... a Węgry to ja kocham
Artykuł był czytany 957 razy
Polak, Węgier dwa bratanki. Może to tylko slogan ale jak prawdziwy... W moich kilku podróżach po Węgrzech, przekonałam się o tym na własnej skórze.
Kocham Węgry od dnia, kiedy pierwszy raz tam pojechałam. Wracałam jeszcze kilka razy i zwiedziłam większość tego kraju. Byłam nie tylko w Hajduszoboszlo, gdzie naszych rodaków w bród ale również w wielu miejscach, gdzie polski trudno usłyszeć.
Baseny termalne, piękne krajobrazy, fantastyczna kuchnia i wino, a przede wszystkim ludzie - to wszystko składa się na Węgry, kraj, którego nie mam dość. Kraj w którym odpoczywam ciałem i duszą.
Takiej pomocy, ofiarności i miłości bliźniego nie spotkałam nigdzie indziej. Nie wiem może miałam szczęście ale spotkanie fantastycznych ludzi akurat tutaj to nie jednorazowe zdarzenie, więc może coś w tym jest.
Trzy lata temu byłam z rodziną w Zalakaros, znanym kurorcie, gdzie oczywiście królują baseny termalne. Oprócz rozkoszowania się wodą i kąpielami, zwiedzaliśmy również okolice. Wybraliśmy się na północ, aby zobaczyć Zalaegerszeg, a także Szombathely.
Było późne popołudnie, kiedy wyjeżdżając z podporządkowanej na jakimś osiedlu w Szombathely, auto odmówiło posłuszeństwa. Na szczęście mąż zdążył wjechać w zatoczkę autobusową, bo mogło dojść do nieszczęścia.
Super. Tego nam było trzeba!!! Westchnęłam ciężko spoglądając na męża. Z tyłu auta dwoje małych dzieci zmęczonych po całym dniu, a tu się okazało, że w pensjonacie w Zalakaros zostawiliśmy telefon. Klapa na całej linii.
Zaczęłam biegać po przystanku w poszukiwaniu kogoś kto po angielsku cokolwiek rozumie, ale jeśli ktoś na Węgrzech był to wie, że z tym trudno.
Wreszcie napatoczyła się ONA. Kobieta koło siedemdziesiątki. Widząc obłęd w naszych oczach zapytała:
- Polonia?
- Polonia, Polonia - odparłam.
Kobieta nie znała angielskiego ale mówiła trochę po serbsku. Powiedziała, że pomoże poszukać nam mechanika. Rozmawiałyśmy w językach różnych, nawet takich których nie znaliśmy: rosyjski, serbski, niemiecki, angielski, polski i migowy. Ten ostatni był najbardziej przydatny. Wędrówka była długa - szliśmy kilka kilometrów. Dzieci zmęczone marudziły. Wreszcie dotarliśmy na miejsce, ale okazało się, że trafiliśmy do blacharza samochodowego, który niestety nie był mechanikiem.
Plusem było to, że miał namiar do jakiegoś serwisu i do niego zadzwonił. Dał kobiecie też numer do kogoś, kto miał lawetę. Wróciliśmy do samochodu. Kobieta poszła do bloku (jakiś dom samotnej starości lub coś w tym stylu) aby zadzwonić.
Udało się. Pomoc drogowa przyjechała i zabrała nasz samochód. Do mechanika pojechał również mój mąż. Zostałam sama z dziećmi. Kobieta napisała mi adres pod który mam jechać i wezwała taksówkę, a potem jeszcze przyniosła mi śliwek dla dzieci.
Te śliwki mnie urzekły, bo ONA powtarzała tylko: cziste, cziste.
Przyjechała taksówka.
Objęłam kobietę mocno i przytuliłam. Ze wzruszenia łzy ciekły mi po policzkach i powtarzałam tylko: dziękuję, dziękuję. Ucałowałam ją mocno w policzek. Uśmiechnęła się.
Pojechałam.
W Szombathely musieliśmy zostać dwa dni, bo zepsutą część do samochodu trzeba było sprowadzić aż z Budapesztu. Rodzina mechanika pomogła nam znaleźć kwaterę.
Wreszcie po dwóch dniach nerwowego oczekiwania mogliśmy wrócić do Zalakaros i dalej cieszyć się wakacjami.
I mogłam napisać o cudownych węgierskich miejscach, dobrej kuchni i winie ale z tego wyjazdu najbardziej utkwiła mi JEJ dobra twarz i okazane serce.
I śliwki.
Cziste oczywiście.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
Też byłem na Węgrzech kilka razy i potwierdzam,że są oni dla Polaków przychylni


















