Styl Życia / Inne
Trup w szafie pewnej rodziny
Artykuł był czytany 1644 razy
Prawdopodobnie Marzena kiedyś odejdzie od Igora, a może szybciej otworzy mu okno, by ten wyszedł. Mam nadzieję, że zdąży się coś „zadziać”, zanim jej córka dorośnie i gorzko podziękuje matce za chore dzieciństwo.
Przez pięć lat małżeństwa Marzena nie zorientowała się, że Igor to zwykły drań. Żyli tak, jak żyją wszyscy – banalnie, z dnia na dzień, bez ognistych awantur i bez miłosnych fajerwerków. On pracował jako kierowca w hurtowni, ona była sprzedawczynią – to tu, to tam. Marzena była pogodna i otwarta, lubiła rozmowy z klientami, choćby miały dotyczyć wyboru makaronu. On – milczek i samotnik, dobrze czuł się spędzając dzień za kółkiem. Ona pracowała od świtu do wczesnego popołudnia, resztę dnia rozdzielając pomiędzy obowiązki domowe, zabiegi pielęgnacyjne i shopping, jako, że uwielbiała niebanalne stroje. Jemu praca, swymi elastycznymi godzinami, szatkowała harmonogram dnia - tak zwany międzyczas spędzał na swoim największym hobby – na przerzucaniu kanałów sportowych.
Wszystko zmieniło się, kiedy Marzenę zaczęło dręczyć dotkliwe poczucie bezsensu. Patrzyła na szafę pełną drogich futer, modnych dżinsów, rozglądała się po mieszkaniu, w którym nic, poza ciuchami, nie było ich własnością. Była nieszczęśliwa - dała się zwieść miłości - najpierw do Igora, potem do dóbr materialnych. Na początku ich wspólnej drogi, bez wahania przypieczętowała narzeczeńską umowę o nie posiadaniu potomstwa, zaraz potem zachłysnęła się dobrobytem i zabawą w domową sielankę. W końcu doszła do momentu, kiedy poczuła się oszukana. Próbowała rozmawiać o tym z Igorem, odwoływała się do zdrowego rozsądku, miłości, filozofii, religii. Bezskutecznie - zaczęło wiać od niego chłodem bardziej niż dotychczas.
Jedna niezrealizowana recepta, jeden namiętny wieczór i poczęła się Lena. Kiedy Igor się dowiedział, był wściekły. Za złamanie umowy ukarał żonę milczeniem – Marzena przestała dla niego istnieć. Przez cała ciążę zwracał się do niej tonem ostrym i to jedynie w kwestiach formalnych – na obiad zrób to, kup tamto, wypierz skarpety. A ona prała, znosiła do domu ciężkie torby i pichciła małżonkowi wymyślne obiady. Robiła to dla niego, dla Lenki. W skrytości ducha marzyła o dniu, kiedy Igor zrozumie, kiedy jego serce się otworzy, a myślenie przejdzie cudowną metamorfozę.
Było jej ciężko, jednak nawet matce nie powiedziała o niczym. Sytuacja skomplikowała się, gdy warzywniak przyjaciółki, u której pracowała na czarno przez ostatnie miesiące, splajtował. Z dnia na dzień została bez grosza przy duszy – bez pensji, bez oszczędności, bez „kuroniówki”, bez nadziei na zasiłek macierzyński. Odtąd żyła na łasce męża – do ostatnich dni nie miała dla dziecka ani jednego ubranka, nie miała za co go kupić. Igor nie złamał się do końca, może nawet dobrze się bawił - świetnie czuł się w roli bezwzględnego pana i władcy. Po porodzie, ze szpitala Marzena wróciła taksówką – zapłaciła za nią jej mama. Córeczkę, w rozmiarze 56, ubrała w ciuszki, które dostała od babci, założyła pieluszki, które nabyła dlań siostra. W domu nie czekał na nie ani uśmiechnięty tata, ani różowy pokoik, ba - brak było nawet dziecięcego łóżeczka. Młoda mama i jej córka zajęły małżeńskie łoże – Igor i tak dawno temu przeniósł się na kanapę, a życie spędzał w towarzystwie telewizora, piwa i laptopa.
Marzena dość szybko porzuciła marzenia o szczęśliwej rodzinie. Zrozumiała to w momencie, gdy jej mąż, oderwawszy wzrok od telewizora - beznamiętnie spojrzał na swe dziecko, krew z krwi – i powrócił do akcji na ekranie. Kamień by się może i wzruszył, ale nie Igor. Jego nie złamały ani małe rączki Leny, ani to, że miała jego oczy i usta. Jej alabastrowa skóra i chude ciałko budziło w nim niechęć, a wieczny krzyk i kwilenie burzyło porządek świata, wyzwalając irytację i napady furii. Nikogo nie bił – jedynie paraliżował wzrokiem bądź krzyczał - na Marzenę, na dziecko. Wiedział, ze nie może zdjąć białych rękawiczek. I tak zarabiał na dom, robił opłaty - wprowadził podział jedzenia i środków czystości – na swoje i ich. Swej karmiącej żonie na co dzień kupował chleb, masło i dżem, w weekendy - ser i pomidory. Co miesiąc dawał jej 50 złotych „na dziecko”. Miał gest.
Mijały miesiące, Lenka rosła, a Igor niezmienne rozpatrywał życiowe kwestie z pozycji kanapy, przez pryzmat własnego pępka. Sytuacja dziewczyn poprawiła się nieco, gdy Marzena zaczęła dorabiać – odkryła, że umie wyczarować na szydełku małe cuda, które można sprzedać na aukcjach internetowych. Kupiła córeczce pierwszy wózek, kilka wyjściowych ciuszków, miała też pieniądze na jednorazowe pieluszki – wreszcie z podniesionym czołem mogła iść na szczepienie do przychodni i stanąć oko w oko z nawiedzonymi mamuśkami w osiedlowej piaskownicy. W międzyczasie między małżonkami sytuacja złagodniała – zdarzało się, że rozmawiali o tym i o owym. Doszli do porozumienia: Igor będzie tolerował obecność Małej i postara się nie robić awantur, zniknie też podział na imienne półki w lodówce. W zamian Marzena będzie jego kucharką, sprzątaczką, praczką – naturalnie bez prawa głosu w jakiejkolwiek kwestii. Kobieta odetchnęła z ulgą i dziękowała Bogu – idzie ku lepszemu. Zaczęła pracować – dorabiała jako sprzątaczka, pomagała prowadzić osiedlowy szmateks, imała się każdego zajęcia. Wówczas dzieckiem zajmowała się siostra Marzeny. Niestety, jej obecność oraz zbyt głośne dziecko denerwowały Igora. Zaczęły się awantury. Siostra Marzeny nie kryła zdziwienia – nigdy nie przypuszczała, że jej ospały szwagier to idiota i … psychopata. Igor nie pozostał dłużny – posypały się epitety, pogróżki, w rezultacie przed kobietą drzwi rodziny zostały zamknięte za zawsze.
Igora nikt nie lubił – ani koledzy w szkole, ani siostry i ojciec. Nie zdziwiło zatem nikogo, że zniechęcony pracodawca ostatecznie rozwiązał z nim umowę o pracę. Bezrobotny Igor nowego zajęcia nie szukał – formalnie przejął opiekę nad dzieckiem w ramach „urlopu wychowawczego”. Marzena sprzedała ziemię „po ojcach”, założyła firmę (na nazwisko męża) i własnymi siłami rozkręcała rodzinny biznes, sklepik „Wszystko za 5 złotych”. Tatusiowa opieka nad dzieckiem ograniczała się do podania dziewczynce przygotowanego przez Marzenę jedzenia, zmiany pieluchy i dorzucania Małej zabawek. Dziecko było skazane na samotność, a tatę oglądało przez szczebelki kojca - ten zaś całymi dniami leżał na kanapie, w objęciach laptopa i telewizora. Kiedy z pracy wracała Marzena, oprócz tulenia i całowania stęsknionej córki, musiała i wyprać, i posprzątać, i ugotować. Nie miała zbyt wiele czasu na to, by rekompensować dziecku chłód ojca. Ich świat stał na głowie – mała chodziła spać z mamą po północy, wstawała przed południem z tatą. Nie wychodziła na dwór, bo nie miała z kim, to było ponad siły i chęci ojca. Ten, z czystym sumieniem, całymi dniami zamykał dziecko w trzydziestometrowym mieszkaniu, w którym palił, a którego sporą część zajmował pupil – amstaf Dżil. Marzena kiedy tylko mogła, zabierała dziewczynkę na spacer – unikała jednak ludzi, bowiem dziecko na ich widok reagowała histerycznie. Świat zewnętrzny był dla Leny zbyt szybki, zbyt głośny i kolorowy – był obcy i po prostu ją przerażał. Marzena też nie garnęła się do ludzi – ich wzrok oceniał, przygniatał i sądził. W ich oczach była po prostu nieodpowiedzialną matką.
Lena skończyła cztery lata – Marzena od dawna przygotowywała grunt pod rozmowę z mężem o przedszkolu dla Małej. Upatrywała w nim szansy na prawidłowy rozwój córki, liczyła na to, że przebywanie z rówieśnikami osłodzi jej żywot. Kiedy do rozmowy doszło, euforia ostatecznie opuściła Marzenę. Igor rzecz ujął krótko: „Lena w przedszkolu? Po moim trupie”! On do pracy iść nie zamierza, będzie siedzieć z Leną w domu do czasu, gdy ta pójdzie do szkoły. Żadne argumenty nie były w stanie go przekonać – ani dobro dziecka, ani czarny scenariusz przedstawiający zdziczała Lenę w szkole, nie skutkowały ani prośby, ani groźby. Igor postawił sprawę jasno: „zapisz dziecko do przedszkola, a zobaczysz” - groził awanturami w placówce, dewastację sklepu, zniszczeniem opinii na osiedlu, cóż - ostatecznie zamknie drzwi na klucz, a klucz połknie. Marzena nie miała ani żadnego asa w rękawie, ani siły, by walczyć. Dręczyła ją tylko myśl, ze musi coś zrobić. I to szybko. Wiedziała, że to dziecko płaci za jej błędy, że to ona, nie Igor, ponosi odpowiedzialność za sukcesywnie krzywioną psychikę Leny. Uknuła plan odejścia od męża, ale dopiero za rok, za dwa – kiedy Mała pójdzie do szkoły, kiedy nabierze sił, kiedy dostatecznie zabezpieczy się finansowo. Odejdzie. Na pewno. Kiedyś.
Pewnego letniego wieczora Marzena pękła – nie wytrzymała życzliwego, acz natarczywego kazania sąsiadki, która wystąpiła w obronie dziecka. Kiedy ta poznała kulisy sprawy – zdębiała. Choć już od dawna podejrzewała, że rodzina spod szesnastki jest jakaś dziwna, to nie przypuszczała, że za drzwiami rozgrywa się niemy dramat. Pierwsze co przyszło jej do głowy to interwencja w ośrodku pomocy społecznej. Nazajutrz, w porozumieniu z Marzeną, zgłosiła doń zaniedbanie i wyraziła prośbę o natychmiastową reakcję. Oczami wyobraźni widziała zastępy pracowników socjalnych ze swoimi metodami i procedurami; może jakiegoś policjanta, dzielnicowego, kuratora, sąd rodzinny, psychologa. Kogokolwiek i cokolwiek, byleby interwencja okazała się być skuteczna. Wierzyła w to - wszak tyle mówi się o obronie praw dziecka, o niebieskiej linii, o ludzkiej znieczulicy. Marzena była bardziej sceptyczna, nie oczekiwała spektakularnych efektów i szybkich rozwiązań. Dla niej państwo opiekuńcze to bicie piany, głośne akcje i ciepłe posadki.
Powiem szczerze, że Igorowi etykietkę dziwnego typa przykleiłam już podczas naszej pierwszej sąsiedzkiej pogawędki. O ile podejrzewałam go o skłonności socjopatyczne, o tyle nigdy nie przyszło mi do głowy, że w gruncie rzeczy inteligentny człowiek może okazać się tak bezduszną, prymitywną kreaturą. W moim odczuciu ktoś, kto dla swojego widzimisię, dla własnej wygody krzywdzi dziecko, jest jednostką wymagającą leczenia. Lub izolacji. Od kiedy wiem o całej sytuacji nie widziałam się z Igorem, ale prawda jest taka, że gdybym nawet stanęła z nim twarzą w twarz - nie zrobiłabym nic. Choć się we mnie gotuje, nie powiem mu, co o nim myślę, nie splunę i nie puknę się w głowę. Bo choć nie przerażała mnie jego brak jakichkolwiek zahamowań, o tyle świadomość, że obok niego mieszkają moje dzieci oraz to, że mój spontaniczny zryw mógłby zaszkodzić Marzenie - skutecznie studzą me samarytańskie zapędy.
Jedyne, co mogę zrobić i robię, to dzwonię do MOPS, by o sprawie przypominać pracownikom socjalnym. Na samym początku współpracy zapewniano mnie, że akcja „ratujmy Lenkę W.” lada moment ruszy pełną parą; podziwiano mą obywatelską postawę, niemniej zalecano wyciszenie emocji i … cierpliwość. Dni mijały, a komitywa leniwego Igora i szybko zapadającego zmroku (Marzena wychodziła z małą na dwór dopiero po osiemnastej) na dobre uwięziły dziewczynkę w domu. Kiedy dzieci w przedszkolu uczą się nowych piosenek, ona ogląda kolejny mecz w telewizji, samotnie rysuje i bawi się ukochanymi pluszowymi pająkami. Pracownik socjalny pofatygował się pod szesnastkę dwukrotnie - i dwa razy nie został wpuszczony do domu, choć wyraźnie słyszał głos dziecka wewnątrz. To ostatecznie związało ręce służbom socjalnym, a akta Marzeny, z czystym sumieniem, wrzucono do „szuflady zapomnienia” – co oznacza koniec sprawy.
I tak życie zweryfikowało wszystkie piękne słowa, nadzieje i obietnice państwa opiekuńczego – pokazało, że problem zaniedbanych dzieci to nie tyle ludzka znieczulica czy społeczne przyzwolenie na przedmiotowe traktowanie dzieci, a bardziej niewydolność służb powołanych do tego, by pomagać potrzebującym i wspierać tych, którzy wsparcia potrzebują. Podejrzewam, że zdecydowanie łatwiej byłoby, gdyby Lena miała siniaki i skaleczenia... Prawdopodobnie Marzena kiedyś odejdzie od Igora, a może szybciej otworzy mu okno, by ten wyszedł. Nie wiem. Mam nadzieję, że zdąży się coś „zadziać”, zanim jej córka dorośnie i gorzko podziękuje matce za chore dzieciństwo, a w zasadzie za jego brak.
Epilog:
Dokładnie trzy miesiące po zgłoszenia problemu do OPS, do domu rodziny dotarła delegacja złożona z pracownika socjalnego i dzielnicowego. Po godzinnej rozmowie z Igorem uznano, że nie ma potrzeby dalszego zajmowania się sprawą małej Leny, Marzenie zasugerowano rozwód – wszak i tak wszystko robi sama. Odnotowano też stanowisko Igora - ten nadal nie wyraża zgody ani na zapisanie dziecka do przedszkola, ani na wyjścia z nim na spacery.
Ostatecznie nie stwierdzono zaniedbania – czyż nie jest tak, że wszystko, co spartoli Igor, nadrobi Marzena? W ostatecznym rozrachunku Lenie krzywda się nie dzieje: nie jest separowane od świata – co drugi wieczór wychodzi z matką do sklepu, a intelektualnie nie odstaje od rówieśników – choć z ojcem cały dzień siedzi przed telewizorem, to z matką (od Teleekspresu do północy), bawi się, rysuje, pisze i liczy. I tak to Igor dostał oficjalne rozgrzeszenie swej postawy i prywatne przyzwolenie na to, co robi, a raczej czego nie. I nadal będzie mógł być zadowolony z siebie, żyć na garnuszku żony, spać do popołudnia nie zważając na głodne, samotne i zamknięte w sobie dziecko.
Co ciekawe, sprawa braku zameldowania rodziny, która wyszła na jaw przypadkiem – już na drugi dzień żyła własnym życiem (Urząd Skarbowy, właściciel mieszkania), przy okazji mąż Marzeny, dzięki roztropności pani Aldony z OPS, dowiedział się o udziale żony w sprawie (co miało być zachowane w tajemnicy). Jednak szczytem braku profesjonalizmu okazała się oficjalna wizyta umundurowanej delegacji w miejscu pracy Marzeny. Ostatecznie po Igorze cała afera spłynęła jak po kaczce, za to Marzenę bardziej niż dotychczas dręczy poczucie winy. Jedynym pozytywnym aspektem całego zajścia jest to, że zmniejszyły się szanse Igora na realizację podłego zamysłu - sprytnej rozwodowej afery opartej na kłamstwach i manipulacji, by … przejąć opiekę nad Leną.
Wszystko zmieniło się, kiedy Marzenę zaczęło dręczyć dotkliwe poczucie bezsensu. Patrzyła na szafę pełną drogich futer, modnych dżinsów, rozglądała się po mieszkaniu, w którym nic, poza ciuchami, nie było ich własnością. Była nieszczęśliwa - dała się zwieść miłości - najpierw do Igora, potem do dóbr materialnych. Na początku ich wspólnej drogi, bez wahania przypieczętowała narzeczeńską umowę o nie posiadaniu potomstwa, zaraz potem zachłysnęła się dobrobytem i zabawą w domową sielankę. W końcu doszła do momentu, kiedy poczuła się oszukana. Próbowała rozmawiać o tym z Igorem, odwoływała się do zdrowego rozsądku, miłości, filozofii, religii. Bezskutecznie - zaczęło wiać od niego chłodem bardziej niż dotychczas.
Jedna niezrealizowana recepta, jeden namiętny wieczór i poczęła się Lena. Kiedy Igor się dowiedział, był wściekły. Za złamanie umowy ukarał żonę milczeniem – Marzena przestała dla niego istnieć. Przez cała ciążę zwracał się do niej tonem ostrym i to jedynie w kwestiach formalnych – na obiad zrób to, kup tamto, wypierz skarpety. A ona prała, znosiła do domu ciężkie torby i pichciła małżonkowi wymyślne obiady. Robiła to dla niego, dla Lenki. W skrytości ducha marzyła o dniu, kiedy Igor zrozumie, kiedy jego serce się otworzy, a myślenie przejdzie cudowną metamorfozę.
Było jej ciężko, jednak nawet matce nie powiedziała o niczym. Sytuacja skomplikowała się, gdy warzywniak przyjaciółki, u której pracowała na czarno przez ostatnie miesiące, splajtował. Z dnia na dzień została bez grosza przy duszy – bez pensji, bez oszczędności, bez „kuroniówki”, bez nadziei na zasiłek macierzyński. Odtąd żyła na łasce męża – do ostatnich dni nie miała dla dziecka ani jednego ubranka, nie miała za co go kupić. Igor nie złamał się do końca, może nawet dobrze się bawił - świetnie czuł się w roli bezwzględnego pana i władcy. Po porodzie, ze szpitala Marzena wróciła taksówką – zapłaciła za nią jej mama. Córeczkę, w rozmiarze 56, ubrała w ciuszki, które dostała od babci, założyła pieluszki, które nabyła dlań siostra. W domu nie czekał na nie ani uśmiechnięty tata, ani różowy pokoik, ba - brak było nawet dziecięcego łóżeczka. Młoda mama i jej córka zajęły małżeńskie łoże – Igor i tak dawno temu przeniósł się na kanapę, a życie spędzał w towarzystwie telewizora, piwa i laptopa.
Marzena dość szybko porzuciła marzenia o szczęśliwej rodzinie. Zrozumiała to w momencie, gdy jej mąż, oderwawszy wzrok od telewizora - beznamiętnie spojrzał na swe dziecko, krew z krwi – i powrócił do akcji na ekranie. Kamień by się może i wzruszył, ale nie Igor. Jego nie złamały ani małe rączki Leny, ani to, że miała jego oczy i usta. Jej alabastrowa skóra i chude ciałko budziło w nim niechęć, a wieczny krzyk i kwilenie burzyło porządek świata, wyzwalając irytację i napady furii. Nikogo nie bił – jedynie paraliżował wzrokiem bądź krzyczał - na Marzenę, na dziecko. Wiedział, ze nie może zdjąć białych rękawiczek. I tak zarabiał na dom, robił opłaty - wprowadził podział jedzenia i środków czystości – na swoje i ich. Swej karmiącej żonie na co dzień kupował chleb, masło i dżem, w weekendy - ser i pomidory. Co miesiąc dawał jej 50 złotych „na dziecko”. Miał gest.
Mijały miesiące, Lenka rosła, a Igor niezmienne rozpatrywał życiowe kwestie z pozycji kanapy, przez pryzmat własnego pępka. Sytuacja dziewczyn poprawiła się nieco, gdy Marzena zaczęła dorabiać – odkryła, że umie wyczarować na szydełku małe cuda, które można sprzedać na aukcjach internetowych. Kupiła córeczce pierwszy wózek, kilka wyjściowych ciuszków, miała też pieniądze na jednorazowe pieluszki – wreszcie z podniesionym czołem mogła iść na szczepienie do przychodni i stanąć oko w oko z nawiedzonymi mamuśkami w osiedlowej piaskownicy. W międzyczasie między małżonkami sytuacja złagodniała – zdarzało się, że rozmawiali o tym i o owym. Doszli do porozumienia: Igor będzie tolerował obecność Małej i postara się nie robić awantur, zniknie też podział na imienne półki w lodówce. W zamian Marzena będzie jego kucharką, sprzątaczką, praczką – naturalnie bez prawa głosu w jakiejkolwiek kwestii. Kobieta odetchnęła z ulgą i dziękowała Bogu – idzie ku lepszemu. Zaczęła pracować – dorabiała jako sprzątaczka, pomagała prowadzić osiedlowy szmateks, imała się każdego zajęcia. Wówczas dzieckiem zajmowała się siostra Marzeny. Niestety, jej obecność oraz zbyt głośne dziecko denerwowały Igora. Zaczęły się awantury. Siostra Marzeny nie kryła zdziwienia – nigdy nie przypuszczała, że jej ospały szwagier to idiota i … psychopata. Igor nie pozostał dłużny – posypały się epitety, pogróżki, w rezultacie przed kobietą drzwi rodziny zostały zamknięte za zawsze.
Igora nikt nie lubił – ani koledzy w szkole, ani siostry i ojciec. Nie zdziwiło zatem nikogo, że zniechęcony pracodawca ostatecznie rozwiązał z nim umowę o pracę. Bezrobotny Igor nowego zajęcia nie szukał – formalnie przejął opiekę nad dzieckiem w ramach „urlopu wychowawczego”. Marzena sprzedała ziemię „po ojcach”, założyła firmę (na nazwisko męża) i własnymi siłami rozkręcała rodzinny biznes, sklepik „Wszystko za 5 złotych”. Tatusiowa opieka nad dzieckiem ograniczała się do podania dziewczynce przygotowanego przez Marzenę jedzenia, zmiany pieluchy i dorzucania Małej zabawek. Dziecko było skazane na samotność, a tatę oglądało przez szczebelki kojca - ten zaś całymi dniami leżał na kanapie, w objęciach laptopa i telewizora. Kiedy z pracy wracała Marzena, oprócz tulenia i całowania stęsknionej córki, musiała i wyprać, i posprzątać, i ugotować. Nie miała zbyt wiele czasu na to, by rekompensować dziecku chłód ojca. Ich świat stał na głowie – mała chodziła spać z mamą po północy, wstawała przed południem z tatą. Nie wychodziła na dwór, bo nie miała z kim, to było ponad siły i chęci ojca. Ten, z czystym sumieniem, całymi dniami zamykał dziecko w trzydziestometrowym mieszkaniu, w którym palił, a którego sporą część zajmował pupil – amstaf Dżil. Marzena kiedy tylko mogła, zabierała dziewczynkę na spacer – unikała jednak ludzi, bowiem dziecko na ich widok reagowała histerycznie. Świat zewnętrzny był dla Leny zbyt szybki, zbyt głośny i kolorowy – był obcy i po prostu ją przerażał. Marzena też nie garnęła się do ludzi – ich wzrok oceniał, przygniatał i sądził. W ich oczach była po prostu nieodpowiedzialną matką.
Lena skończyła cztery lata – Marzena od dawna przygotowywała grunt pod rozmowę z mężem o przedszkolu dla Małej. Upatrywała w nim szansy na prawidłowy rozwój córki, liczyła na to, że przebywanie z rówieśnikami osłodzi jej żywot. Kiedy do rozmowy doszło, euforia ostatecznie opuściła Marzenę. Igor rzecz ujął krótko: „Lena w przedszkolu? Po moim trupie”! On do pracy iść nie zamierza, będzie siedzieć z Leną w domu do czasu, gdy ta pójdzie do szkoły. Żadne argumenty nie były w stanie go przekonać – ani dobro dziecka, ani czarny scenariusz przedstawiający zdziczała Lenę w szkole, nie skutkowały ani prośby, ani groźby. Igor postawił sprawę jasno: „zapisz dziecko do przedszkola, a zobaczysz” - groził awanturami w placówce, dewastację sklepu, zniszczeniem opinii na osiedlu, cóż - ostatecznie zamknie drzwi na klucz, a klucz połknie. Marzena nie miała ani żadnego asa w rękawie, ani siły, by walczyć. Dręczyła ją tylko myśl, ze musi coś zrobić. I to szybko. Wiedziała, że to dziecko płaci za jej błędy, że to ona, nie Igor, ponosi odpowiedzialność za sukcesywnie krzywioną psychikę Leny. Uknuła plan odejścia od męża, ale dopiero za rok, za dwa – kiedy Mała pójdzie do szkoły, kiedy nabierze sił, kiedy dostatecznie zabezpieczy się finansowo. Odejdzie. Na pewno. Kiedyś.
Pewnego letniego wieczora Marzena pękła – nie wytrzymała życzliwego, acz natarczywego kazania sąsiadki, która wystąpiła w obronie dziecka. Kiedy ta poznała kulisy sprawy – zdębiała. Choć już od dawna podejrzewała, że rodzina spod szesnastki jest jakaś dziwna, to nie przypuszczała, że za drzwiami rozgrywa się niemy dramat. Pierwsze co przyszło jej do głowy to interwencja w ośrodku pomocy społecznej. Nazajutrz, w porozumieniu z Marzeną, zgłosiła doń zaniedbanie i wyraziła prośbę o natychmiastową reakcję. Oczami wyobraźni widziała zastępy pracowników socjalnych ze swoimi metodami i procedurami; może jakiegoś policjanta, dzielnicowego, kuratora, sąd rodzinny, psychologa. Kogokolwiek i cokolwiek, byleby interwencja okazała się być skuteczna. Wierzyła w to - wszak tyle mówi się o obronie praw dziecka, o niebieskiej linii, o ludzkiej znieczulicy. Marzena była bardziej sceptyczna, nie oczekiwała spektakularnych efektów i szybkich rozwiązań. Dla niej państwo opiekuńcze to bicie piany, głośne akcje i ciepłe posadki.
Powiem szczerze, że Igorowi etykietkę dziwnego typa przykleiłam już podczas naszej pierwszej sąsiedzkiej pogawędki. O ile podejrzewałam go o skłonności socjopatyczne, o tyle nigdy nie przyszło mi do głowy, że w gruncie rzeczy inteligentny człowiek może okazać się tak bezduszną, prymitywną kreaturą. W moim odczuciu ktoś, kto dla swojego widzimisię, dla własnej wygody krzywdzi dziecko, jest jednostką wymagającą leczenia. Lub izolacji. Od kiedy wiem o całej sytuacji nie widziałam się z Igorem, ale prawda jest taka, że gdybym nawet stanęła z nim twarzą w twarz - nie zrobiłabym nic. Choć się we mnie gotuje, nie powiem mu, co o nim myślę, nie splunę i nie puknę się w głowę. Bo choć nie przerażała mnie jego brak jakichkolwiek zahamowań, o tyle świadomość, że obok niego mieszkają moje dzieci oraz to, że mój spontaniczny zryw mógłby zaszkodzić Marzenie - skutecznie studzą me samarytańskie zapędy.
Jedyne, co mogę zrobić i robię, to dzwonię do MOPS, by o sprawie przypominać pracownikom socjalnym. Na samym początku współpracy zapewniano mnie, że akcja „ratujmy Lenkę W.” lada moment ruszy pełną parą; podziwiano mą obywatelską postawę, niemniej zalecano wyciszenie emocji i … cierpliwość. Dni mijały, a komitywa leniwego Igora i szybko zapadającego zmroku (Marzena wychodziła z małą na dwór dopiero po osiemnastej) na dobre uwięziły dziewczynkę w domu. Kiedy dzieci w przedszkolu uczą się nowych piosenek, ona ogląda kolejny mecz w telewizji, samotnie rysuje i bawi się ukochanymi pluszowymi pająkami. Pracownik socjalny pofatygował się pod szesnastkę dwukrotnie - i dwa razy nie został wpuszczony do domu, choć wyraźnie słyszał głos dziecka wewnątrz. To ostatecznie związało ręce służbom socjalnym, a akta Marzeny, z czystym sumieniem, wrzucono do „szuflady zapomnienia” – co oznacza koniec sprawy.
I tak życie zweryfikowało wszystkie piękne słowa, nadzieje i obietnice państwa opiekuńczego – pokazało, że problem zaniedbanych dzieci to nie tyle ludzka znieczulica czy społeczne przyzwolenie na przedmiotowe traktowanie dzieci, a bardziej niewydolność służb powołanych do tego, by pomagać potrzebującym i wspierać tych, którzy wsparcia potrzebują. Podejrzewam, że zdecydowanie łatwiej byłoby, gdyby Lena miała siniaki i skaleczenia... Prawdopodobnie Marzena kiedyś odejdzie od Igora, a może szybciej otworzy mu okno, by ten wyszedł. Nie wiem. Mam nadzieję, że zdąży się coś „zadziać”, zanim jej córka dorośnie i gorzko podziękuje matce za chore dzieciństwo, a w zasadzie za jego brak.
Epilog:
Dokładnie trzy miesiące po zgłoszenia problemu do OPS, do domu rodziny dotarła delegacja złożona z pracownika socjalnego i dzielnicowego. Po godzinnej rozmowie z Igorem uznano, że nie ma potrzeby dalszego zajmowania się sprawą małej Leny, Marzenie zasugerowano rozwód – wszak i tak wszystko robi sama. Odnotowano też stanowisko Igora - ten nadal nie wyraża zgody ani na zapisanie dziecka do przedszkola, ani na wyjścia z nim na spacery.
Ostatecznie nie stwierdzono zaniedbania – czyż nie jest tak, że wszystko, co spartoli Igor, nadrobi Marzena? W ostatecznym rozrachunku Lenie krzywda się nie dzieje: nie jest separowane od świata – co drugi wieczór wychodzi z matką do sklepu, a intelektualnie nie odstaje od rówieśników – choć z ojcem cały dzień siedzi przed telewizorem, to z matką (od Teleekspresu do północy), bawi się, rysuje, pisze i liczy. I tak to Igor dostał oficjalne rozgrzeszenie swej postawy i prywatne przyzwolenie na to, co robi, a raczej czego nie. I nadal będzie mógł być zadowolony z siebie, żyć na garnuszku żony, spać do popołudnia nie zważając na głodne, samotne i zamknięte w sobie dziecko.
Co ciekawe, sprawa braku zameldowania rodziny, która wyszła na jaw przypadkiem – już na drugi dzień żyła własnym życiem (Urząd Skarbowy, właściciel mieszkania), przy okazji mąż Marzeny, dzięki roztropności pani Aldony z OPS, dowiedział się o udziale żony w sprawie (co miało być zachowane w tajemnicy). Jednak szczytem braku profesjonalizmu okazała się oficjalna wizyta umundurowanej delegacji w miejscu pracy Marzeny. Ostatecznie po Igorze cała afera spłynęła jak po kaczce, za to Marzenę bardziej niż dotychczas dręczy poczucie winy. Jedynym pozytywnym aspektem całego zajścia jest to, że zmniejszyły się szanse Igora na realizację podłego zamysłu - sprytnej rozwodowej afery opartej na kłamstwach i manipulacji, by … przejąć opiekę nad Leną.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
Fajnie piszesz, czekam na kolejne Twoje zapiski.


















