po przejechaniu 100 znaków ograniczających prędkość nasz mózg tępieje na takie wymagania. A gdyby jechać z kamerą za autem policji to co? Jak oni jadą?
A że Zientarski przegiął to inna sprawa, jednak jego ojciec powinien zabrać się za urzędasów.
Kto jest autorem zdjęcia? Chyba nie e-bay.com?
Chyba tak. A dokładniej pewien Amerykanin nie podający swego nazwiska.
Strażnik powienien zwrócić się do Prezydenta RP, wszak to on narzuca Narodowi pewne standardy dot. przestrzegania prawa autorskiego... Ryba psuje się od głowy. Prawnicy w Kancelarii Pr. RP nie znają prawa?
Mirosławie, nie odwracaj kota ogonem. Wystarczyło zadać sobie trud, by poprosić serwis prasowy Ferrari o udostępnienie zdjęcia modelu Modena. Ale ukraść jest znacznie łatwiej, prawda? Aleksandro, wiem co jest wymagane przez serwis, dokładnie przeczytałem regulamin, w odróżnieniu od tutejszych autorów. Stanowi on m.in.: Zabronione jest wykorzystywanie Serwisu do dystrybucji jakichkolwiek materiałów chronionych przez polskie i międzynarodowe prawo autorskie oraz materiałów, których dystrybucji zabraniają przepisy prawa.
Pierwej napisz do p. Kaczyńskiego - wszak to on daje wzór do naśladowania przez poddanych... Zdjęcie pochodzi z ebay.com, o czym świadczy znaczek u dołu skanu.
Znalazłem - http://cgi.ebay.com/ebaymotors/2003-Ferrari-360-Modena-F1-6K-mi-REDUCED-to-SELL_W0QQitemZ150222849190QQcmdZViewItem?hash=item150222849190
jeszcze 8 godzin można się zastanawiać nad kupnem. Cena ok. 140 tys. $. Firma za darmo ma reklamę. Gdybym w tele chciał pokazać katalog z samochodami Ferrari i zachwalać wozy, to powinienem mieć zgodę firmy? A gdybym chciał pokazać telewizor z lat 60., np. Belweder II, to musiałbym mieć zgodę Zakładów Telew. w Wa-wie?













