Kultura / Inne
Centrum to stan umysłu
Artykuł był czytany 1641 razyByło sobotnie popołudnie. Wyszedłem po swoją Panią na dworzec. Droga wypadła przez śródmieście, ale nie spotkałem zupełnie nikogo. Myślałem: jak to jest, że w niektórych miastach po prostu nie ma szans na centrum?
Okazji do takich przemyśleń było niemało. Po pierwsze, wspomniana pustka i niemrawość na ulicach dużego śląskiego miasta. Po drugie, niedawny incydent na naszym rynku, gdzie grupka pijanych młodych ludzi zdemolowała wystawę zorganizowaną przez IPN (więcej o tym piszą tutaj). Wreszcie, szum i zawierucha medialna wokół przebudowy centrum.
Mam to szczęście, że nie zawsze tu mieszkałem. Pamiętam dobrze kilka innych, lepszych miejsc. Pamiętam różnice między nimi a moim obecnym miejscem przebywania. I właśnie te różnice, czasami niezwykle subtelne, sprawiają że patrzę na katowickie centrum ze sporą dawką animozji, a plany jego przebudowy odbieram dość sceptycznie.
Rynek w moim rodzinnym mieście nie jest niczym nadzwyczajnym. Da się go obejść w niecałe pięć minut, i niewiele jest po drodze perełek architektury czy niezwykłych zabytków. Najważniejsze jest jednak to, że spełnia swoją funkcję. Do rynku w moim mieście leniwie prowadzą wszystkie drogi. Zbliżając się, można wyczuć jego obecność: robi się gwarno, widzisz wokół siebie coraz więcej ludzi, wąska ulica kończy się jasną, otwartą przestrzenią. To oczywiste miejsce spotkań: "Na Rynku pod fontanną" umawiają się ze sobą praktycznie wszyscy.
W Katowicach przez Rynek przejeżdżają tramwaje. Dookoła straszą gierkowskie, szpetne budowle. Katowickiego Rynku nie da się przewidzieć: on staje przed tobą nagle, w całej swej wątpliwej okazałości. Lwią część jego powierzchni zajmują tory tramwajowe i przystanki. Na Rynek w Katowicach trafiają ludzie, którzy chcą być gdzie indziej.
Architektura i emocje ludzkie są ze sobą niezwykle ściśle powiązane. Richard Sennett, badacz amerykańskich miast, pisał o tym, jak niezwykle istotne są miejsca, w których może rozpocząć się jakaś historia; miejsca, w których ludzie mają świadomość "początku". Takim miejscem może być Rynek w moim rodzinnym mieście. Trudno jednak wymagać tego od katowickiej tramwajowej poczekalni, wciśniętej między molochy z zeszłej epoki.
Ludzie w Katowicach znaleźli na to sposób: spędzają czas gdzie indziej. Silesia City Center, katowickie centrum handlowe, zbudowane jest na planie miasta: ma swoje wewnętrzne "ulice" i "place". W sobotnie popołudnia miejsce to tętni życiem. Można załamywać ręce nad takim stanem rzeczy - ale w przypadku braku miejskiego centrum, czy można kogokolwiek obwiniać, że szuka odpowiedników?
Centrum miasta to stan umysłu. Można zrównać Katowice z ziemią i wybudować na nowo. Można zatrudnić najlepszych architektów i wykonawców, wydać setki milionów euro z kasy unijnej - i wciąż nie będzie gwarancji, że to, co powstanie będzie mogło ten stan umysłu zapewnić. Czasami niepozorna rzecz spełnia rolę centrum, miejsca spotkań: dla katowiczan może to być fontanna "żaba" na Stawowej.
Katowice to spore miasto, w którym codziennie krzyżują się drogi setek tysięcy ludzi. Przebudowa centrum takiego miasta nie może obyć się bez uważnej obserwacji tych tłumów, bez konsultacji z tymi, którzy w przyszłości będą stanowić o "klimacie" tego miejsca.
Mam to szczęście, że nie zawsze tu mieszkałem. Pamiętam dobrze kilka innych, lepszych miejsc. Pamiętam różnice między nimi a moim obecnym miejscem przebywania. I właśnie te różnice, czasami niezwykle subtelne, sprawiają że patrzę na katowickie centrum ze sporą dawką animozji, a plany jego przebudowy odbieram dość sceptycznie.
Rynek w moim rodzinnym mieście nie jest niczym nadzwyczajnym. Da się go obejść w niecałe pięć minut, i niewiele jest po drodze perełek architektury czy niezwykłych zabytków. Najważniejsze jest jednak to, że spełnia swoją funkcję. Do rynku w moim mieście leniwie prowadzą wszystkie drogi. Zbliżając się, można wyczuć jego obecność: robi się gwarno, widzisz wokół siebie coraz więcej ludzi, wąska ulica kończy się jasną, otwartą przestrzenią. To oczywiste miejsce spotkań: "Na Rynku pod fontanną" umawiają się ze sobą praktycznie wszyscy.
W Katowicach przez Rynek przejeżdżają tramwaje. Dookoła straszą gierkowskie, szpetne budowle. Katowickiego Rynku nie da się przewidzieć: on staje przed tobą nagle, w całej swej wątpliwej okazałości. Lwią część jego powierzchni zajmują tory tramwajowe i przystanki. Na Rynek w Katowicach trafiają ludzie, którzy chcą być gdzie indziej.
Architektura i emocje ludzkie są ze sobą niezwykle ściśle powiązane. Richard Sennett, badacz amerykańskich miast, pisał o tym, jak niezwykle istotne są miejsca, w których może rozpocząć się jakaś historia; miejsca, w których ludzie mają świadomość "początku". Takim miejscem może być Rynek w moim rodzinnym mieście. Trudno jednak wymagać tego od katowickiej tramwajowej poczekalni, wciśniętej między molochy z zeszłej epoki.
Ludzie w Katowicach znaleźli na to sposób: spędzają czas gdzie indziej. Silesia City Center, katowickie centrum handlowe, zbudowane jest na planie miasta: ma swoje wewnętrzne "ulice" i "place". W sobotnie popołudnia miejsce to tętni życiem. Można załamywać ręce nad takim stanem rzeczy - ale w przypadku braku miejskiego centrum, czy można kogokolwiek obwiniać, że szuka odpowiedników?
Centrum miasta to stan umysłu. Można zrównać Katowice z ziemią i wybudować na nowo. Można zatrudnić najlepszych architektów i wykonawców, wydać setki milionów euro z kasy unijnej - i wciąż nie będzie gwarancji, że to, co powstanie będzie mogło ten stan umysłu zapewnić. Czasami niepozorna rzecz spełnia rolę centrum, miejsca spotkań: dla katowiczan może to być fontanna "żaba" na Stawowej.
Katowice to spore miasto, w którym codziennie krzyżują się drogi setek tysięcy ludzi. Przebudowa centrum takiego miasta nie może obyć się bez uważnej obserwacji tych tłumów, bez konsultacji z tymi, którzy w przyszłości będą stanowić o "klimacie" tego miejsca.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
cyba ubolewamy nad tym samym, nad centrum kulturalnego gwaru... u mnie (w jastrzębiu) rynek dopiero staje w centrum zabytkowej dzielnicy zdrój (co za odwrotność rzeczy..., plus ode mnie.














