Styl Życia / Zdrowie i uroda
Włos w wielkim mieście
Artykuł był czytany 1502 razy
Budzę się oczywiście za późno. Na szczęście na kalendarzu widzę wyraźnie – sobota.
Nie mam specjalnej ochoty na uczestnictwo w świecie, ale przyzwoitość nakazuje podnieść się.
Wstaję dość ślamazarnie, a na dodatek pierwszą rzeczą jaka mnie wita w najbliższym otoczeniu są włosy, które przez noc ułożyły się na poduszce w fantazyjny wzorek. Dzień dobry.
W łazience nie jest o wiele weselej – kiedy chcę umyć ręce, okazuje się, że włosy świetnie czują się również na mydle. Nie mówiąc o wannie. A zwłaszcza odpływie, co mnie samą zaczyna powoli brzydzić, a co dopiero resztę domowników w postaci aktualnego narzeczonego oraz współlokatora.
Włosy sypią się obficie również do zlewu, kiedy próbuję uczesać się przed lustrem, żeby móc pokazać się ludziom bez specjalnego wstydu. Kiedy spoglądam w dół i widzę usypaną malowniczo kupkę, coś we mnie pęka i postanawiam: dosyć. Od dziś rozpoczyna się walka z rozsiewanymi wszędzie włosami, bo jest to zupełnie, ale to zupełnie nie do wytrzymania.
Tylko jak się za to, kurcze blade, zabrać?
Cóż, sprawa nie jest łatwa, ze względu na nieogarnialną różnorodność środków, jakie proponuje nam świat, począwszy od producentów, a na członkach najbliższej rodziny skończywszy.
Mimo to, pełna nadziei i zapału, udaję się do najbliższej drogerii, gdzie nieco zbyt gadatliwa pani proponuje przeróżne, mieniące się wszystkimi barwami tęczy, plastikowe pudełeczka z najróżniejszymi specyfikami. Wszystkie pachną, kuszą, zachęcają. Od tych zapachów i obfitości kręci mi się w głowie i szampon dla włosów zmęczonych i pozbawionych blasku zupełnie miesza mi się z tym na podniesienie włosów u nasady i wygładzenie na końcach. Złoty deszcz nazw odżywek i masek raczej nie pomaga. Wella, która sprawia, że włosy są lśniące pokręciła mi się z L'Orealem, który ma je wygładzić i moje moce decyzyjne zostały totalnie sparaliżowane. A zresztą, próbowałam już większości z nich, w większości z dość mizernym skutkiem.
Wychodzę z drogerii z lekką migreną i w pełnej dezorientacji.
Przy wyjściu spotykam moją ciotkę, która współczuje mi niezwykle w rozterce, ciągnie na kawę i proponuje przyrządzenie ożywczej maseczki z majonezu, po której włosy mają stać się tak silne, że aktualny narzeczony będzie mógł wspinać się po nich i przez balkon wchodzić co dzień do domu po pracy. Nie uśmiecha mi się rola Roszpunki ani tym bardziej obnośnego baru sałatkowego, w którą to wtłoczyłby mnie z pewnością zapach pozostawiony przez cudowną kurację. Dlatego szybko kończę urocze spotkanie i błąkam się po mieście, raz na jakiś czas zagadywana w autobusie przez usłużnego współpasażera, który puka mnie w ramię szepcząc: „ma tu pani włos, bardzo nieładnie to wygląda, zdejmę”.
W końcu wchodzę do apteki, gdzie wita mnie spokój i powaga medycyny. Sprzedawca informuje mnie o cudach suplementacji i przedstawia asortyment środków, mających zrobić dla moich włosów to, czego powinna dokonać dieta, ale wiadomo, jak to jest z nowoczesnym sposobem odżywiania się w wielkim mieście.
I znów zaczyna się znajomy zawrót głowy i przekleństwo wyboru, kiedy nagle zmęczone ucho wyłapuje dźwięczne słowo „aminokwasy”, które może okazać się rozwiązaniem trapiącej mnie od rana zagadki. „Zrogowaciałe twory ludzkiej skóry czyli włosy i paznokcie składają się z keratyny – białka zbudowanego między innymi z aminokwasów zawierających siarkę. Codzienny jadłospis zwykle nie jest w stanie dostarczyć ich w odpowiedniej ilości, a bez nich paznokcie łamią się przy byle okazji, a włosy są słabe, nieładne i nadmiernie wypadają” - opowiada farmaceuta i przygląda mi się badawczo zza okularów. „Ocho” - myślę sobie i ze sporym zainteresowaniem oglądam dostępne w Polsce suplementy zawierające aminokwasy, na czele z kusząco kobiecymi różowymi tabletkami Onozisu.
Grzechoczę sobie przy uchu przeróżnymi pudełeczkami i słoiczkami, chyba już czas się zdecydować, słońce zaczyna zachodzić a nogi bardzo mnie bolą.
Wracam do domu, a w torebce cierpliwie czeka różowa nadzieja na fryzurę w stylu Monici Belucci.
Cóż, teraz czeka mnie próba cierpliwości. Przyjmowanie tabletek dwa razy dziennie nie powinno okazać się ponad moje siły, choć jestem kobietą leniwą, skłonną do roztargnienia, więc trzeba się będzie bardzo pilnować.
Aktualny narzeczony siedzi w kuchni i ze smakiem zjada sałatkę, którą zachciało nam się wczoraj przygotować. „Pycha!” - woła z daleka - „Musiałem tylko wyciągnąć kilka Twoich włosów, ale poza tym – pycha!”.
Uśmiecham się z najwyższą czułością; w końcu zaczynam dziś nowe życie, w którym mam nadzieję widzieć moje włosy tylko wtedy, kiedy postanowię spojrzeć w lustro.
Czego i wam życzę.
W łazience nie jest o wiele weselej – kiedy chcę umyć ręce, okazuje się, że włosy świetnie czują się również na mydle. Nie mówiąc o wannie. A zwłaszcza odpływie, co mnie samą zaczyna powoli brzydzić, a co dopiero resztę domowników w postaci aktualnego narzeczonego oraz współlokatora.
Włosy sypią się obficie również do zlewu, kiedy próbuję uczesać się przed lustrem, żeby móc pokazać się ludziom bez specjalnego wstydu. Kiedy spoglądam w dół i widzę usypaną malowniczo kupkę, coś we mnie pęka i postanawiam: dosyć. Od dziś rozpoczyna się walka z rozsiewanymi wszędzie włosami, bo jest to zupełnie, ale to zupełnie nie do wytrzymania.
Tylko jak się za to, kurcze blade, zabrać?
Cóż, sprawa nie jest łatwa, ze względu na nieogarnialną różnorodność środków, jakie proponuje nam świat, począwszy od producentów, a na członkach najbliższej rodziny skończywszy.
Mimo to, pełna nadziei i zapału, udaję się do najbliższej drogerii, gdzie nieco zbyt gadatliwa pani proponuje przeróżne, mieniące się wszystkimi barwami tęczy, plastikowe pudełeczka z najróżniejszymi specyfikami. Wszystkie pachną, kuszą, zachęcają. Od tych zapachów i obfitości kręci mi się w głowie i szampon dla włosów zmęczonych i pozbawionych blasku zupełnie miesza mi się z tym na podniesienie włosów u nasady i wygładzenie na końcach. Złoty deszcz nazw odżywek i masek raczej nie pomaga. Wella, która sprawia, że włosy są lśniące pokręciła mi się z L'Orealem, który ma je wygładzić i moje moce decyzyjne zostały totalnie sparaliżowane. A zresztą, próbowałam już większości z nich, w większości z dość mizernym skutkiem.
Wychodzę z drogerii z lekką migreną i w pełnej dezorientacji.
Przy wyjściu spotykam moją ciotkę, która współczuje mi niezwykle w rozterce, ciągnie na kawę i proponuje przyrządzenie ożywczej maseczki z majonezu, po której włosy mają stać się tak silne, że aktualny narzeczony będzie mógł wspinać się po nich i przez balkon wchodzić co dzień do domu po pracy. Nie uśmiecha mi się rola Roszpunki ani tym bardziej obnośnego baru sałatkowego, w którą to wtłoczyłby mnie z pewnością zapach pozostawiony przez cudowną kurację. Dlatego szybko kończę urocze spotkanie i błąkam się po mieście, raz na jakiś czas zagadywana w autobusie przez usłużnego współpasażera, który puka mnie w ramię szepcząc: „ma tu pani włos, bardzo nieładnie to wygląda, zdejmę”.
W końcu wchodzę do apteki, gdzie wita mnie spokój i powaga medycyny. Sprzedawca informuje mnie o cudach suplementacji i przedstawia asortyment środków, mających zrobić dla moich włosów to, czego powinna dokonać dieta, ale wiadomo, jak to jest z nowoczesnym sposobem odżywiania się w wielkim mieście.
I znów zaczyna się znajomy zawrót głowy i przekleństwo wyboru, kiedy nagle zmęczone ucho wyłapuje dźwięczne słowo „aminokwasy”, które może okazać się rozwiązaniem trapiącej mnie od rana zagadki. „Zrogowaciałe twory ludzkiej skóry czyli włosy i paznokcie składają się z keratyny – białka zbudowanego między innymi z aminokwasów zawierających siarkę. Codzienny jadłospis zwykle nie jest w stanie dostarczyć ich w odpowiedniej ilości, a bez nich paznokcie łamią się przy byle okazji, a włosy są słabe, nieładne i nadmiernie wypadają” - opowiada farmaceuta i przygląda mi się badawczo zza okularów. „Ocho” - myślę sobie i ze sporym zainteresowaniem oglądam dostępne w Polsce suplementy zawierające aminokwasy, na czele z kusząco kobiecymi różowymi tabletkami Onozisu.
Grzechoczę sobie przy uchu przeróżnymi pudełeczkami i słoiczkami, chyba już czas się zdecydować, słońce zaczyna zachodzić a nogi bardzo mnie bolą.
Wracam do domu, a w torebce cierpliwie czeka różowa nadzieja na fryzurę w stylu Monici Belucci.
Cóż, teraz czeka mnie próba cierpliwości. Przyjmowanie tabletek dwa razy dziennie nie powinno okazać się ponad moje siły, choć jestem kobietą leniwą, skłonną do roztargnienia, więc trzeba się będzie bardzo pilnować.
Aktualny narzeczony siedzi w kuchni i ze smakiem zjada sałatkę, którą zachciało nam się wczoraj przygotować. „Pycha!” - woła z daleka - „Musiałem tylko wyciągnąć kilka Twoich włosów, ale poza tym – pycha!”.
Uśmiecham się z najwyższą czułością; w końcu zaczynam dziś nowe życie, w którym mam nadzieję widzieć moje włosy tylko wtedy, kiedy postanowię spojrzeć w lustro.
Czego i wam życzę.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
A co przytoczone tutaj szampony sprawiające, że włosy będą lśniące i gładkie mają wspólnego z opisanym problemem czyli z wypadaniem włosów? Suplementy działają od wewnątrz na cebulki i oczywiście chwała im za to, a szampon czy odżywka mają za zadanie poradzić sobie z tym, co dzieje się z martwą, zewnętrzną częścią włosa czyli uzupełnić uszkodzenia w jego strukturze i zamknąć łuski włosowe. Koniec końców - w aptece warto kupić i jedno i drugie.















