To moje życie. To moje pączki
Artykuł był czytany 1758 razy
To ranne wstawanie mnie kiedyś zabije. Może wydaje ci się, że to proste. Kiedy ważyłam 60 kilo... mniej... było proste. Zwleczenie się z łóżka, kiedy ciężko jest nawet podnieść nogę do góry, każdego dnia uważam za sukces.
Śniadanie. "To najpiękniejsza pora dnia", chciałoby się powiedzieć. Ale tylko wtedy jak nikogo nie ma w domu. Nikt nie krzyczy zza ściany: "Aśka, zostaw już może to ciasto. Znów przytyjesz." Ale mamo słyszałaś kiedyś o czymś takim jak uzależnienie? Ja po prostu MUSZĘ jeść. Już na samą myśl o tym mam dreszcze. A z moją wagą chyba już nic mi nie zaszkodzi. Nie da się więcej przytyć. Układam ładnie na talerzyku 4 pączki, które schowałam wczoraj jak tylko wróciłam do domu. Parzę sobie kawę. Koniecznie ze śmietaną i cukrem. Uwielbiam. Do tego codzienna porcja, jogurt (zdrowy!), grzanki z nutellą, taką roztopioną ściekającą, bo taka jest najlepsza. Na deser jakieś ciasto, chociaż chowają przede mną jak mogą. I tak najgorszy był tata. Ale odkąd od nas odszedł zawsze udaje mi się coś zachomikować. Nie przeżyłabym bez słodyczy.
Wstaję od stołu i mimo wszystko mam wyrzuty sumienia. Czuję się ciężej. Zmywanie sprawia mi prawie tyle samo trudności co ubieranie. Dlatego lubię jednorazowe talerzyki. Mama czepia się, że jak w fast-foodzie, ale często jej nie ma, więc jakoś mi uchodzi na sucho.
Do pracy zwykle ciężko mi się zebrać. I tak... co to za praca. Szkoda mówić. Trzydziestolatka, której pensja wystarcza na jedzenie, mydło i jakiś ciuch od czasu do czasu. Nawet do rachunków się nie dokładam, bo za bardzo nie mam z czego. Mogłabym poszukać innej, ale dwie rozmowy, na które poszłam trzy lata temu mnie dobiły. "Ale wie pani, my napisaliśmy w ogłoszeniu, że to praca z klientem. Myśleliśmy, że rozumie pani, jakie są wymagania." Zrozumiałam.
Mieszkam na trzecim piętrze, bez windy. Nawet zejście na dół to dla mnie katorga, nie wspomnę już o wyczołganiu się na górę. Jest ciężko. Jest naprawdę ciężko. Zwykle jak wracam, rzucam się od razu na łóżko, bo nawet zjeść nie jestem w stanie. Nienawidzę schodów. Nienawidzę wszystkiego, co zmusza mnie do katorżniczego wysiłku fizycznego. Nikt tego oczywiście nie rozumie. "Aśka, weź się za siebie. Zobacz jak ty wyglądasz. Ty sobie zdrowie niszczysz. Weź przejdź na jakąś dietę. Zacznij ćwiczyć. Aśka, musisz ciągle jeść? Aśka, mówię do ciebie!". Mądrale. A spróbowaliby chociaż buty zawiązać, ważąc tyle co ja. Żenada. Ludzie są coraz bardziej egoistyczni.
Nie chodzi o to, że nie chciałabym schudnąć. Owszem, chciałabym. Chciałabym tego najbardziej na świecie. Nawet nikt nie zdaje sobie sprawy jak marzę o tym, jak płaczę ciągle zasypiając w poduszkę, żeby nikt nie widział. Bo oni myślą, że jestem silna. Że nie dotyka mnie to jak nazywają mnie "pączuszkiem". Siostra dała radę. Uległa im, poszła do lekarza, rozpisał jej dietę, widziałam jak brała Obesan i faktycznie mniej jadła. Potem "znormalniała". Tak mama mówi. Nie rzuca się już na jedzenie, tylko "je jak człowiek". Jest mi jeszcze bardziej przykro. Jakbym była małpą. Która nie potrafi powstrzymać tak "prymitywnej potrzeby" jaką jest jedzenie. Powstrzymam. Tylko jeszcze nie teraz. Najpierw muszę odpocząć. A wy wszyscy dajcie mi spokój.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 2
strasznie przykre to co piszesz :( tym bardziej że wiem coś o takim życiu, też kiedyś walczyłam, i to nie z nadwagą a już z otyłością, ale lekarz, dieta odchudzająca i jakieś tabletki na odchudzanie w końcu zrobiły swoje, fakt, że musiałam potem całkowicie zmienić swoje życie, ale udało się :) życzę tobie tego samego
No fakt, suplement jest niezbędny, ja stosowałam chitinin extra, bo naturalny, schudłam 6 kg w 1,5 mieś, bez większych potów i wyrzeczeń, tu macie trochę info o idealnej wadze no i coś tam o tym chitininie - http://www.chitinin.pl/idealnawaga















