Zabawy mojego dzieciństwa
Artykuł był czytany 6882 razy
Obojętnie w jak stechnizowanym świecie żyjemy, pozostajemy zawsze tymi samymi ludźmi, którzy potrzebują poczucia bezpieczeństwa, więzi z drugim człowiekiem. Takie cechy charakteru rodzą się między innymi w kontaktach z innymi ludźmi.
----------------------------
Mija już moje życie, czas przeleciał błyskawicznie, a w okresie dzieciństwa, dorastania i dorosłości zaszło tyle zmian, że aż trudno uwierzyć. Rozwinęła się informatyka, wprowadzono telefony komórkowe, człowiek zdobył księżyc, medycyna znalazła leki na wiele chorób. Ale człowiek zawsze pozostaje człowiekiem, dziecko dzieckiem i stan ten jest niezmienny. Niezmienne są też uczucia ludzkie, potrzeba bezpieczeństwa, głód miłości, zainteresowania ze strony rodziców, otrzymania i wzorowania się na nich, określonych zasad moralnych. Gdy ja dorastałam, telewizja dopiero powstawała i nikt nam nie mówił o komputerach. Bardzo dużo czytałam, do wieku 14 lat poznałam dużą część literatury polskiej i światowej. Żyłam losami bohaterów książek, dlatego mój świat był barwny i bardzo ciekawy. Ale też nie brakowało mi kontaktu z rówieśnikami i naszych dziecięcych zabaw. Dlaczego o tym piszę? Bo uważam, że dziś warto by było oderwać nasze dzieci i wnuki od telewizora i komputera chociaż na chwilę i pokazać im czarodziejski świat wspólnych zabaw. Bo narastająca agresja wśród młodzieży, ma między innymi swoje podłoże w tym, że dzieci są wręcz bombardowane treściami zmieniającymi ich nieukształtowaną jeszcze psychikę, wpływającymi na ich sposób myślenia i w rezultacie postępowania. Cybernetyczny świat zaczyna tak głęboko przenikać do świata rzeczywistego, że staje się jego nieodłączną częścią. W świecie zabaw komputerowych można bezkarnie zabijać, żyć ma się kilkanaście, przemoc jest pożądana. Poza tym przeważnie dzieci bawią się same, w sieci nie wszystkie grają ze sobą, a nawet jeśli to zawsze jest to konkurencja.
Filmy telewizyjne też podają często receptę na stosowanie przemocy. A jak myśmy się bawili? Skąd braliśmy wzory naszych późniejszych zachowań? Z gier i zabaw, które na pozór dziecięce niosły ze sobą określone wartości.
„Podchody” - kto ze starszych wiekiem nie pamięta, jaka to była wspaniała zabawa. Niosła w sobie tajemniczość, uczyła obserwacji, rozpoznawania znaków, poszanowania przyrody. Niby nic, a jakże wiele. Przecież umiejętność obserwacji, kojarzenia, rozpoznawania jest potrzebna przez całe życie, bo całe życie się uczymy. Zaspokajała naturalną potrzebę ruchu, obcowania z przyrodą. Odmianą tej zabawy była zabawa „w chowanego”. Też trzeba było na podstawie określonych bodźców odnaleźć ukrytego kolegę.
Pamiętam też dobrze zabawy w ”Niewidzialną rękę”. Pomagało się wówczas ludziom starym cierpiącym, pomagało tak, aby oni nie zorientowali się, że to my. Uwrażliwiało to nas na los drugiego człowieka, pozwalało w atmosferze tajemniczości zrobić coś dla kogoś. Bez oczekiwania na rewanż na zapłatę, na podziękowania. Sam fakt, że było to tajemnicą dawał nam ogromną satysfakcję. Uczył nas altruizmu dobrze rozumianego.
Cechy charakteru, jakie kształtowały się pod wpływem zabaw mojego dzieciństwa, są i obecnie wysoce pożądane. Bo człowiek zawsze pozostanie człowiekiem, choćby nie wiem jaką techniką się posługiwał.
Robiliśmy zielniki. Jakie to było wspaniałe, gdy w zwykłym zeszycie wklejało się różne rośliny, opisywało je na podstawie wiadomości encyklopedycznych. Ich zbieranie i suszenie, potem wklejanie, oglądanie, to naprawdę było fajna zabawa. No i dawało pewną wiedzę. A wiec niewiele trzeba, aby nasze dziecko żyło twórczo i szczęśliwie.
A pamiętam jeszcze, jak robiliśmy łuki i strzały, strzelaliśmy do tarczy albo bawiliśmy się w Indian. Nawet kurze i kogutowi sąsiadki wyrywaliśmy pióra, aby zrobić wspaniałe pióropusze. A każdy Indianin musiał przy ognisku składać przysięgę, że dochowa tajemnicy, że będzie bronił słabszych od siebie. Był wódz plemienia, każdy z nas miał swoje indiańskie imię.
Czytałam ostatnio, że będzie dużo pieniędzy przeznaczonych na zajęcia pozalekcyjne. A gdyby tak w szkołach w soboty chociaż raz w miesiącu wprowadzić dzień zabaw terenowych, dodatkowo wynagradzany nauczyciel bawiłby się z dziećmi, ale nie przy komputerze, a właśnie w grupie, w terenie. Wbrew pozorom, takie zabawy, takie działania nawet ze starszą młodzieżą są bezcenne w przekazywaniu treści wychowawczych, moralnych. A gdyby jeszcze rodzice sobie przypomnieli swoje dzieciństwo i też razem swoimi dziećmi pobawili się? Ileż by z tego było korzyści. Myślicie, że to dziecinne? Wcale nie, w każdym z nas do końca naszych dni tkwi dziecko z tymi samymi potrzebami, których najwspanialsza technika nie zaspokoi.
Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:
Agnieszka Owczarczak , Dobrosław Wójcik, Andrzej P. Urbański, Emilia ChmielewskaDodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 3
RZeczywiście- oderwanie dziecka od bajek to sztuka. Jeśli od małego dziecko jest przyzwyczajone do zabaw, gier czytania- jest lepiej:)
Czasem trudno, ale za to przyjemnie można się oderwać od komputera. Nie wierzę jednak by MEN znalazło fundusze na dofinansowanie nauczycieli dla prowadzenia zabaw w terenie. Może realniejsze byłyby tu inicjatywy obywatelskie.
Napisany z perspektywy czasu i dajacy do myślenia tekst osoby całkowicie neutralnej. Bez zarzutów, ale z goryczką. Bez pochlebstw, ale z sentymentem. Pozytyw, oczywiście.














