W koszyku z pomarańczami...
Artykuł był czytany 2595 razyI znów obraziłem się na Lwów... Chyba definitywnie. Bo miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Bo miał być koszyk z pomarańczami, a wyskoczyła z niego... Mandaryna.
Znów obraziłem się na Lwów. Znów. I chyba tym razem obraziłem się na dobre.
Moje pierwsze fochy to chyba dziewięćdziesiąty pierwszy albo drugi. Zdaje się, że drugi; jakoś tak na przełomie Sojuza i Samostijnej. Niewiele teraz już z tego pamiętam: jakieś zacierające się obrazy koszmarnie wyszarzałego miasta, jakieś gówniane Zenity, kupowane kątem w sklepie z majtkami, śmierdzący alkohol lejący się strumieniami każdego dnia i z każdej możliwej strony, skacowany wieczór w obowiązkowej Operze... Może jeszcze babina z etażu, która o pierwszej w nocy uczęstowała niedopitego studenta szampanem doprawionym samogonem, a może samogonem w butelce po szampanie? ...I chociaż korzystałem wówczas do bólu ze wszystkich dobrodziejstw (czy też ZŁO -dziejstw) upadającego systemu, obraziłem się wtedy na Lwów po raz pierwszy. Obraziłem się na szaronicość tego miasta, na jego brak twarzy, na jego marność i upodlenie, na brak i na nadmiar - jakież to szczeniackie, prawda? I wcale w tamtych dniach nie dostrzegłem tej opiewanej kresową legendą wspaniałości strzelistej wieży ecclesia major, łacińskiej katedry, ominął mnie zachwyt nad ekspozycją malarstwa w słynnej lwowskiej Galerii (bo i czym się tu zachwycać?), nie rzuciła mnie również na kolana mistyczna Czarna Kamienica – wówczas zwykły stary dom, byle jak pomalowany czarną farbą emulsyjną i dokładnie tak wyglądający: jak stary dom pomalowany czarną farbą emulsyjną... Męczył jednak Pan Moralniak, przedziwny kac, którego nie potrafiłem nijak wytłumaczyć i który minął jak ręką odjął po przekroczeniu tej głupiej granicy. Obiecałem sobie wtedy solennie, że to był mój ostatni raz we Lwowie.
Skłamałem oczywiście... Pojechałem jeszcze raz i jeszcze i jeszcze... Z czasem śmiałem się z siebie; śmiałem się z tych głupich, szczeniackich fochów, z tej krótkowzroczności, która nie dała mi dotknąć tego miasta naprawdę. Zapomniałem w końcu o tym, że kiedyś się obraziłem - i przestałem się gniewać. Drżyjcie narody... A sam Lwów pewnie nawet tego nie zauważył.
A teraz, kilkanaście (czternaście? piętnaście?) lat później, w podłej hotelowej knajpie, popijając byle jakie piwo i przypatrując się obwisłym cyckom dziewczyny rozbierającej się za pieniądze do wtóru idiotycznej muzyki (muzyki?) pogniewałem się na Lwów po raz drugi.
PIERWSZA POMARAŃCZA
W hotelowym lobby jest darmowy striptiz. Były trzy dziewczyny, ale jedna urwała się o dziesiątej. Zostały dwie. Spojrzenie jak marzenie, a cycki wiszą do ziemi.
Siedzimy w lobby i pijemy wódkę. Ja i mój najlepszy przyjaciel. Poznaliśmy się dziesięć minut temu i to wystarczy, żeby zacząć rozmowę i zostać najlepszymi przyjaciółmi. A na pewno wystarczy, żeby razem pić wódkę.
Wasyl (albo Witalij, a może Sasza; chwilami mój najlepszy przyjaciel sam nie jest do końca pewien swojego imienia) patrzy na mnie raz przyjaźnie, raz nieprzytomnie, a raz bykiem. Nie możemy więc przesadzić z wódką. Wypijesz za dużo i wpadka: otwierają się zakamarki duszy i wówczas hospody pomyłuj... Łatwo jest wtedy obudzić się z kolejnym moralniakiem, jeszcze łatwiej z czerwonym odciskiem buta na twarzy.
Wasyl / Witalij / Sasza czy Ktośtam pije dzisiaj na umór. Najbardziej boli go to, że najdemokratyczniejszy ze wszystkich demokratycznych, Jego Demokratyczność Wiktor Andrijewycz czyli prezydent Juszczenko, na cztery wiatry rozpędził DAI. DAI czyli drogową milicję, DerżAwtoInspekcję – nikt tu zresztą nie próbuje tłumaczyć tego skrótu w ten sposób. DAI pisze się i czyta tak jak słychać. Tak też się tę nazwę rozumie. Nie pytam dlaczego, ale i tak jest to jasne jak słońce. DAI to DAJ. Cholernie adekwatna nazwa dla przeżartej korupcją drogówki.
- Osiemnaście tysięcy ludzi idzie na bruk, w adstawku, zrozumiał? Osiemnaście tysięcy chłopa! I co oni, uważasz, teraz będą robić? Czy ktoś o tym pomyślał? Czy kogoś to jeszcze, bladź, obchodzi ?
Obchodzi czy nie, scenariusz jest łatwy do przewidzenia.
Pójdą do „agencji ochrony”
Albo do „biznesmenów”
Albo sami nimi zostaną, zależy kogo znają i czy mają jaja.
No i będą bić po gębach, łamać ręce i nogi, gwałcić, kraść... jak zawsze, bladź. Wszędzie przydadzą się ludzie, którzy niejedno widzieli i niejedno dostali. A jak nie dostali – to wzięli. I wsio. Przydatne są takie umiejętności wszędzie, przydatne i na pomarańczowej Ukrainie.
Wasyl / Witalij / Sasza / Ktośtam patrzy na mnie wzrokiem pełnym ukraińskiej wódki.
- A tobie, Krzyś, wydawało się, że co tu będzie? Że pomarańcze wyrosną na ulicach?
Przytakuję. Tak, do cholery, wydawało mi się, że coś się zmieni, może nawet i wyrosną te pomarańcze... Stałem przecież wtedy pod Belwederem w strugach deszczu, słuchałem śpiewającego Czubaja, jako jeden chyba z pierwszych w Warszawie przypiąłem pomarańczową wstążkę do anteny mojego samochodu... Tak, wierzyłem, że coś się zmieni. Kiedy na Wisłostradzie mijałem w grudniu samochód na blachach z Tarnopola, nie wytrzymałem: wyprzedziłem, wyrzuciłem przez okno jakąś pomarańczową wstążkę , przywaliłem długimi... A z ukraińskiego samochodu wydobyło się to samo – i tak migały światła, trąbiły klaksony, powiewało pomarańczowe, działo się... Do mojej spontanicznej pomarańczowej akcji włączyły się nagle inne samochody i przez moment zjazd z Wisłostrady wyglądał jak pomarańczowa dyskoteka. Juszczenku – Ura !
Tymczasem Witalij / Wasyl / Ktośtam pije już chyba ostatni kieliszek wódki. Mam nadzieję, że ostatni, bo po kolejnym trzeba by było nieść go do domu. Odbieram niewerbalny pijany komunikat. Drwiący, bo pijany? Drwiący, bo co? Bo nie wiem co. Przykro się tak rozstawać, ale chyba długo nie posiedzimy.
- Wracaj do siebie, Krzyś. – to jednak było drwiące. Wasyl / Witalij / Ktośtam (może Sasza albo Pietia) stracił już ochotę na rozmowę ze mną. Wstał, rozlał wódkę, potknął się i poszedł w lwowską noc. Dziewczyna z cyckami do ziemi obrabia teraz jakiegoś Włocha – gość nawalony jak stodoła, bez trudu dał się namówić na Privat Dens; życie jest piękne czasami... Gasną światła, z magnetofonu startuje „Samotny pasterz”, a dziewczyna siedzi już pijanemu Włochowi na kolanach i namiętnie się kręci – masz zatem bracie całe trzy minuty i czterdzieści pięć sekund tylko dla siebie, privat.... Obwisłe cycki fruwają w powietrzu, jednak Włoch patrzy w sufit i raptownie trzeźwieje. Muzyka z magnetofonu urywa się jak nożem uciął, trzy - czterdzieści pięć minęło... Dziewczyna zrywa się z jego kolan, rzuca przepraszający uśmiech i raz - dwa jej nie ma; za kotarą przy ścianie są małe drzwi na zaplecze. Wszyscy wychodzą, już wychodzą, dobrej nocy... Z za kotary wydobywają się kłęby śmierdzącego dymu. Na całym świecie jednak trawka śmierdzi tak samo.
Jest późno. Pięć minut po tym, jak zmył się Włoch, wychodzą dziewczyny. Nie poznałbyś ich na ulicy. Nie ma już białych prześwitujących majtek i pończoch na pasku, zniknęły uwodzicielskie spojrzenia, spódniczki jak mgnienie oka już nie kuszą... To tylko dwie przyzwoite dziewczyny, zapięte na ostatni guzik w badziewnych paltach, wracają do domu. Późno? Cóż, czasem praca trzyma do nocy. Wszędzie.
Swieta ma 22 lata. W domu mąż, teściowa, zupa, zwyczajność. Swieta pracuje w magazynie części do samochodów ZaZ (czyli Daewoo czyli General Motors czyli Sam Bóg Wie co - na Ukrainie mało co bywa oczywiste). Kiedy przychodzi nowa partia części, Swieta siedzi w robocie nawet do piątej czy szóstej rano; wszystko to trzeba poukładać, posortować, opisać. Części przychodzą zazwyczaj w piątek, sobotę i niedzielę. Teściowa ma parę dolarów renty, mąż nic nie ma, roboty też nie ma, więc pije – i tak w piątek, sobotę i niedzielę. Swiety nie spotkasz wtedy w domu. Układa w kartonowych pudłach części do samochodów.
A Natalia ma już 30 lat i obwisłe cycki czterdziestolatki; to ona siedziała na włoskich kolanach i kręciła się na nich w rytm „Samotnego pasterza”. Natalia nie ma męża, nie ma teściowej, nie ma dziecka i nie będzie go miała – jest bezpłodna. W dzień jest asystentką doktora fizyki na lwowskim uniwersytecie. W nocy robi. co chce. Jest (chyba) wyzwoloną kobietą i ma (chyba) z tego dużo przyjemności. Na pewno zaś ma dolary, wprawdzie coraz mniej warte, ale wciąż nie bez wartości.
- Jak chcesz privat , Krzyś - mówi i ładnie mruży te swoje kocie oczy – przyjdź jutro. Na dzisiaj już koniec. Jestem zmęczona i chcę spać.
A ja nie chcę privata. I w ogóle zaczyna mnie wkurzać, że wszyscy nazywają mnie Krzyś. Chciałbym pogadać, ale dziewczyny zaczynają się spieszyć. Pogadać można z księdzem albo psychiatrą. Pod hotel podjeżdża z piskiem wiekowe BMW. Wiekowe czy nie - BMW ma czarne szyby i byczka za fajerą; tatuś przyjechał. Dziewczyny wskakują do środka jak oparzone – i znów pisk opon. Za chwilę widać tylko znikające światła podskakujące na nierównym bruku.
Striptiz w hotelowym lobby jest za darmo. Za Privat dziewczyny biorą tutaj dziesięć Euro, pracują od 21 do północy. Jak jest dobry wieczór, mają nawet dziesięć Privatów i pracują dłużej. Dziś wieczór jest kiepski – napatoczył się tylko mocno nawalony włoski biznesmen i ja. On już nie może, ja nie chcę.
Miały spać, a pewnie pojechały do Grandu. A może do Żorża? A może do któregoś z setek nowych klubów, których we Lwowie namnożyło się ostatnio jak słynnej radzieckiej stonki. Tam za striptiz od pierwszej do czwartej dostają 30 Euro na łeb, razem 60 Euro. Privat kosztuje 20 Euro z czego 40 procent bierze kierowca. Znaczy się – Tatuś ...
W tym tygodniu przyjechało bardzo dużo części zamiennych do fabryki Awto ZAZ.
A Natalia miała kupę tłumaczeń. Wolna i wyzwolona, jakoś musi wytłumaczyć te worki pod oczami.
* * *
Średnia pensja na Ukrainie wynosi obecnie około 250 hrywien, co stanowi jakieś 150 złotych, może mniej. Na tę średnią składają się zarobki Kijowa (średnio 600 hrywien), Lwowa (250), Kołomyi (90) i na przykład Krzemieńca, gdzie już kolejny rok pracownicy cukrowni dostają wypłatę w... cukrze. Emeryci dostają głodowe wypłaty, ale wreszcie je dostają – jeszcze cztery, pięć lat temu nie dostawali ich wcale. Chleb kosztuje mniej więcej tyle samo co w Polsce, piwo również, może trochę mniej. Samochody są tańsze, kredyty też, ale już na przykład mięso – o wiele droższe.
A privat w byle jakim hotelu kosztuje 10 euro. 10 euro to ponad 60 hrywien. Więc dziesięć privatów to miesięczna pensja specjalisty od nieruchomości w Kijowie. I prawie trzy takie pensje we Lwowie.
DRUGA POMARAŃCZA
Z Aleksem umówiłem się na piwo w wiedeńskiej kawiarni. TEJ właśnie słynnej wiedeńskiej kawiarni. Zadzwoniłem do niego o siódmej, a Aleks kazał zająć mi miejsce i obiecał, że przyjdzie za piętnaście minut. Przyszedł za godzinę i kwadrans. Miejsc w wiedeńskiej nie było (jak zwykle), poszliśmy więc do knajpy obok. Znam w tej knajpie kelnera - ładnie poprosiłem go o wsparcie, stał zatem biedak z posępną miną nad dramatycznie klejącą się do siebie parą prawie dwadzieścia minut, aż wreszcie poszli sobie w cholerę. A my znaleźliśmy miejsce. W sobotni wieczór, w samym centrum starego Lwowa, nie jest to łatwe. We Lwowie nie ma jednak rzeczy niemożliwych.
To był chyba jeden z najbardziej przerażających widoków, jakie dane mi było oglądać – właśnie tutaj, tego lata, we Lwowie. Obrazek tak ohydny, że aż nierealny. Tak nierealny, że bolesny. Tak bolesny, że prawdziwy.
Chciałem do kibla, każdy kiedyś chce. Niestety – knajpka, którą wybrałem na wieczorne posiedzenie, okazała się być w godzinach wieczornych - dyskoteką: na zewnątrz wiklinowe fotele, zimne piwo i klimat, wewnątrz pot, seks i łzy. Głównie chyba pot. O dziesiątej zamknęły się ciężkie wrota, na fotelu przed nimi spoczął umundurowany kark, trzech innych zaś obstawiło „wyjście awaryjne”. Razem ważyli pewnie z dziewięćset kilo. Publika siedząca przy wiklinach przed knajpą pomalutku szukała sobie innego miejsca – ja jednak, pogrążony w rozmowie, trwałem tam jak kamień. W końcu natura zrobiła swoje. Nie było łatwo, ale udało się. Wjazd do lokalu – piętnaście hrywien, ale wszedłem za darmo. Nic nie jest niemożliwe we Lwowie ...
...A na sali smród i duchota. "Pot śmierdzi spod pach, na sali syf aż strach"... Centralna część to chyba parkiet, ale poza cieniem przemieszczającego się to tu, to tam ochroniarza, nikt nie zaszczyca swoją obecnością tego miejsca. Równym rzędem przy barze ustawili się oficjanci . Oficjant to kelner – a więc osoba służbowa. Żaden z nich nie przeszedłby testów na alkomacie, ale nikt tego raczej tu nie skomentuje.
Huk wydobywający się z głośników rzuci tobą o podłogę – mają tu naprawdę zaawansowany sprzęt i potrafią chyba wycisnąć z niego, co trzeba. Tylko po co? Poza jedną dziewczyną kończącą właśnie striptiz przy barze, nikt nawet nie przytupuje. Dziewczyna zdjęła już z siebie wszystko i ciężko oddycha. Anemiczne brawa wynagradzają jej wysiłki – bądź co bądź był to striptiz spontaniczny, nie zamówiony. Stawiam jej piwo w nadziei na rozmowę, ale dziewczyna wypija duszkiem to, co postawiono przed nią w kuflu - i znika. Zagadka pozostaje zagadką.
A pod ścianami siedzą trupy. Ogłuszeni wydobywającym się z głośników hałasem siedzą i patrzą na siebie. Nikt nie rozmawia – bo niby jak można by rozmawiać ? Pod ciężkimi tyłkami kiwają się krzesła, co jakiś czas mechanicznie wznoszą się ręce i odchylają głowy. To znak dla oficjantów, że trzeba jeszcze. Znów trzeba jeszcze. Zawsze trzeba jeszcze. Noc, jak każda inna noc, noc żywych trupów.
Aleks jest zdegustowany tym wszystkim tak samo jak ja - on jednak już się do tego przyzwyczaił. Ja nie. On mieszka we Lwowie pięćdziesiąt lat, ja tu tylko bywam. Z podobnym entuzjazmem zabieramy się jednak do koniaku Biełyj Aist. Ponieważ koniak to nie wódka i nie należy pić go na chama (a wyłącznie po jednym kieliszku, góra dwa), wypijamy od razu połowę flaszki. Alkohol rozjaśnia w głowach. Szlachetny alkohol wypity po chamsku, cudownie rozjaśnia w głowach.
- Chamstwo i degeneracja.
- Dlaczego? – pytam.
- Nie widziałeś?
- Widziałem.
- Nie rozumiesz?
- Nie rozumiem.
Bo naprawdę nie rozumiem. Kiwające się trupy przy stolikach, dziewczyna spontanicznie rozbierająca się przy barze mimo, że nikt nie zwracał na nią uwagi, wędrujące ku górze kieliszki z gorzałą – nie rozumiem. Przecież oni nawet nie rozmawiają.
- Oni tylko piją. – mówi Aleks. Aleks jest Ukraińcem, serce do narodu stracił już dawno. – Tu nie ma kultury, nie ma żadnej myśli, nie ma żadnej głębi, nie ma sensu. Nic, kurwa, nie ma. Motłoch, chamstwo, odmóżdżona masa. Drenaż mózgu.
Oponuję w tym momencie.
- A rewolucja? Nic się nie zmieniło?
Aleks na chwilę się zamyśla. Ale tylko na chwilę.
- Wiesz co, Krzyś? To był taki spontaniczny moment, taka chwila, jak u was Solidarność, czy ten stół... Ale teraz to już jest normalna Ukraina.
- Normalna czyli jaka?
- Nie wiem. Normalna... Jak zawsze.
Nie chcę odpuścić. Normalna czyli jaka?
- Chamska, pusta, smutna.
- A wasz naród, wasza inteligencja?
- Ruscy wybili.
- A wasza rewolucja?
- Koryto zostało jakie było, świnie się zmieniły ...
TRZECIA POMARAŃCZA
Moją nadzieją jest Beata. Umówiliśmy się na spotkanie wieczorem i właściwie cały dzień myślałem tylko o jednym: o Beacie. Precz głupie skojarzenia. Myślałem – ponieważ OCZEKIWAŁEM, ponieważ, CZUŁEM, WIEDZIAŁEM i DOMYŚLAŁEM SIĘ, że Beata wreszcie powie mi coś innego.
Coś budującego.
Coś wznoszącego.
Przepraszam. Skłamałem.
Tak naprawdę to OCZEKIWAŁEM, CZUŁEM, WIEDZIAŁEM i DOMYŚLAŁEM SIĘ, że Beata powie mi dokładnie to samo, co moi poprzedni kompani od kielicha. Z tym tylko, że Beata jest lwowską Polką (albo polską lwowianką) i umówiliśmy się nie na kielicha, a na kawę. Mimo to gdzieś tam we mnie kołatała dziwna nadzieja, że te wszystkie wnioski, te ciężkie oskarżenia i ten przybijający do ziemi tumiwisizm, Beata rozpędzi jednym celnym kopniakiem. Albo że po prostu wyśmieje – wyśmieje ludzi, z którymi rozmawiałem (bo w końcu wszędzie są jełopy), wyśmieje mnie – że nie potrafię znaleźć odpowiedniego partnera do rozmowy. Beata przyszła, usiadła, pogadaliśmy chwilę o wyborach w Polsce i problemach ekip remontujących lwowskie ulice, po czym zostałem sprowadzony do parteru. Beacie pomarańczowy kolor kojarzy się jedynie z Mandaryną, która uparcie od paru tygodniu leci w każdej lwowskiej stacji radiowej. Mandaryna zostaje ukraińską gwiazdą. Mandaryna jako delikatny substytut pomarańczy. Chleba i igrzysk, panowie! Dobre. Bardzo dobre.
Pytam więc o to rozpasanie, o to dziwaczne rozprężenie, które zapanowało na lwowskich ulicach... W końcu bywałem we Lwowie, w końcu wiem, że to gorące miasto i nigdy nie trafiłoby do kanonów cnoty, ale tak...? Panienki ubrane w cienkie różowe majtki, potem długo, długo nic, a potem buty na obcasie albo wspomniany już odcisk buta... na twarzy? Parada pijanych i nieprzytomnych? Noc żywych trupów? Mordobicie na rogu placu Mickiewicza i Akademickiej, tuż za Żorżem, tak w biały dzień? Wóda spływająca szerokim, oficjalnym strumieniem chyba nawet z ratuszowej wieży? Beata tylko mruży oczy.
- To miała być demokracja, ale nie jest. To jest anarchia.
- A demokracja?
- Uczymy się o tym w szkole. To znaczy – uczyliśmy się. Wcześniej. Wcześniej w szkołach było trzydzieści godzin po polsku. Teraz jest pięć. Teraz się uczymy alfabetu. Analfabeci uczą się alfabetu, wiesz?
- No dobrze, a cmentarz? W końcu go otworzyli .
- Prezent dla babć. Z Polski i stąd. Jakie to ma znaczenie? Żadnego.
- Beata, na kogo ty głosowałaś?
- Byłam na szczęście wtedy w Polsce.
Pod koniec rozmowy, która była dokładnie taka, jak oczekiwałem, próbuję jeszcze raz.
- Beata, cała Polska była wtedy za Ukrainą. To był ten jeden z nielicznych razów w historii, kiedy statystyczny Polak wymawiał z szacunkiem imię Ukraińca. Czy ty wiesz, że po listopadzie, po grudniu tamtego roku, cała Polska dowiedziała się, kto to był Taras Szewczenko? A w każdym razie pytała, kto to był.
- Pieprzysz.
- Nie
- Pieprzysz.
- Nie. Razom nas bohato
- Pieprzysz....
OSTATNIA POMARAŃCZA
Lew, Lowa, lwowski przewodnik i mój wieloletni przyjaciel, przez polskich, sentymentalnych turystów geriatrycznych nazywany Lewkiem (bo w końcu to właśnie kojarzy się ze Lwowem, prawda? Jaki miły ten Lewek, Lewciu, bądź tak miły i kup mi bułkę dziękuję...) ma jeszcze mniej złudzeń. Podobnie jak wielu Ukraińców, którzy głosowali za Wiktorem Juszczenką, nie lubi już Wiktora Juszczenki. Nigdy go zresztą nie lubił, jak mówi, ale z drugiej strony – jaki był wybór? Może tylko taki, że lepszy diabeł znany niż nieznany. A może nie lepszy? Nie wie tego Lowka ani cała reszta Ukrainy.
Lowka lubi za to okutaną w wieczne warkocze Julię Tymoszenko, „Żelazną Julkę”, Iron Maiden... Robię wielkie oczy, bo ta dama z warkoczami jak przykładna Mazowszanka jest postacią co najmniej dwuznaczną; rodzącą niechęć (nawet tych pomarańczowych) Ukraińców do Juszczenki można wytłumaczyć pewnie na tyle samo sposobów, co niechęć Polaków do Lecha Wałęsy, ale skąd ta Tymoszenko? Każdy, nawet najbardziej pomarańczowy, zapamiętały i oddany sprawie rewolucjonista powie przecież, że Juszczenko był tylko opakowaniem, pudełkiem, z którego może wyskoczyć diabełek z warkoczykami. A Lowa szczerzy się złośliwie.
- To jedyna osoba, która kradnie z wdziękiem.
- Kradnie z wdziękiem?
- Wszyscy wiedzą, że kradnie. Ale nikt jej tego nie udowodnił. Poza tym to piękna, delikatna i mądra kobieta ...
Jakoś nam się ta rozmowa nie klei. Lowa chyba zbyt poważnie podchodzi do swoich żartów, a ja nie umiem się z nich śmiać. Wypijamy po jeszcze jednym piwie. I jeszcze po jednym. Rozmowa ucieka nam do pałacu w Pomorzanach, który upada od czterdziestu lat i chyba w końcu upadnie; biedni, biedni Potoccy, biedna Rzeczpospolita... Na szczęście Lowa zwykle hamuje się do trzeciego piwa, później jest z górki. Po trzecim rozmowa z nim leci jak krew z nosa.
- A wiesz, że są nowe legitymacje?
- Legitymacje?
- Mamy nowe pokolenie kombatantów.
Domyślam się, co opowie mi Lowka i próbuję protestować. Na próżno. I znów ktoś bije moje Wielkie Ideały. A przecież słyszałem już opowieści o tych, którzy z Majdanu nie chcieli wracać do domów, dopóki ktoś im nie zapłaci. A przecież śmiałem się z pomarańczowych gadżetów, dopóki na własne oczy nie zobaczyłem „powietrza wolności”, zebranego pewnie na Majdanie (bo gdzież by indziej, przecież nie w donieckich kopalniach) zapakowanego w elegancką puszkę i sprzedawanego (w zależności od pochodzenia kupującego) za dwa, pięć, dziesięć, a nawet dwadzieścia euro. I dlatego nie chcę go słuchać. Lowa jednak jest już po trzecim piwie: mówi i mówi. I nie mówi, co mówi.
- Prezydent wydaje legitymacje. Ten, kto był na Majdanie – dostaje legitymację i status.
- Status?
- A u was ten, kto był w Solidarności, nie ma statusu?
Weterani Wielkiej Wojny Ojczyźnianej nie płacili w Związku Radzieckim za przelot samolotem w dowolne miejsce kraju. Mieli ulgi i przywileje. I mieli szacunek. I mieli emerytury. I mieli wiele innych rzeczy, których nie miał zwykły człowiek radziecki. Mogli nawet kupić Wołgę, ale – jak mówili – po co im tyle wody...
Weteranów na Ukrainie Leonida Kuczmy nie rozpieszczano już wprawdzie przywilejami. Musieli utrzymać się z dwudziestu dolarów emerytury, które nie zawsze przychodziły na czas. Czas nie przychodziły nawet przez rok. Ale szacunek i czerwona gwiazda na domu, mówiąca, że tu właśnie mieszka bohater - pozostały.
Weterani Majdanu mają ponoć dostać legitymacje. Na razie tylko legitymacje. Nie dostanie jej Beata, bo nie było jej wtedy we Lwowie (na szczęście) . Nie dostanie jej Lowka, bo zdezorientowany olał całe to pomarańczowe zamieszanie i przez tydzień grał z Wasylem, swoim kumplem w szachy i pił na umór. Kiedy wytrzeźwiał, złożyli szachownicę. W małej skali wygrał Wasyl, w dużej - Wiktor Andrijewycz. Następnego dnia Lowka poszedł na wódkę – już bez Wasyla. Urżnął się w trupa. Śniła mu się piękna dziewczyna z warkoczami, ale szczegółów tego snu nie chciał opowiadać...
KOSZYK POMARAŃCZY
Na lwowskim deptaku zmierzch zapada bardzo powoli. Może i chowa się słońce, może i robi się ciemno, ale ludziom to chyba nie przeszkadza. Spacerują, piją piwo, stają pod pomnikiem Szewczenki, śpiewają, obmacują się, płaczą, myślą, stoją... A ja siedzę w ostatniej już chyba knajpie i żegnam się ze Lwowem. Nawet to słynne lwowskie piwo nie wchodzi tak, jak zawsze. Właściwie to po raz pierwszy w życiu tęsknię do domu.
Rano już do domu.
A w koszyku dojrzewa dorodna mandaryna. Pomarańcze chyba szlag trafił.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
Byłem we Lwowie. Szybkim przejazdem w drodze do celu większości chyba Polaków, czyli Krymu. Pamiętam go podobnie. Piękne, choć niesamowicie zniszczone miasto. I brudne.
I myślisz, Krzysztofie, że w Polsce nie znajdziesz podobnych klimatów? Wystarczy podróż 15km od jakiegokolwiek większego miasta, spróbuj kiedyś.
A że Ukraińcy są rozczarowani "rewolucją"? A większość Polaków "naszą" rewolucją rozczarowana nie jest? Wszyscy lubimy wierzyć w bajki...
Artykuł świetny, bardzo dobrze się go czyta. Wciąga i chce się wiedzieć jak się kończy. Naprawdę rewelacja.














